Gdy byłem młodym dziennikarzem pracującym w gazecie finansowej, pamiętam konferencję jednego z pierwszych TFI działających na naszym rynku. Na tejże konferencji wyszedł prezes i zapytany przez dziennikarza o oczekiwane wyniki (dziś takie pytanie może brzmieć absurdalnie, ale to były lata 90.) powiedział wprost: „nam nie zależy na wynikach, tylko na wzroście aktywów”. Pamiętam, że byliśmy zszokowani tym stwierdzeniem wprost, że interes klienta to właściwie nie ma znaczenia.

Czas pokazał, że faktycznie w wielu przypadkach cele istnienia działających funduszy inwestycyjnych jest wzrost wartości aktywów. Ale raczej nie tak jak to jest zapisywane w prospekcie, czyli nie „w wyniku wzrostu wartości lokat funduszu”.

 

Do 2005 roku na naszym rynku funduszy działo się niewiele. Każde nowe towarzystwo miało taką samą politykę. Otwieramy fundusz zrównoważony, akcyjny i obligacji. Później doszły pieniężne.

W pewnym momencie zaczęło się to różnicować. Ale prawdziwym przełomem według mnie było rozpoczęcie działalności przez TFI założone nie przez wielki kapitał tylko przez prywatne osoby związane od lat z rynkiem. Stało się to moim zdaniem bardzo późno, ale lepiej późno niż wcale. Tymi towarzystwami była najpierw OPERA TFI, później zaś Investors TFI. Oba towarzystwa wystartowały z funduszami, które według zapowiedzi można było uznać, za pierwsze fundusze zbliżone polityką do funduszy hedge – nie ograniczały się jeśli chodzi o rodzaje aktywów, wykorzystywanie krótkiej sprzedaży itp.

Z perspektywy kilku lat można powiedzieć, ze oba TFI osiągnęły sukces – aktywa pęcznieją, nowe fundusze powstają. Tylko tak jakby próbowano ukryć te pierwsze produkty, które w obu przypadkach nazywano „flagowymi funduszami”. Dziś z obu chętnie by pewnie zdjęto banderę i zapomniano o nich.

Najpierw agresywnie reklamowane, promowane jako te, które będą zarabiać „w każdych warunkach” pokazywały niezłe wyniki do 2007 roku, czyli do szczytu hossy (Investor FIZ kilka miesięcy dłużej). Miesięczne zmienności na poziomie kilkunastu procent sugerowały, że gdzieś tam czai się ciekawe ryzyko, które niejednego zarządzającego sprowadziło na ziemię.

 

Najpierw poddała się Opera. Co ciekawe właściciele funduszu na samym szczycie odpalili fundusz, które bliźniaczo miał naśladować dokonania flagowego OPERA FIZ, tylko z mniejszymi limitami dla inwestorów – Opera za 3 Grosze (nazwa kuriozalna i prowokacyjna)

LINK

Ich wykresy mówią same za siebie (źródło Opera.pl)

 

OPERA FIZ, czyli fundusz z dłuższą historią, przez blisko 70 procent czasu swojego istnienia nie może wydostać się z maksymalnego obsunięcia, które w najgorszym momencie (w marcu 2009, czyli trzy lata temu) osiągnęło 78 procent. Od tamtego czasu wiele się nie zmieniło, poza zarządzającymi, którzy w pewnym momencie zmieniali się jak na karuzeli. Fundusz jest 75 procent poniżej rekordowej wartości i blisko 50 procent poniżej wyceny startowej.

 

Fundusz z drugiego TFI, czyli Investor FIZ właśnie zalicza swoje maksymalne obsunięcie, które po wycenie na koniec marca wynosi -45%. Szczyt wyników miał miejsce w październiku 2007, czyli 55 miesięcy temu. Wartość certyfikatu pięła się do góry przez dwa lata, przez ponad cztery systematycznie spada.

Nie ma w tym nic zaskakującego. Zaskakujące raczej było przekonanie przedstawicieli obu TFI o własnym geniuszu i wierze w metody. Na jednej z pierwszych konferencji Investors TFI mówiono takie rzeczy, że w pewnym momencie przestałem zapisywać. Było i śmiesznie i strasznie. Z jednej strony mówiono o szybkim reagowaniu i spekulacji oraz pochodnych, z drugiej odwoływano się do Warrena Buffetta i inwestowania w wartość. Można powiedzieć, że wykorzystano wszystkie „słowa-klucze”, które uwielbia publiczność.

 

Przez długi czas na stronach funduszu reklamowano go jako najlepszy w branży, chwaląc się imponującymi stopami zwrotu na tle konkurencji. Dziś wynik w stosunku do szczytów może mocno frustrować klientów, ale nawet ci, którzy weszli na samym początku mogą czuć się zawiedzeni. Średnioroczna stopa zwrotu na poziomie 7.6 procent przy miesięcznej zmienności sięgającej 20 procent, każe znów postawić popularne w ostatnich latach pytanie, czy za wynikami stoją umiejętności czy szczęście.

W obu przypadkach wiadomo jedno – nie skorzystano z popularnego w branży funduszy hedge zwyczaju, że fundusz zamyka się, po przekroczeniu 40 procent strat. Co więcej Opera FIZ przedłużyła nawet czas trwania funduszu, w stosunku do pierwotnych założeń, prosząc klientów o jeszcze jedną szansę. Niestety praw psychologii nie da się oszukać i wszelkie zasady związane z ogromnymi stratami ciążą nad zarządzającymi (albo ich sukcesorami), więc należałoby je ciąć. Investor FIZ musi zarobić ponad 50 procent, żeby osiągnąć nowe szczyty. Nie jest to nierealne, ale presja na ten wynik może to jednak skomplikować. OPERA FIZ musi zarobić 360 procent, żeby wyjść ponad szczyty. Realne…..?

Pozwolę sobię zakończyć wypowiedzią Eda Seykoty, z „Czarodziejów rynku” Jacka Schwagera (wyd. Linia, 2012)

 „W którym momencie zyskałeś pewność, że będziesz w stanie zarabiać jako trader?

Waham się wciąż między dwiema opcjami – „potrafię zarabiać” i „mam tylko szczęście”. Czasami największe zaufanie do własnych umiejętności mam tuż przed serią poważnych strat.”

[Głosów:0    Średnia:0/5]

5 Komentarzy

  1. lesserwisser

    Jednym słowem istny Armagiedon z tą Operą (a może operetką?).

    A jak już Ed Seykota jest przy głosie to posłuchajmy, co wiecej ma on do powiedzenia w tym temacie:

    “Until you master the basic literature and spend some time with successful traders, you might consider confining your trading to the supermarket.”

    “Win or lose, everybody gets what they want out of the market. Some people seem to like to lose, so they win by losing money.”

    “It can be very expensive to try to convince the markets you are right.”

  2. szutnik

    Fajnie mi się jakos tak poskładało: czytam ten wpis, patrzę na wykresy Opery TFI, a komputerowe radio puszcza “Slip, sliding away” Paula Simon’a 🙂
    Podglądają co robię? 😉 bo piosenkę dobrali niezwykle trafnie do tego, co we wpisie.

  3. ZP

    Tytułem uzupełnienia:
    http://www.bankier.pl/forum/pokaz_tresc.html?thread_id=2343630&strona=1

  4. Oracle of Ostrava

    Hmm, kto wie, może te fundusze wchodziły w bardzo sensowne strategie inwestycyjne tylko szczęścia nie miały, a może ich strategie były tak kiepskie, że tylko duża doza szczęścia spowodowała, że nie straciły znacznie więcej;) A tak w ogóle to dziwi mnie, że ludzie którzy tyle lat siedzą w temacie zarządzania aktywami nadal wierzą (tak deklarują przynajmniej) w jakieś timingi, absotut returny, częste przeskakiwanie pomiędzy aktywami czy rynkami. Może nie bez kozery jeden z prezesów nazwał w pewien sposób członków swojego teamu jakiś czas temu;)

  5. KrzychJ

    Mam silne podejrzenie, że dopiero dzieci obecnych zarządzających zajmą się tym profesjonalnie o ile od młodości będzie to ich konik. Kultura korporacyjna, nawyki itd to jest coś czego nie przeskoczymy, tylko wypracujemy o ile ci ludzie zechcą swoje doświadczenia komuś przekazać, na co jest spora szansa bo w końcu biznesmenami są dość udanymi, w okresie bessy na parkingach wszak nie pracują.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *