Składowe inwestycyjnej porażki część 9

Trudno mi już sobie nawet przypomnieć jak to było 15 lat temu gdy wspólnie z kolegami inwestowaliśmy w akcje bez internetu. Po prostu go nie było. Dziś miałbym kłopoty, żeby sobie wyobrazić, iż nadal nim nie dysponuję 🙂 Pod tym względem żyjemy we wspaniałych czasach.

Łatwowierność nie popłaca a w tej branży może okazać się baaaaaardzo kosztowna. Steenbarger ostrzega:

9. Papierek lakmusowy, testujący dowolną stronę internetową poświęconą edukacji inwestycyjnej, treningowi pod nadzorem mentora i tym podobnym sprawom: jeśli serwis więcej czasu spędza na promocji osoby niż na promocję pomysłów, masz dobry obraz priorytetów, którymi się kieruje. Miej się na baczności bo korzystasz z tej usługi na własną odpowiedzialność a portal nie odpowiada za wady ukryte.

Z tej strony oceanu widziałbym ten problem nieco inaczej, bardziej pragmatycznie i chyba mniej amerykańsko. Tam nazwisko to marka. Bogactwo, wynalazki, sztuka itd. są eksponowanymi miernikami ludzkiej pracy, wiedzy i umiejętności więc stanowią słuszny powód do nieskrywanej dumy. Nawet szczęściarz, trafiający główną wygraną w loterii, z entuzjazmem prezentuje na czeku swoje dane personalne (czy ktoś odważyłby się zrobić to w Polsce?) Ale internet rządzi się innymi prawami. Odwiedzając strony wspomnianego wyżej typu, nazwisko i życiorys oraz dyplomy są ostatnią w sensie dosłownym rzeczą jaka mnie interesuje. Zakładam oczywiście, że chodzi o strony firmowane przez ludzi nie mających jeszcze wyrobionego w branży nazwiska. Choć trzeba przyznać, że nawet celebryci inwestowania mają czasem nieco nabazgrane w kartotekach prowadzonych przez nadzór (amerykańskie NFA i CFTC), z powodu nie do końca czystych zabiegów reklamowych, żeby wspomnieć choćby Jake’a Bernsteina, Larry Williamsa, Kena Robertsa czy Curtisa Arnolda.

Zakładam jednak, że aby sprzedawać wiatr, marzenia i złudzenia w sieci nie trzeba z przytupem promować osoby, można to robić również dyskretniej. Tak samo jak z drugiej strony można ominąć coś rzeczywiście interesującego tylko z tego powodu, że autor faktycznie może przesadnie chwalić się osiągnięciami. Nie wspominając już faktu, że w internecie można wykreować dowolnie podkolorowany życiorys, sfabrykować dowolne dokumenty i wyretuszować każde zdjęcia. A chyba najbardziej ?obciachowe” wydają się być w naszej kulturze dość popularne w USA tak zwane ?testimonials’ czyli cytowane wypowiedzi i listy zadowolonych użytkowników produktu czy usługi, którzy teraz dzięki temu pławią się w luksusach :- ) Tego typu reklama ma tam ponad stuletnią tradycję, wyrosłą z branży farmaceutycznej, choć jak wskazują badania nawet Amerykanie przestali je czytać i traktować poważnie. Z jednym wyjątkiem – jeśli taką ocenę wystawia gwiazda kina, sportu czy show-biznesu, wartość promocyjna takich ?testimonials” ma spory wpływ na popyt konsumentów. Ta moda przeniosła się na gigantyczną skalę ostatnio do Chin. Natomiast w USA można wynająć specjalną firmę, która sprawdzi prawdziwość fotografii z Warrenem Buffetem i jego ciepłymi słowami na odwrocie.

I dlatego zamiast odmierzania wielkości promocji osoby, proponuję od razu i niemal wyłącznie oceniać portal od strony merytorycznej a więc jakości albo raczej wiarygodności oferowanego produktu. Przepraszam jeśli kogoś urażę ale trzeba wykazać się naprawdę bezgraniczną naiwnością, wierząc w zapewnienia autora strony, że poświęcając tylko 5 minut dziennie można szybko wypełnić worki szmalem albo po jednym szkoleniu stać się postrachem parkietów. Gładko pnące się niemal w pionie linie kapitału na wykresach promowanego systemu inwestycyjnego powinny być głośnym dzwonkiem ostrzegającym, że jest to produkt wyłącznie komputerowego tunningu a nie obraz rzeczywistych transakcji. Widziałem w życiu tysiące realnych linii kapitału ale żadna z nich nie była idealnie gładka, tym bardziej jeśli system musiał przeczołgać się przez wszystkie stany zmienności i (nie)trendowości rynku. Natomiast autorski wskaźnik ?działający w każdych warunkach” powinien zostać raczej zgłoszony do księgi Guinessa a nie sprzedawany za jakieś marne kilka dolarów tysiącom chętnych, którzy zresztą sami się nim nawzajem stratują. To dużo jaskrawsze i prostsze przykłady niż badanie poziomu promowania konkretnego nazwiska.

W wielu wypadkach nawet brak powyższych przesłanek nie musi oznaczać kryształowych intencji sprzedającego. Jednak obok artystów naciągania są też tacy, którzy według mnie nie zdają sobie czasem sprawy, że to co próbują spieniężyć jest nie tylko nielegalne ale w warunkach niestacjonarności jakie panują na rynkach kapitałowych, cykl ich życia jest ograniczony. Zdaję sobie sprawę, że sprawdzenie wiarygodności produktu nie jest proste. Internet ma na szczęście również swoje nieocenione zalety – na temat dowolnego produktu czy też jego autora coraz łatwiej znaleźć opinie innych użytkowników ale można również zapytać o nie na forum czy poobserwować działanie przez jakiś czas. Bardziej zaawansowane formy sprawdzenia to temat na osobny wpis choć uniwersalnie najlepszej recepty nie ma.

–* Kathay *–

[Głosów:0    Średnia:0/5]

9 Komentarzy

  1. juliusz

    Ty chłopie lepiej napisałbyś o sukcesach – chociazby twoich a nie ciągle o porażkach,bo niedobrze mi sie robi jak to czytam i chyba przestanę czytać tego bloga bo pożytku z niego nie mam żadnego ……

  2. gzalewski

    Prosze siegnac do gazet sprzed dwóch lat. Wtedy wiekszosc pisala o samych sukcesach 😉

  3. Jacek

    Niekoniecznie sprzed dwóch lat. Całkiem niedawno w banku obserwowałem jak panienki z okienka namawiały nieświadomych ludzi na lokaty strukturyzowane, tak samo jak kiedyś na jednostki funduszu. Pisałeś o tym. To jest w zasadzie to samo – czyli fabuła filmu "boiler room". (Wszelka zbieżność z rzeczywistością|jest całkowicie przypadkowa.);-)

  4. Jacek

    Zastanawiam się tylko, czy oferujący te produkty, systemy itp. robią to całkiem swiadomie i cynicznie, czy jest to trochę bardziej skomplikowany tzw. "marketing" ?

  5. Thom

    Mnie tam się podobało. Garść oczywistości doprawiona dobrymi radami.;)))

    Kto w ogóle – jeżeli myśli w miarę racjonalnie – nabierze się na gotowe systemy sprzedawane przez "giełdowych altruistów" chcących podzielić się z maluczkimi swym sukcesem?

  6. kathay

    @Juliusz
    Tak się składa że circa 90% inwestorów kończy swoje przygody z giełdą pod kreską. Rozumiem, że frustrujące może się wydawać wskazywanie im jakie błędy mogli popełnić i nie zdawać sobie z nich sprawy.
    To zacznijmy z innej strony – co masz nas myśli pisząc o sukcesie to coś poradzimy? Może faktycznie wszystko co do tej pory pisałem na blogu o testach, strategiach, systemach i słabych stronach jest dołujące i pora zmienić front?

  7. Maciek

    Gdy widzę reklamy tego typu stronek, super kursów albo mega zarabiających systemów to pojawia się takie chyba dosyć racjonalne pytanie które prawdopodobnie większość sobie zadaje. "Skoro ktoś ma taki super zarabiający sposób czy zna jakiś sekret, to dlaczego nie zarabia nim sam na giełdzie ale zarabia sprzedając go innym ?" I odrazu przypomina mi się takie powiedzenie. "Jak zarobić milion dolarów ? Napisać książkę o tym jak zarobić milion dolarów."

  8. leniuch

    A co sądzicie o usługach typu Covestor – http://www.covestor.com i ZuluTrade – http://www.zulutrade.com/ ?

  9. zarafiq

    zulutrade 85000 (tak 85 tysięcy) pipsów od Lutego 2007. Czyżby odkryli coś lepszego od “maximum profit system”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *