Część ekipy bossy została powalona przeziębieniami i stany osobowe wymuszają mniejszą aktywność na blogu, więc dziś w notce nieco więcej publicystyki na temat publicystyki niż rynków surowcowych. Chociaż, wszędzie tam, gdzie mowa o rynku walutowym zapomnieć o rynkach surowcowych nie sposób.

Wszyscy zapewne odnotowaliśmy ostatnie umocnienie dolara, które w ostatnich tygodniach jest w dużej części pochodną kłopotów mniejszych krajów strefy euro. Obniżone ratingi czy oczekiwane wyższe koszty lokowania kolejnych obligacji spowodowały, iż od początku grudnia euro straciło na tle dolara przeszło 5 procent i przeszło 6 procent na tle jena. Na rynku trwa festiwal spekulacji na temat kolejnych kandydatów do kryzysu, tym razem mówi się już krajach ze ścisłej czołówki Unii Europejskiej, jak np Włochy. W dyskusję włączają się politycy, ekonomiści – zwłaszcza ci najpopularniejsi w mediach – i oczywiście dziennikarze.

Cechą wspólną tych wszystkich wystąpień jest gremialnie powtarzane hasło, iż strefa euro może się rozpaść a wspólna waluta upaść. Pomijając słowo może – które znaczy tyle, że istnieje jakieś tam prawdopodobieństwo, że coś się może zdarzyć, co w praktyce oznacza, iż nikt nie wie, czy się zdarzy – przez media przelatuje teza, iż strefa euro jest fikcją, sztucznym tworem, kolosem na glinianych nogach i inne tego typu błyskotliwe porównania.

Ciekawe w tej sytuacji jest coś innego –  jak szybko przeszliśmy ze świata śmierci dolara, który już za chwilę miał się zwalić zasypany podażą ze strony Chińczyków i rozliczeniami ropy w euro lub innej niż dolar walucie, do świata w którym prognozuje się koniec strefy euro i upadek wspólnej waluty.  Nawet w krótkiej – z punktu widzenia czasu trwania jednego cyklu koniunkturalnego – historii blogów bossy już dwa razy miałem okazję pisać o takich skokach nastrojów, z czego raz niespełna pół roku temu.

To nowy przykład, jak dynamicznie a zarazem bez większych podstaw kreuje się w mediach skrajne nastroje na temat tego, jak wygląda sytuacja gospodarcza w poszczególnych regionach świata. Pozostaje mi tylko kolejny raz uczulić Państwa na to, co dociera do Was z serwisów giełdowych i operujących coraz bardziej krwawymi tytułami dziennikarzy. Oczywiście ani dolar, ani euro nie upadną w najbliższej przyszłości a w kolejnych dekadach obie waluty pozostaną centrami gospodarczego świata . Być może przejdziemy ze świata, w którym wszystko będzie oglądane przez pryzmat polityki gospodarczej USA, ale poważniejszych zmian na mapie gospodarczej nie będzie.

Zwolennikom upadku euro postawiłbym pytania o to, jak wyglądałaby dziś kondycja Grecji, gdyby zamiast euro płacono tam ciągle drahmami a kraj byłby poza strukturami Unii Europejskiej. Nie potrzeba bogatej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak rozwijałby się tam kryzys, gdyby nie przynależność tego małego kraju do szerokiego mechanizmu wspólnej waluty i prawodawstwa unijnego na polu gospodarki. Dziś władza na pieniądzem i regułami gospodarki została w Grecji odsunięta poza klasę polityczną, od lat postrzeganą, jako niezdolną do podjęcia koniecznych reform.

Niedostrzegany paradoks polega na tym, iż kryzys Grecji umacnia euro, które wyjdzie z tego wzmocnione – nie chodzi o wyceny nominalne, te będą pochodną masy innych czynników w przyszłości – bo bycie w tym klubie zabezpiecza małe gospodarki przed skrajnymi kryzysami walutowymi. To właśnie dlatego Duńczycy myślą nad przyjęciem wspólnej waluty a Islandia rozważa nawet wstąpienie do Unii Europejskiej. Tylko akurat takie tezy trudno sprzedać w bijącym po oczach cytacie – łatwiej krzyczeć o końcu świata, bo wtedy jest szansa, że jakiś walczący o oglądalność portal wybije krwawy tytuł i nazwisko komentatora obok ekscesu celebryty.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

6 Komentarzy

  1. hossa82

    Gdyby Grecja nie byla w strefie Euro nie narobilaby sobie tak strasznego dlugu, a Grecy nie przyzwyczailiby sie (przez niskie stopy procentowe) do zycia na kredyt. Strefa Euro nie jest dla nierobow takich jak Grecy czy Wlosi, tylko dla pracowitych Niemcow.

  2. astanczak

    > Gdyby Grecja nie była w strefie Euro

    to byłaby już drugą Islandią i… ustawiała się w kolejce do UE i strefy euro, do której nikt nie chciałby jej przyjąć. Zapewne pojawiłyby się jakieś ruchy populistyczne – jak prezydent Islandii, który o spłacaniu zagranicznych zobowiązań chce decydować w referendum – które jeszcze bardziej zamknęłyby kraj w kryzysie.

    > przez niskie stopy procentowe

    a skąd gwarancja, że rząd poza UE nie prowadziłby polityki pobudzania gospodarki inflacją?

    Grecja ma kilka atutów – rolnictwo wspierane dotacjami z UE, które stabilizują część gospodarki w kryzysie – i pozostaje atrakcją turystyczną dającą jednak dochody do budżetu. Rozpasanie budżetowe nie jest efektem bycia w strefie euro – jest czymś , co istniało i istnieje poza strefą euro.

    Nie bronię Grecji, tylko sygnalizuję, że Grecja poza UE już by zatonęła.

  3. e-gielda.blogspot.com

    Racja z tym zyciem na kredyt racja

  4. reptile

    To co … po Amerykanskim kryzys Europejski,a później globalny i kuniec? Nie ma to jak spekulacje ;]

    “Pozostaje mi tylko kolejny raz uczulić Państwa na to, co dociera do Was z serwisów giełdowych i operujących coraz bardziej krwawymi tytułami dziennikarzy.”
    Czyli L na EU hehe

  5. deli deli

    To okresowe skakanie na pochyłe drzewa, pokazywanie palcem, kto się potknął i lezy – nie pomoże. Tu nie ma diabolicznych ognisk recesji, to gra powszechna transformacja. Rozpoczęła w 2001, 2004, 2008 – wybierz sobie, a zakończy po 2020 roku. Liczy się rodzina, naród i wiara. Reszta się nie pozbiera.

  6. Pingback: Petya

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *