Inflacja na dobre zagościła nam nie tylko do portfeli, ale i giełdowych analiz, więc całkiem sensownym ćwiczeniem byłoby zbadać jej wpływ na portfele inwestorskie i zachowanie samych kursów.

I chodzi tylko o jej praktyczne oddziaływania, a nie akademickie, nudne dla wielu rozważania.

Na poziomie podstawowym można by całą analizę tematu ograniczyć do prostego spostrzeżenia:

W Polsce mamy od miesięcy poziom inflacji nie widziany od lat, a ceny akcji reprezentowane przez WIG rosną.

Prosta korelacja, nie ma powodu do zmartwień, można się rozejść.

Krótki odcinek czasu w dziejach i ograniczony tylko do Polski nie będzie jednak miarodajny dla reszty świata i dla kolejnych okresów, które nas czekają. No bo coś musi być na rzeczy, skoro w doniesieniach giełdowych z USA słowo inflacja robi coraz częściej za złego bohatera, którego inwestorzy się boją, a kursy na ten dźwięk potrafią wariować.

Rosnące ceny produktów i usług to widoczny skutek pandemii. Nie chcę wchodzić w głębokie rozważania o ich źródłach, dość powiedzieć, że swoją rolą odegrały przede wszystkim:

  • pompujące w gospodarkę tani pieniądz banki centralne,
  • najniższe w historii stopy procentowe w wielu krajach,
  • problemy z łańcuchami dostaw zerwanych przez pandemię,
  • rosnące ceny surowców.

Gospodarki boją się inflacji, dlatego to właśnie banki centralne są powołane na pierwszą linię walki z jej nadmiernym przyrostem. Jesteśmy jednak w specyficznym okresie dźwigania gospodarek z pandemicznej recesji, więc banki owe dolewaniem benzyny do ognia (więcej pieniądza) oraz utrzymywaniem niemal zerowych stóp procentowych napędzają inflację, a walka z nią w tym samym czasie ma głównie werbalny i deklaratywny charakter. Stąd oświadczenia typu: inflacja tylko przejściowa, godzimy się na wyższe poziomy, jesteśmy gotowi przeciwdziałać.

Dlaczego boi się jej giełda, przejawiając to choćby w mocnych wahaniach kursów?

 Negatywne oddziaływanie inflacji w dłuższej perspektywie oznacza przede wszystkim:

– podniesienie stóp procentowych, a więc droższe kredyty, czyli wzrost kosztów finansowania inwestycji przez spółki,

– wyższe stopy to wyższe oprocentowanie lokat i obligacji, wysysające kapitał z giełd do rynku pieniężnego,

– droższe komponenty i transport, a więc wyższy koszt produkcji, nie zawsze dający się w pełni przerzucić na konsumentów,

– wyższe ceny dóbr i usług powodujące spadek popytu na nie, a co za tym idzie niższe zyski biznesu,

– brak przewidywalności, niestabilność rynków, napięcia,

– pogorszenie nastrojów konsumentów (wg najnowszych danych 83% Amerykanów obawia się inflacji),

– koncentracja kapitału szukającego bezpiecznych przystani powodująca bańki spekulacyjne, np. na rynku nieruchomości, z którą ponoć mamy do czynienia w niektórych częściach świata.

Skoro jednak pojawiają się z tego tytułu “straty”, to gdzieś muszą wypłynąć dla kogoś zyski.

       Pozytywne oddziaływanie inflacji oznacza przede wszystkim:

– ujemne okresowo stopy realne, czyli inflacja przekraczająca zyski z bonów/obligacji, skłaniające do szukania ochrony na rynkach akcyjnych i towarowych; to czynnik przejściowy, jak w chwili obecnej, generujący jednakże ogromne wpływy środków na rynki akcji i do funduszy,

– dodatkowe profity dla niektórych branż z jazdy na gapę (szczególnie wydobycie),

– ponadprzeciętne zyski z sektorów, w które kieruje się środki celem ich ochrony (np. surowce, nieruchomości, sztuka),

– możliwość wygenerowanie przez spółki dodatkowych zysków, motywując wzrost cen inflacją,

– darmowa zwyżka wpływów z podatków do budżetu.

Ten kij ma więc solidne dwa końce, choć generalnie każdy stan inflacji grozi napięciami i brakiem balansu, a także wzmożonymi działaniami obronnymi firm i konsumentów. Obecnie trwa sezon wyników w USA i aż w rekordowych 87% przypadków spółki podając swoje wyniki odwołują się do inflacji jako usprawiedliwienie lub element prognozy.

To napięcie inflacyjne stało się problemem w pierwszym półroczu tego roku, i mam na myśli przede wszystkim USA. U nas doświadczenia minionych lat nauczyły nas żyć z nią w mniejszym strachu, choć ta kwestia przyprawia wielu o ból głowy, poza oczywiście NBP.

Rynki amerykańskie zaczęły wiosną dawać oznaki strachu przed inflacją gdy coraz wyższe odczyty pojawiały się w przestrzeni publicznej. Najbardziej ucierpiał wówczas NASDAQ, ponieważ to właśnie spółki technologiczne uważa się za najbardziej podatne na wzrost kosztów finansowania związany z inflacją i wyższymi stopami procentowymi.

Fed ustami wszystkich swych członków (a także Janet Yellen) zaczął więc zapewniać, że inflacja jest po kontrolą, że ma przejściowy charakter. To wystarczyło by uspokoić rynki, a rentowność obligacji zaczęła spadać, tworząc nową falę wzrostów ostatnimi tygodniami, którym zresztą towarzyszyły co rusz rekordy notowań (ATH).

Akcja antyinflacyjna w wykonaniu Fed ma głębsze dno. Nie chodzi tylko o to bowiem, że potrzebna byłaby reakcja w postaci podwyżki stóp, której rynki akcji tak się obawiają, ale również o zakończenie operacji luzowania, czyli skupu z rynku obligacji, którą powszechnie namaszcza się określeniem „drukowania”. To implikuje bowiem zjawisko tzw. “Taper tantrum”, czyli negatywną reakcję rynków na “odstawienie kroplówki”.

W pewnym sensie o przejściowości obecnej inflacji można mówić jeśli popatrzeć na jej strukturę. Głównym elementem wzrostu cen była bowiem zwyżka aut nowych i używanych oraz części. Widać do na poniższym diagramie:

W zasadzie dla akcji nie ma obecnie znaczenia na ile prawdą jest przejściowość tej inflacji, ważne, że uwierzyła w to na tyle znacząca część inwestorów, by wrócić do kupowania akcji i obligacji.

Co więcej, na tapetę wjechał termin „reflacja” i teraz modne jest tłumaczenie wszystkich ruchów właśnie owym procesem. W rzeczy samej to również inflacja, ale można by nazwać ją „zdrową” czy „ożywczą”. Tak określa się bowiem wzrost cen wygenerowany celową stymulacją finansową/fiskalną po okresie recesji; nieunikniony koszt powrotu koniunktury. Tradycyjna inflacja jest natomiast kojarzona z koniunktury przegrzaniem, patologią pojawiającą się w gospodarce.

Pytanie jakie się pojawia: jak napięcia inflacyjne przekładają się statystycznie i praktycznie na kursy akcji? O tym jednak w kolejnej części.

—kat—

1 Komentarz

  1. Tu de mun

    Napięcia inflacyjne przekładają się na rynek tak, że inwestorzy naczytają się głupot i potem 90% szortuje NASDAQ, bo "spółki technologiczne uważa się za najbardziej podatne na wzrost kosztów finansowania związany z inflacją i wyższymi stopami procentowymi."

    W ciągu ostatnich 200 lat nie widziałem ani jednej osoby, która byłaby stratna na akcjach USA kupionych w dowolnym momencie. A nawet gdyby dzisiaj była stratna, to za parę lat będzie mocno do przodu.

    Jedyna pewna strata w życiu to trzymanie bezwartościowego papieru, który nie jest poparty niczym i na dodatek używany jest do finansowania wojen, terroryzmu, mordów, handlu ludźmi oraz wszelkiej maści przekrętów.

    W Polsce strata o tyle pewniejsza, że co 30-40 lat jest albo wymiana waluty (pewna strata dla ludności) albo hiperinflacja (jeszcze bardziej pewna strata).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *

Klauzula informacyjna

Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. („My” lub „DM BOŚ”) z siedzibą w Warszawie (ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa). Będziemy przetwarzać, Pani/Pana dane na potrzeby udzielenia odpowiedzi na Pani/Pana zapytanie, możliwości skorzystania z usługi oferowanej przez DM BOŚ, a także realizacji naszych prawnie uzasadnionych interesów, tj. rozpatrywania skarg oraz obrony przed roszczeniami. Ma Pani/Pan prawo dostępu do danych, żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania i przenoszenia. W dowolnym momencie może Pani/Pan także wnieść sprzeciw, z przyczyn związanych z Pani/Pana szczególną sytuacją, wobec przetwarzania Pani/Pana danych dla realizacji prawnie uzasadnionych interesów DM BOŚ. Może się Pani/Pan z nami skontaktować wysyłając e-mail na adres: makler@bossa.pl lub list na adres: ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa, dzwoniąc na infolinię pod numer + 48 225043104 lub odwiedzając jedną z naszych placówek (lista dostępna pod http://bossa.pl/dmbos/oddzialy/). Może Pani/Pan skontaktować z Inspektorem Ochrony Danych m.in. korzystając z e-mail: iod@bossa.pl lub listownie na nasz adres. Więcej informacji o przetwarzaniu Pani/Pana danych, czasie przechowywania, prawach i sposobach kontaktu znajduje się w naszej Polityce Prywatności.