Znaczenie rzetelnego mierzenia wyników

W anglojęzycznej blogosferze popularne jest wyprowadzanie inwestycyjnych i biznesowych wskazówek z bestselerowych książek i filmów. Henry Blodget napisał na przykład o biznesowych lekcjach, które amerykańska gospodarka może wyciągnąć z Casablanki. Okazuje się także, że skarbnicą wiedzy w dziedzinie zarządzania jest Harry Potter.

Do zwrócenia uwagi na istotny dla inwestorów problem rzetelnej oceny rezultatów zainspirowały mnie dwa fragmenty książki D-Day. Bitwa o Normandię, której autorem jest Antony Beevor. Opisując działania pod Falaise, Beevor napisał: „Tylko 18 sierpnia amerykańska 9. Flota Powietrzna przypisała sobie zniszczenie 400 pojazdów nieprzyjaciela, natomiast RAF twierdził, że jego piloci zniszczyli (w całej bitwie – T.) 1159 pojazdów, uszkodzili 1700, a oprócz tego zniszczyli 124 czołgi, a kolejnych 100 uszkodzili. Liczby te były niedorzecznie wysokie. Marszałek Coningham po raz kolejny wpadł we wściekłość, kiedy otrzymał raport operacyjny. Znaleziono zaledwie 33 wozy pancerne zniszczone wskutek ataku z powietrza. W podsumowaniu raportu napisano, że przypadkowa natura ataków alianckich samolotów uniemożliwiła spowodowanie znaczących zniszczeń.”

Podobna sytuacja miała miejsce w czasie niemieckiego kontrataku pod Mortain w sierpniu 1944 roku. Piloci Typhoonów przypisali sobie zniszczenie 89 czołgów i prawdopodobne zniszczenie kolejnych 56 pojazdów gąsienicowych. Raport Sekcji Badań Operacyjnych stwierdził, że tylko 9 z 78 zniszczonych wozów pancernych wroga mogło zostań unieruchomionych w wyniku nalotu.

To, że piloci nadmiernie optymistycznie szacowali skalę spowodowanych przez siebie zniszczeń nie stanowi dla mnie zaskoczenia. Po pierwsze, podstawowym zadaniem pilotów było prowadzenie bombardowań a nie szacowanie ich skutków. Po drugie, w takich okolicznościach ludzie, wskutek optymistycznego skrzywienia i nadmiernej pewności siebie, mają naturalną skłonność do zawyżania raczej, niż zaniżania, swoich osiągnięć.

Tym co mnie zaskakuje jest wielkość rozbieżności pomiędzy szacowanymi przez pilotów zniszczeniami a realnymi zniszczeniami. Wygląda na to, że piloci zawyżali rozmiary zniszczeń o kilkaset, a nawet kilka tysięcy procent.

Warto podkreślić, że opisany wyżej problem miał ważne znaczenie militarne. Rozwijane w czasie II wojny światowej badania operacyjne miały zwiększyć efektywność działań wojennych poprzez identyfikowanie strategii zmniejszających straty własnych armii i zwiększających straty wroga. Takich badań nie można było przeprowadzić przy braku rzetelnych danych o korzyściach, w tym przypadku – stratach wroga.

Nie inaczej jest w sektorze inwestycyjnym. Bez dokładnej znajomości wyników inwestycyjnych bardzo trudne jest podjęcie działań zwiększających efektywność strategii inwestycyjnych. Kluczem do ustalenia tego co można poprawić w procesie inwestycyjnym jest szczegółowa znajomość wyników inwestycyjnych.

Zastanawiam się jaki odsetek inwestorów zna swoje wyniki inwestycyjne za ostatni rok, 3 lata czy 5 lat, na przykład w formie przeciętnych rocznych stóp zwrotu? Jaki odsetek inwestorów jest w stanie zestawić swoje wyniki inwestycyjne z jakimś sensownym benchmarkiem?

Na ten problem zwrócili uwagę w ostatnim czasie Jason Zweig i Barry Ritholtz. A artykule Nie jesteś tak dobrym inwestorem za jakiego się masz Zweig cytuje Elizabeth Loftus, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego, która stwierdza, że ludzie są podatni na spontaniczne zaburzenia pamięci, które sprawiają, że mają o sobie lepsze zdanie. Badania pokazały na przykład, że ludzie pamiętają, że regularnie uczestniczyli w wyborach krajowych (w USA odbywają się co dwa lata – T.) nawet wtedy gdy nie głosowali w okresie ostatnich sześciu lat oraz że 71% studentów, którzy otrzymywali oceny D (w skali A, B, C, D i F – T.) w liceum wspomina uzyskiwanie wyższych ocen.

Najprostszym rozwiązaniem tego problemu jest skoroszyt z wynikami inwestycyjnymi. Prowadzę takie zestawienie w tygodniowym, miesięcznym i rocznym horyzoncie czasowym. Odnotowuję wyniki benchmarku (po linii najmniejszego oporu – WIG). Prowadzę też zestawienie wyników inwestycyjnych dla odmiennych rynków (na przykład osobno dla rynku akcyjnego, osobno dla rynku FW i osobno dla rynku Forex).

Znacznie lepszym rozwiązaniem jest prowadzenie także szczegółowego dziennika transakcyjnego. Dzięki niemu możliwe jest wyodrębnienie konkretnych strategii i działań, które generują w portfelu zyski i straty. Zwrócił na to uwagę Steve Clark, który stwierdził, że inwestorzy powinni koncentrować się na robieniu tego co przynosi im zyski i unikać robienia tego co przynosi im straty. By skorzystać ze wskazówki Clarka niezbędne jest prowadzenie zestawienia wszystkich transakcji, usystematyzowania ich według logicznego klucza oraz prowadzenia zestawienia zysków i strat (P&L) by określić jakiego rodzaju transakcje przynoszą zyski a jakiego rodzaju transakcje przynoszą straty.

O samooszukujących się inwestorach pisał także Barry Ritholtz w artykule W jakich sprawach inwestorzy samookłamują się? Punktem wyjścia do rozważań Ritholtza był dobrze wszystkim znany rodzaj inwestycyjnych geniuszy, którzy zawsze kupują w dołku, sprzedają na górce i generalnie czas spędzony na inwestowaniu upływa im na zarabianiu na głupocie leszczy.

Ritholtz trafnie zauważył, że zdecydowana większość inwestorów oszukuje się w jakiejś kwestii a wspomniany proces samookłamywania rzadko przybiera groteskowe rozmiary. Myślę, że taką dziedziną może być na przykład problem tego w jakim stopniu wyniki inwestycyjne są wynikiem losowości (szczęścia) a w jakim stopniu są wynikiem umiejętności (przewagi nad rynkiem).

[Głosów:0    Średnia:0/5]

22 Komentarzy

  1. lesserwisser

    “Myślę, że taką dziedziną może być na przykład problem tego w jakim stopniu wyniki inwestycyjne są wynikiem losowości (szczęścia) a w jakim stopniu są wynikiem umiejętności (przewagi nad rynkiem).”

    A jak zdefiniujesz przewagę nad rynkiem i czy zawsze jest to wynik włąsciwych umiejętności gracz?

    1. trystero (Post autora)

      @ lesserwisser

      A jak zdefiniujesz przewagę nad rynkiem

      W tym przypadku można zdefiniować przewagę nad rynkiem jako posiadanie narzędzia zdolnego identyfikować dające się eksploatować anomalie rynkowe czyli odstępstwa od efektywnej wyceny.

      i czy zawsze jest to wynik włąsciwych umiejętności gracz?

      To zależy jak zdefiniujesz umiejętności. Czy lepszy (legalny lub nielegalny) dostęp do informacji jest wynikiem umiejętności? Zapewne można tak uznać.

  2. lesserwisser

    @ Trystero

    No to jeszcze zdefiniuj co rozumiesz tu pod pojęciem rynek, a wtedy będzie większa jasność, bo generalnie to niezbyt precyzyjne i jasne te twoje definicje są.

    1. trystero (Post autora)

      @ lesserwisser

      W zależności od kontekstu albo miejsce wymiany albo ogół uczestników wymiany. Gdy piszę o przewadze nad rynkiem mam na myśli to drugie.

  3. MistrzOh

    @Trystero:
    Czy możesz się pochwalić jakie stopy zwrotu uzyskujesz na swojej działaności? Czytam Twojego bloga już od jakiegoś czasu i mam o nim bardzo dobre zdanie. Jestem ciekawy, czy osoba o Twojej wiedzy, oraz stosująca opisywane przez Ciebie narzędzia jest w stanie uzyskać zauważalną przewagę (wyższe zyski) niż przeciętne. Jeżeli nie chcesz ujawniać takich danych – nie naciskam 😉

    1. trystero (Post autora)

      @ MistrzOh

      Dzięki za dobre słowa.

      Dwie uwagi. Rzadko opisuję konkretne strategię, które sam wykorzystuje. Przede wszystkim dlatego, że mam bardzo krótki horyzont czasowy. Po drugie, napisanie o moich stopach zwrotu nic nie zmieni. Jeśli będą niskie lub przeciętne – nic się nie stanie. Jeśli będą bardzo wysokie – cóż, pojawią na na pewno osoby, kwestionujące ich prawdziwość. Co wtedy? Będę musiał opublikować PIT38?

      Dopóki podane stopy zwrotu nie mają potwierdzenia w audytowanym dokumencie niewiele znaczą. Ludzie, którzy sprzedają systemy transakcyjne często dają jakieś skany PIT-ów. Takie coś bardzo łatwo jest wytworzyć.

      Pisałem na blogu, że od kilku lat to co zarobię na inwestowaniu własnych pieniędzy na rynku kapitałowym jest głównym źródłem mojego utrzymania. To wskazuje, że osiągam satysfakcjonujące stopy zwrotu. Nie jestem jednak w stanie przekonać Cię byś w to uwierzył.

  4. deli deli

    Notatki, fiszki, dyaryusze wiedeńskie, wykresy, szkice, wycieczki, trawersy zboczem, belwedery na szczycie trafionych walorów – to wszystko zostaw na brzegu, gdy Cię rzucą na głębię lub przyznaj sam tego chciałeś.
    Lata treningu, ta cała zaprawa kaligraficzno-klawiaturowa przebija w tkance nowe światłowody orientacji i wychodzisz jasny i gotowy na sytuacje ektremalne. Nie inaczej będzie na bieżni, w ringu, w sytuacji sam na sam z bramkarzem i nocą w parku w dzielnicy portowej.Będziesz miał na talerzu lęk metafizyczny. O co tak zabiegał Witkacy w teatrze czystej formy. I wreszcie po wieloletnim treningu w wąwozach sprzężenia zwrotnego dochodzisz celu. Wiesz już co w tym momencie ważnym dla Ciebie zamierza rynek.

    Wyprzedzamy cywilizację wędrując po najbardziej tajemniczych zakątkach morza.*)

    ———
    To zerżnąłem z “Lorda Jima”

  5. Harry

    @ trystero

    Nie bardzo widzę sens posiadania skoroszytu inwestycyjnego w przypadku gracza forexowego. Dziennik transakcyjny – jak najbardziej! Szczerze mówiąc mój dziennik transakcyjny zrobił się strasznie nudny od momentu, gdy w końcu ‘zmusiłem się’ do bezwzględnej egzekucji stosowanej strategii. Oczywiście patrzę na ceny surowców i znam korelację z S&P 500 natomiast używam ich bardziej w formie barometru ogólnego sentymentu. Szczerze mówiąc, patrząc na mój dziennik w obecnej postaci widzę, dlaczego na początku miałem problemy z zarabianiem pieniędzy. Wydaje mi się, traderzy zbyt mocno podniecają się jakimikolwiek sygnałami, zamiast skoncentrować się na tych, które przynoszą największy zysk! W końcu nikt nie udowodnił, że większa ilość transakcji przekłada się na większe zyski! No ale żeby dojść do pewnych wniosków trzeba przetrwać na rynku przez dłuższy czas:)

    Co do RAFu, to nie zapominajmy, że 3.09, gdy rozpoczęła się wojna, to ich lotnicy nadlecieli i ocalili całą Polskę:) Taka jest oficjalna wersja w Anglii!

    @ lesserwisser

    ‘A jak zdefiniujesz przewagę nad rynkiem i czy zawsze jest to wynik włąsciwych umiejętności gracz?’

    W bardzo prosty sposób kolego – jestem swing traderem i handluję wyłącznie odbicia od linii trendu (poza eur/chf gdzie z uwagi na bliskość dołka stosuję averaging down). Jeśli jakaś para walutowa znajduje się w trendzie to moja przewaga nad rynkiem jest oczywista i 85% transakcji wchodzi! Ponieważ zazwyczaj ustawiam buy/sell limit ze stopem i target profitem (które przesuwam w razie potrzeby) to szczęście polega na tym, że cena dojdzie prawie pod samą linię. Właściwie to powinienem tu mówić o pechu, bo czasem ceny zatrzymują się 4-5 pipsów od linii i nie dochodzi do otwarcia pozycji! Jednakże, od czasu do czasu, gdy następuje zmiana trendu, linie zostają złamane i tracę pieniądze. Często dochodzi też do rangingu na szczycie trendu (zanim zaczniemy spadać). Na tym właśnie polega przewaga systemu – grasz, gdy się da, a jak nie ma dobrego set-upu to stoisz z boku! Poza tym, każdy z nas może ‘wypracować’ sobie edge, który daje money management. Prawie wszystkie moje transakcje mają r/r ratio 1:3 lub większe, co oznacza, że w długim okresie czasu musiałyby się dziać cuda abym nie zarobił! Znajomość tego faktu połączona z 15 miesiącami handlu na real account zaczyna mi dawać edge ostateczny – spokój wewnętrzny!

    1. trystero (Post autora)

      @ Harry

      Nie bardzo widzę sens posiadania skoroszytu inwestycyjnego w przypadku gracza forexowego. Dziennik transakcyjny – jak najbardziej!

      Chciałbym zacząć od napisania, że to zupełnie normalne, że masz w tej sprawie odmienne zdanie. Nigdy nie traktuję wskazówek, które zamieszczam na blogu jak wyroczni. Podaje je w dobrej wierze. Część czytelników uzna je za przydatne, część stwierdzi, że nie warto się do nich stosować. Wielokrotnie pisałem na blogu, że nie ma jednego świętego Graala w inwestowaniu.

      Moim zdaniem skoroszyt inwestycyjny z tygodniowymi czy miesięcznymi stopami zwrotu jest przydatny, niezależnie od rynku, na którym się inwestuje. Po prostu dlatego, że zabiera zbiorcze dane o wynikach inwestycyjnych.

      Natomiast jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której jakiś inwestor decyduje, że on tych danych nie potrzebuje i wystarczy mu zestawienie wyników transakcji.

  6. Piechur

    Trystero napisał:
    odsetek inwestorów (…), wyniki inwestycyjne (…), skoroszyt z wynikami inwestycyjnymi(…)

    No i prawdziwa perełka

    ” Prowadzę też zestawienie wyników inwestycyjnych dla odmiennych rynków (…)dla rynku Forex. 🙂

    No i na koniec: “O samooszukujących się inwestorach pisał także Barry Ritholtz”

    Co prawda nie mam pojęcia co tam napisał Barry, ale wiem jedno.

    Jeżeli ktoś kupuje lub sell shortuje akcje czy kontrakty to robi to z myślą że pójdą one zgodnie z zakładanym przez niego kierunkiem. Czyli inaczej mówiąc SPEKULUJE co do przyszłości. Inaczej mówiąc jest SPEKULANTEM.

    Pisanie więc o jakieś inwestorach i inwestycjach, tym bardziej w kontekście Forexu, jest największym samookłamywaniem.
    Im wcześniej pojmiecie kim tak naprawdę jesteście, tym lepiej. 🙂

    1. astanczak

      @ Piechur

      Jak nazwiesz osobę, która ma jednocześnie pozycje krótkie i długie na tym samym rynku i wcale nie jest zainteresowania trendem wzrostowym tylko trendem bocznym?

  7. Piechur

    @Astanczak
    napisał: “wcale nie jest zainteresowania trendem wzrostowym tylko trendem bocznym?”

    Sam sobie odpowiedziałeś. Jest zainteresowana trendem bocznym. Czyli spekuluje że on w przyszłości będzie.

  8. Harry

    @ trystero

    Ok, nieprecyzyjnie się wyraziłem:) Mój dziennik tredingowy jest w excelu i każda kolumna umożliwia selekcję potrzebnych danych, co oznacza, że w każdym momencie mogę sprawdzić dowolną rzecz. W każdy weekend siadam do kompa i wpisuję wszystkie trades, a na koniec każdego miesiąca patrzę jak mi poszło i zastanawiam się, czy można coś ulepszyć (ponieważ używam 1% kapitału do każdej transakcji muszę też przeliczyć, ile będzie on wynosił w najbliższym miesiącu). Tak więc nie jest to dziennik w tradycyjnym znaczeniu tego słowa:) A takie wskazówki są jak najbardziej wskazane – nikt nie wie tak dużo, aby nie mógł się nauczyć czegoś nowego! Gdybym uważał, że wiem już wszystko to z pewnością nie czytałbym blogów, tylko sam pisał ulotki inwestycyjne i rozsyłał je ludziom, aby zostać następnym guru i zbudować kolejna piramidę:)

  9. astanczak

    @ Piechur

    Nie problemu ze słowem spekulant – pewnie od przeszło dekady publicznie zwalczam niechęć do spekulacji – tylko daję do zrozumienia, że wiązanie spekulacji z kierunkowym tradingiem prowadzi na manowce.

    Odpowiadając na zarzut, że czymś ktoś może być zainteresowany: przy pewnych typach strategii w trendzie bocznym zarabia się najłatwiej – nie znaczy najwięcej. Pojawienie się trendu nie robi dramatu, ale dokłada pracy, no i zysków lub strat. Tu nie ma żadnego zakładu z rynkiem o kierunek – jest raczej poszukiwanie sweet spotu, ale to akurat domena nie tylko obecności na rynku. Jak się doprawia zupę, to też trzeba znaleźć ten punkt, w którym jest najlepiej.

    1. trystero (Post autora)

      @ astanczak, Piechur

      Osobom zainteresowanym dyskusją o różnicach pomiędzy inwestowaniem a spekulacją mogę polecić ostatnie rozważania Zweiga (część I i część II) oraz artykuł Hagstroma

      Tam gdzie tego wyraźnie nie zaznaczam używam słowa inwestor i inwestowanie na określenie każdego uczestnika rynku i każdych działań na rynku. Taką przyjąłem praktykę.

  10. deli deli

    @Piechur
    Spekulować etymologocznie znaczy obserwować. Jeśli wyrzucimy za drzwi szafę grającą, otworzy się przed nami globalny obraz przedsiębiorczości na Ziemi, wdzięczne pole do analizy, wniosków, decyzji inwestycyjnych.
    Komunał zwany “spekulacją” (video, jak rozkwitał na ustach decydentów w czasach komuny) przeszkadza w samodzielnym myśleniu.

  11. Piechur

    @ astanczak

    Generalnie jak się czyta książki Lefevre, Wyckoffa itp. z lat 20 i 30 XX słowa spekulacja w różnych odmianach pojawia się co jakieś dwie strony. Nie mówiąc o tym że ukazywały się wtedy książki typu “Biblia Spekulanta” czy “Zasady Spekulacji”. Potem gdzieś tak po DWŚ nagle to zniknęło i pojawiło się słowo “trader”.
    Przy czym jak zajrzymy do Webster New World Dictionary (edycja 1960) to znajdziemy tam takie definicje:
    “Trader – A member of a stock exchange who trades for himself and not as an agent for customers.”
    Natomiast jeszcze później, gdzieś tak w IMHO okolicach lat 80-tych zaczęto używać także słowa inwestor. Przy odnosiło się ono raczej do ludzi trzymających pozycje w długim terminie – miesięcy, lat i opierających się o AF.
    “Investor – a person who invests money”.
    Obecnie zaś można dostrzec tendencje używania tego słowa całościowo, o wszystkich uczestnikach handlu na rynkach finansowych.
    Czyli ewolucja (a właściwie regres) przebiegał tak:
    Speculator – Trader – Investor
    czyli od słowa dobrze oddającego sens podejmowanych procesów decyzyjnych, po słowo odnoszące się do czynności do ogólnego słowa odnoszącego się do wszystkiego czyli do niczego.

    Samooszukiwanie odbywa się już na poziomie języka.

  12. lesserwisser

    “Jak nazwiesz osobę, która ma jednocześnie pozycje krótkie i długie na tym samym rynku i wcale nie jest zainteresowania trendem wzrostowym tylko trendem bocznym?”

    Nazwę taką osobę arbitrażystą ( jeśli nie jest zainteresowana trendem wxrostowym) lub spekulantem (w zależności od konkretnej sytuacji), a jeśli jest zainteresowana trendem bocznym to nazwę ją albo frajerem albo narwanym cwaniaczkiem (w zależności od sytuacji).

    Posiadanie jednocześnie długiej i krótkiej pozycji daje albowiem złudę bezpieczeństwa, szczególnie na forexie.

  13. ikti

    @lesserwisser
    Jak się handluje na opcjach to można mieć jednocześnie pozycje w przeciwne strony rynku i być bardzo zainteresowanym trendem bocznym.

  14. Piechur

    Less napisał: “Posiadanie jednocześnie długiej i krótkiej pozycji daje albowiem złudę bezpieczeństwa, szczególnie na forexie.

    A. Stanczakowi chyba nie chodziło o hedgowanie lecz pewnie akcje typu wzięcie shorta i longa na środku konsoli. Przypuścmy że po tej decyzji kurs poszedł do góry – pozycja long zaczyna zarabiać, pozycja short traci. W momencie gdy pozycja long dochodzi do górnego ograniczenia konsoli, sprzedajemy ją i liczymy na odbicie. Jeżeli ono występuje, bierzemy dodatkowe shorty, wiedząc że kurs znów wróci co najmniej w okolice środka konsoli.
    Przy odpowiednim zarządzaniu pozycjami (scale in, scale out) taki lokalny obszar zmienności może doprowadzić do sporej zdobyczy.
    Tyle że to wszystko dalej pasuje do mojej definicji spekulacji. Ponieważ osoba decydująca się na taką taktykę zakłada (spekuluje) że:
    a) Konsola się zacznie (jeżeli jej jeszcze nie ma)
    b) Konsola będzie trwała (gdy już się zaczęła)

    Oczywiście tego typu gra, to wyższy stopień wtajemniczenia, nie dla początkujących.

  15. lesserwisser

    @ ikti

    Jak się handluje opcjami to zapewne i nie takie rzeczy są możliwe.

    Zresztą można handlować towarami na futers czy walutą na forexie i mieć otwarta pozycje w obie strony, bedąc jednocześnie zasinteresowanym trendem bocznym – bo przecież różne, różniste rzeczy ludzie wymyślają.

    Ja natomiast rozumiem pozycję oldskulowo, jako zobowiązanie rynkowe rodzące ekspozycję cenową, więc dla mnie zassadniczo rzecz biorąc opcje nie są pozycjami sensu stricte do czasu aż nie zostaną aktywowane.

    PS

    A tak w ogóle to ja za bardzo nie wiem, bo nie lubię poczniaków, gdyż podobno szkodzą na watrobę! 🙂

  16. MistrzOh

    @ Trystero 2013.03.05 08:23
    Dzięki za odpowiedź!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *