Większość inwestorów rozumie przez nierealistyczne oczekiwania wobec rynku zbyt optymistyczne szacunki spodziewanych zysków. Moim zdaniem nie wyczerpuje to całości zagadnienia.
Intuicja podpowiada mi, że większość inwestorów, zwłaszcza początkujących inwestorów, zakłada osiąganie nierealistycznie wysokich stóp zwrotu. Warren Buffett na początku swojej kariery inwestycyjnej założył osiąganie stóp zwrotu o 10 punktów procentowych wyższych od indeksu akcyjnego. To był bardzo ambitny cel. Mam jednak wrażenie, że wiele osób zaczynających działalność na giełdzie prychnęłoby z pogardą na myśli o pobijaniu rynku o 10 punktów procentowych.
Warto może dodać, że jeśli za stopę zwrotu Buffetta uznamy zmianę wartości księgowej przypadającej na akcję Berkshire Hathaway to okaże się, że w latach 1965-2012 Buffett swój plan zrealizował.
Nierealistycznie wysokie oczekiwania wobec stóp zwrotu to jeden aspekt problemu. Kolejnym aspektem są oczekiwania wobec sposobu generowania tych stóp zwrotu. Być może jestem osamotniony w swoim stanowisku ale mam wrażenia, że media biznesowe, koncentrują swoją uwagę na najbardziej spektakularnych sposobach zarabiania na rynku finansowym.
Z powyższego powodu inwestorzy dosyć często czytają o „big short” – czyli inwestorach, którzy zarobili bardzo dużo na kryzysie finansowym. Ostatnio pojawiły się także doniesienia o beneficjentach „big long” czyli odważnych inwestycji dokonanych w ostrej fazie kryzysu finansowego. Tego typu historie są dużo bardziej atrakcyjne z medialnego punktu widzenia niż budowanie wyniku inwestycyjnego strategiami podążającymi za trendem albo wykorzystującymi inne zjawiska na rynku akcyjnym, na przykład premię wartości.
Nieodłączną cechą tych medialnych doniesień jest zaburzenie proporcji pomiędzy uwagą poświęconą procesowi inwestycyjnemu i samej inwestycji i realizacji zysków. Media biznesowe przejmują konwencję podobną do przedstawiania odkryć matematycznych lub fizycznych w filmach. Przez kilkadziesiąt sekund widzimy naukowca z mądrą miną patrzącego się na zapisaną tablicę (na twarzy naukowca entuzjazm przeplata się z rezygnacją) po czym następuje moment eureka i wszystko gotowe. Tymczasem, w rzeczywistości: druga żona Richarda Feynmana skarżyła się w pozwie rozwodowym, że jej mąż zaczyna zajmować się rachunkiem różniczkowym i całkowym zaraz po obudzeniu się. Robi to także w samochodzie, siedząc w salonie i leżąc w łóżku przed snem. Media biznesowe niewiele uwagi poświęcają, często żmudnemu, procesowi inwestycyjnemu, który doprowadził do otwarcia zyskownych pozycji.
Niektórzy inwestorzy dodatkowo utrudniają sobie zadanie stawiając sobie w inwestowaniu nie tylko cele finansowe ale także emocjonalne. Zwróciłem na to uwagę przy okazji spektakularnej zmiany nastawienia rynkowego, której niedawno dokonał Hugh Hendry. Zarządzający powiedział wtedy między innymi: Byłem przygotowany by przegrywać z rynkiem dla radości związanej z satysfakcją gdy rynkowy krach potwierdza, że miało się rację.
Narażę się zapewne na zarzut dzielenia włosa na czworo ale moim zdaniem Hendry wyraźnie opisuje tutaj oczekiwanie emocjonalnej satysfakcji związanej z taką (kontrariańską) strategią inwestycyjną. Hendry przebywał na rynku nie tylko po to by zarobiać pieniądze ale także po to by udowodnić sobie, że miał rację, mało tego, udowodnić sobie, że miał rację w spektakularny sposób – wtedy gdy inni będą spektakularnie tracić i odkrywać, że są w błędzie.
To częsta postawa wśród rynkowych komentatorów. Dużo trudniej ją zrozumieć u ludzi, którzy inwestują na rynku realne pieniądze i się z tego utrzymują. Zarabianie na rynku i osiąganie wyników lepszych niż rynek to bardzo poważne wyzwania. Dokładanie sobie jeszcze jednego celu – zarabiania, które w spektakularny sposób pokazuje czyjąś intelektualną i emocjonalną wyjątkowość – wydaje się totalnie niepotrzebnym komplikowaniem sobie życia.
Hugh Hendry rozwinął tę myśl w liście do inwestorów swojego funduszu. Napisał w nim: Myślałem, że warto będzie pozostać niedźwiedziem i zaakceptować słabsze wyniki dla radości z posiadania racji gdy wszystko się skończy, stać kimś kogo Brytyjczycy nazywają sądowym natrętem – kimś kto walczy dla samej walki. Ale nie jestem pewien tego, że ktokolwiek z nas może czekać tak długo. Ostrożne działanie, jak napisał w zeszłym roku mój dobry znajomy Chris Cole, może być najbardziej ryzykowną postawą ze wszystkich.
Zastanawiam się ilu inwestorów nie chce po prostu zarabiać gdy inni zarabiają lecz gotowa jest poświęcić wyniki inwestycyjne z satysfakcji z zarabiania gdy inni tracą. Nie chcę przez to powiedzieć, że taka postawa jest zupełnie pozbawiona sensu. Wiele wskazuje na to, że nasze osiągnięcia (dochody, majątek) zawsze oceniamy relatywnie, odnosimy do osiągnięć innych – tak więc zarabianie w czasie kryzysu rzeczywiście może tworzyć olbrzymią radość, nieporównywalną do radości z zarabiania w czasie hossy, gdy zarabiać potrafią wszyscy. Kluczowe pytanie brzmi: jak wiele inwestorzy gotowi są zapłacić za tę satysfakcję?


Dodaj komentarz