Jak bardzo skuteczna jest Analiza techniczna?
Pozwolę sobie jeszcze raz wrócić do wywiadu z analitykiem, który w jednym aspekcie omówiłem w poprzednim wpisie. Na deser zostawiłem jedną jego krótką wypowiedź, która zresztą nie umknęła uwadze jednego z naszych Czytelników.
Celowo nie podałem adresu, pod którym można znaleźć całość tekstu, ani nazwiska osoby, z którą wywiad został przeprowadzony, nie chciałbym aby moje uwagi zabrzmiały ‘ad personam’. Staram się cytować bez gubienia kontekstu, a uwagę skupiam na pewnym niespójnym sposobie myślenia. Uważam, że nawet w weekendowym tekście, analityka, który chce być uznawany za eksperta obowiązuje pewien rygor myślowy oraz profesjonalne podejście do tematu. W tym biznesie funkcjonuje w przestrzeni publicznej spora ilość szmelcu, tylko zdecydowane i wyraźne reakcje mogą pomóc zaprzestaniu rozprzestrzeniania się go.
Fragment, który chciałby poddać opinii Czytelników brzmi:
„Na rozwiniętych rynkach dobra analiza techniczna daje tak ok. 60 proc. prawidłowych wskazań. To wystarczy, żeby wygrywać z rynkiem. I wtedy naprawdę nie trzeba niczego czytać. Bo po co?”
Nawet biorąc pod uwagę zaserwowany spory skrót myślowy, takie zastosowanie wskazań procentowych może rodzić jedynie niepotrzebne złudzenia i nieporozumienia, a jak widzę nie ja jeden to zauważam.
„Prawidłowe wskazania” w cytacie odczytać można jako trafność a więc ilość transakcji zakończonych sukcesem. Ktoś kto zajmował się Analizą techniczną w praktyce wie doskonale, że trafność nie przesądza w żaden sposób o zyskowności przyjętej metody, wręcz przesłania jej rzeczywistą skuteczność, ale za to dobrze się sprzedaje marketingowo. Jedyną miarą powodzenia jest tutaj tylko to ile udało się w sumie zarobić na owych wejściach trafnych, a ile stracić na nieudanych, czyli pozytywna tzw. wartość oczekiwana. W rezultacie strategie o 90% trafności mogą okazać się fatalne finansowo o ile nie bilansuje się kwota zyskownych transakcji i stratnych. To zwykle te z nich, w których hodowane są olbrzymie jednorazowe straty, a po drugiej stronie znajduje się spora ilość wejść zakończonych niewielkimi zyskami.
Natomiast jedne z efektywniejszych i dobrze znanych a przy tym praktycznie zweryfikowanych przez profesjonalnych zarządzających strategie podążania za trendem (tzw. trend following) nie osiągają często trafności nawet 50-cio procentowej, zwykle oscylując wokół 30-40%.
Aby wygrać z rynkiem nie wystarczy 60% prawidłowych wskazań, takie myślenie to prosta droga na giełdowy szafot. Do wygranej potrzeba spełnienia kilku innych warunków, wśród których odpowiednie zarządzanie ryzykiem i wielkością pozycji stanowią podstawę.
Załóżmy jednak, że za trafnością 60% w „dobrej” A.T. idzie również zyskowność czyli narzędzia techniczne generujące teoretycznie przewagę. Problem w tym, że sprawa ich efektywności wygląda podobnie jak z proszkami w reklamach TV: tam zawsze piorą do czysta nawet najgorsze plamy, a w realnym świecie nijak nie chcą tego robić. Kiedy więc inwestorzy zaczynają przekładać teorię A.T. z książek na język praktyki nagle się okazuje, że co najwyżej 10% z nich daje sobie jakoś radę. I to w zasadzie czasem nie dzięki czystej A.T., ale za pomocą umiejętności poza „technicznych” takich jak: talent, szczęście, losowość, wiedza, intuicja.
A co najdziwniejsze – wielcy tego świata czyli fundusze inwestycyjne czy hedgingowe (szczególnie te algorytmowe) jakoś nie palą się by korzystać do woli z tej „atrakcyjnej” 60% trafności Analizy technicznej, wymyślając w zamian jakieś Analizy fundamentalne, portfelowe czy arbitrażowe. Nawet niedawni Nobliści – Shiller i Fama – przeszli obok tej A.T. bez oczarowania, nie wpadając na tak trywialnie proste rozwiązania, które spływają z ust analityków.
A wreszcie – po cóż marnować czas na pisanie wielowątkowych analiz rynku skoro prościej byłoby zaoferować inwestorom suflowanie konkretnych rozwiązań z zakresu A.T.? Bo po co, że tak odwołam się do cytatu wyżej, czytać cokolwiek innego poza wykresem? A przecież trudno byłoby wierzyć, że (znów będę złośliwy) pan analityk nie dobrał się jeszcze do tych konfitur, które, jak sam twierdzi, oferują jedynie rozwinięte rynki? Już boli mnie głowa kiedy zaczynam zastanawiać się czy polski do nich również należy…
Nie, to nie znaczy, że jestem przeciw A.T., czy że próbuję ją zohydzić albo oszpecić. Stali Czytelnicy blogów wiedzą ile poświęcam jej z namaszczeniem czasu. Oponuję jedynie przeciwko prymitywnemu młotkowaniu typu „dobra trafność to klucz do zysku za pomocą A.T.”. Ale nawet by ją osiągnąć trzeba przerzucić najpierw tonę literatury oraz jak mówi nowy selekcjoner – wylać wiadra potu i łez by zrozumieć, że sam wykres to tylko mały krok do celu.
—kat—


Intrygujące podejście 🙂 Horyzont inwestycyjny nieskończoność. Uczysz spadkobierców takiego podejścia? Szczególnie ta baznamiętność może być trudna do opanowania. Szczególnie, jak…