Baza do analizy fundamentalnej (i nie tylko)

Od wielu lat powtarzam, że jeśli chodzi o wybór spółek do portfela jestem zwolennikiem naiwnej analizy fundamentalnej. Nie sprawdzam żadnych C/Z, ROE, ROA i wielu innych rzeczy, na które prawdopodobnie patrzą prawdziwi fundamentaliści. Po pierwszej selekcji (wykres), zerkam czy spółka ma rosnące przychody, posiada jakiekolwiek zyski i w jaka jest struktura akcjonariatu. Jeśli mi się każdy z tych elementów podoba, zapada ostateczna decyzja. Proszę zwrócić uwagę na zwrot „podoba”. To naprawdę coś innego, niż „spełnia precyzyjnie określone kryteria”.


Ponieważ i tak wybór determinuje wykres, to jest zaledwie dodatek do całego procesu. Uważam, że w wielu wypadkach nie ma sensu, żeby inwestor indywidualny zużywał czas i energię na dokonywanie wyrafinowanych wycen spółek i analiz fundamentalnych. W mojej opinii to bezproduktywne, jeśli jego portfel jest niewielki i określi zasady wychodzenia z pozycji.
Zdarzyło mi się w ciągu wielu lat pisania o rynku zwracać uwagę na różne mniejsze lub większe absurdy prezentowane przez przedstawicieli spółek, w tym wykorzystywanie (zwłaszcza przez podmioty debiutujące na GPW) niepozornego słówka „może”, wspieranego przez zwrot „zamierza”. Niepozornego, ale posiadające wielką siłę.
„Spółka może osiągnąć przychody 10 krotnie większe już w ciągu roku” – czy ktoś zaprzeczy prawdziwości tego zdania? Jasne, że może.
„Spółka zamierza znaleźć się w składzie indeksu WIG20”
„Spółka zamierza zadebiutować na NASDAQ”
„Firma jest gotowa wprowadzić…”
„Zarząd spółki rozpoczął negocjacje umowy inwestycyjnej mającej na celu przejęcie 100% udziałów w spółce posiadającej kilkunastoletnie doświadczenie w budowie samochodów sportowych”.
Każde z tych zdań jest niezmiernie prawdziwe. Może nawet zarządy faktycznie zamierzały to wszystko zrobić. Tylko… jakoś się nie udało.
Niedawno zostałem obdarowany (Rafale dziękuję ogromnie) książką Guya Kawasaki „Powrót do rzeczywistości. Prześmiewcza książka o tym, jak przechytrzyć, prześcignąć i pokonać konkurencję” (wyd. Wolters Kluwer, Warszawa 2015). Mimo, że książka jest przeznaczona dla potencjalnych (młodych) przedsiębiorców, z sektora IT jest niebywale inspirująca. Przynajmniej kilka z rozdziałów powinni sobie wziąć do serca inwestorzy aspirujący do korzystania z analizy fundamentalnej. Zanim nauczą się tych wszystkich złożonych wycen, mają szansę skorzystać z najprostszej logiki i umiejętności zadawania dociekliwych (i często bardzo kłopotliwych dla zarządów). Co więcej, jeśli się okaże, że na te pytania nie ma odpowiedzi, lub są one pokrętne czy niejasne, to … decyzja powinna być opatrzona nagłówkiem „nie mów, że nie ostrzegaliśmy”.
Tytuł rozdziału, który mógłby stanowić wprowadzenie do dowolnego podręcznika wyceny spółek brzmi „Dziesięć największych kłamstw przedsiębiorców”. Kawasaki zwraca uwagę, że często może nawet nie są to kłamstwa, co pobożne życzenia. Ale ponieważ na szali są pieniądze, to w gruncie rzeczy nie ma znaczenia.
Nie będę cytował całości, gdyż język Kawasakiego jest cudownie sarkastyczny, zwrócę uwagę na jeden z punktów, z którym kilkakrotnie przy różnych okazjach sam się spotkałem. Kłamstwo numer dziesięć: „musimy tylko podbić 1% rynku wartego X miliardów dolarów”.
„Żaden fundusz Ventre Capital nie zainwestuje w firmę chcącą zdobyć zaledwie 1% rynku. Menadżerowi funduszy wręcz marzą o tym, aby spółki z ich portfela znalazły się pod ostrzałem wydziału antymonopolowego […]. Po drugie, nie jest łatwo zawojować nawet 1 procent rynku, więc jeśli będziesz udawał, że to bułka z masłem ośmieszysz się”.
Książka i różne rady Kawasakiego są naprawdę nieocenione. Pisane jednak z perspektywy pięćdziesięciolatka (na co sam zwraca uwagę). Więc mimo, że on sam tego nie dopisał, ja dodam jeszcze jeden aspekt do jego rad. Z jego wskazówkami dla początkujących przedsiębiorców jest podobnie jak ze wskazówkami dla początkujących inwestorów – w zasadzie większość ich nie doceni i nie wysłucha, by po latach przyznać, że dzięki zastosowaniu się do nich mogło zaoszczędzić sporo czasu, energii i pieniędzy.

[Głosów:36    Średnia:5/5]

3 Komentarzy

  1. mirek

    Gruntowna analiza fundamentalna jest dla inwestorów, którzy poprzez duży pakiet akcji mają wpływ na poczynania spółki. To co zwykle zwie się analizą fundamentalną, a co uprawiają mali gracze indywidualni czy nawet duzi-portfelowi, to badania statystyk finansowych – tych, które historycznie (raczej) działały. Chodzi tu o masowość działania. Nie trudno zauważyć, że spółki takie jak PBG, czy JSW radzą sobie nieco gorzej niż Wawel czy Kruk, czyli posiadając portfel “kruków” można długoterminowo pobić rynek, co oczywiście w danym przypadku nie musi się powieść. Użytecznym i często wystarczającym narzędziem do filtracji spółek są “skanery fundamentalne” takie jak googl’owski stock screener. Można “odbębnić” masę roboty i zobaczyć,ile spółek z innych giełd spełniałoby “ostre” kryteria, co poszerza perspektywę postrzegania własnego rynku.

  2. Paweł Cymcyk

    Faktycznie podejście oparte na zdrowym rozsądku, jednak w jak w takim przypadku zalecałbyś określać zasady wychodzenia z inwestycji. W takim przypadku nie ma już za bardzo miejsca na “ten poziom już mi się nie podoba” 🙂

  3. GZalewski

    @Paweł Cymcyk
    Tu sprawa prosta – okresl poziom akceptowanej straty. I tyle. Przy umiarkowanym kapitale – zadziała

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *