Bez większego echa w rodzimej blogosferze przeszło przesłuchanie szefa JP Morgan Chase w amerykańskim parlamencie. Szkoda, bo jak na dłoni objawił się tam nie tylko podział pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami założenia większego kagańca na banki inwestycyjne, ale również szerszy obraz tego, na jakim teoretycznym fundamencie próbuje się regulować rynki.
Osobiście zaskoczony jestem, jak łatwo prezes JP Morgan poradził sobie z politykami, którzy – delikatnie mówiąc – mają ograniczone wyobrażenie na temat tego, co robi się na WallStreet i współczesnych rynków finansowych. Jednak jeszcze bardziej zaskakujący było niewysłowiony wprost ogląd rzeczywistości. W istocie agitujący za prohibicją zdają się opierać na błędnym wyobrażeniu, iż w nauce o finansach nie pojawiło się nic godnego uwagi od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W sumie wspólnym mianownikiem pomysłów większej kontroli nad bankami jest założenie, iż od 100 lat pracownicy banków nie robią wiele ponad hazardowanie się w świecie, w którym o sukcesie na rynku decydują wyłącznie rozkłady losowe.
Blogi nie są najlepszym miejscem na korepetycje z zakresu myśli ekonomicznej i nauki o finansach, ale w skrócie rzecz ujmując wszyscy zajmujący się giełdami wiedzą, że to, co dziś znamy z artykułów naukowych o rynkach powstało dopiero w drugiej połowie XX wieku. Eugene Fama – twórca hipotezy rynku efektywnego – nie żył jeszcze, kiedy światowa gospodarka pogrążyła się w Wielkim Kryzysie. Jego największy wkład do historii ekonomii ma dopiero czterdzieści lat. Zwyczajnie wcześniej na szeroką skalę nikt nie myślał o giełdach w takich kategoriach, jak zrobił to Fama, ale to Fama jest ojcem chrzestnym większości tych, którzy zdają się mówić, że poprzedni kryzys i obecny kryzys mają ten sam fundament – hazard na giełdach.
W efekcie całkiem spora część krytyki działalności banków inwestycyjnych opiera się na przekonaniu, iż uniwersalna hipoteza Famy właściwie wyklucza możliwość aktywnego inwestowania, bo istnieją tylko szczęście i zakłady. Problem w tym, iż hipoteza rynku efektywnego już kilka razy musiała zderzyć się z rzeczywistością i zdaje się trzymać raczej na bazie przyzwyczajeń i spopularyzowania w społeczeństwie niż w braku alternatywnych teorii. Znów nie wdając się w szczegóły konkurencyjną teorię przedstawił np. Mandelbrot (i wielu innych), ale idę o zakład, że nie ma na świecie pierwszoligowego polityka, który zabiera się za pisanie prawa a zadałby sobie trud przemyślenia pism Mandelbrota i konsekwencji, jakie niesie dla myślenia o rynkach w kategoriach hazardu.
Jakiś mądry człowiek powiedział kiedyś, że ludzie na WallStreet są na tyle utalentowani, by zawsze zdołali wymyślić sposoby robienia pieniędzy, których politycy nie są wstanie zrozumieć. W istocie obserwowanie diagnoz i propozycji części – również polskich – decydentów wskazuje, że większość zatrzymała się w paradygmacie – nazwijmy famowskim – który od lat nie jest jedynym dostępnym opisem świata i zwyczajnie nie jest jedyną praktyką na rynkach. Możliwe, że w medialnym dyskursie o giełdach potrzeba jakiegoś rytualnego pogrzebu metaforycznego ujmowania rynków w kategoriach hazardu, by ludzie próbujący założyć smycz na rynki finansowe zrozumieli, że polowanie na smoka nie może opierać się na jednostronnej diagnozie rzeczywistości.
Stali czytelnicy naszych blogów wiedzą, że unikam polityki, jak mogę, ale tym razem naprawdę najlepsze diagnozy stawiali amerykańscy konserwatyści, którzy zamiast zakładania kagańca na WallStreet proponują raczej wzmocnienie banków na poziomie kapitałów. Najwyraźniej, któryś z doradców zadał sobie trud przeanalizowania rzeczywistości bez szkiełka ideologii i skonstatował, że banki inwestycyjne nie muszą stronić od mocnej obecności na rynkach finansowych i handlowania derywatami. Wręcz przeciwnie, muszą walczyć o udział w ważnym rynku, ale muszą to robić stojąc na mocnym fundamencie, który pozwoli przełykać straty bez szoków dla systemu. Pytanie, czy istnieje taki poziom kapitałów własnych, który zapewni bezpieczeństwo systemowi, ale akurat takiego pytania politycy nie zadają.


Dodaj komentarz