Pozwalam sobie kontynuować wcześniejszy list, już nieco bardziej osobiście. Już nie do trzydziestu tysięcy, którzy przybyli licznie na rynek, by go pobić, pokonać i wziąć zasłużone łupy, ale do Ciebie. Widzę ostatnio mnóstwo zadawanych pytań na różnych forach, w mailach, komentarzach. W zadawaniu pytań nie ma nic złego. Ba, pytania i wątpliwości są esencją człowieczeństwa i rozwoju. Ciebie jednak zdaje się to, nie dotyczyć. Wygląda na to, jakbyś przyszedł na rynek po swoje. Należne Ci. Być może słusznie. Nie znam Twojej historii.
Uwierz mi jednak, że kwestie, które wypowiadasz są mi znane. Sam częściowo tak uważałem, wiele lat temu, gdy zaczynałem przygodę z rynkiem. A większość z nich widywałem cyklicznie na rynkach, gdy masowo napływali nań nowi, spragnieni zysków gracze.
Zacznę od kwestii, która jest tak bardzo popularna, że doczekała się nawet książki (o samych książkach napiszę nieco później).
Tym razem jest inaczej
Tym razem jest inaczej, w związku z tym, to co opowiadacie nie ma sensu. Nawet nie wiesz, jak często ten argument się pojawia przy okazji każdej hossy. Za każdym razem zmieniają się tylko argumenty.
Tym razem jest inaczej, bo Polska wchodzi do Unii Europejskiej.
Tym razem jest inaczej, bo zmieniły się zasady wycen i zyski się nie liczą, tylko przychody.
Tym razem jest inaczej, bo fundusze emerytalne będą zawsze kupować.
Tym razem jest inaczej, bo technologie zmienią świat.
Owe technologie, to albo internet, albo koleje, albo radio. 10 lat temu, 50 lat temu, 100 lat temu. Każda epoka ma swoje nowe technologia i każda ma tych, co wierzą, że tym razem jest inaczej i będzie rosło bez końca.
Uwierz, rynki są cykliczne. Te cykle są trudne do rozpoznania, ale po wzrostach przychodzą spadki. Może zmieniają się technologie, ale nie ludzka natura.
Nie zamierzam spekulować/grać, tylko będę inwestorem
Trudno w to uwierzyć, ale wiele osób tak powtarza. Planują być cierpliwymi, długoterminowymi inwestorami, związanymi lojalnie ze spółkami, które poznali wzdłuż i wszerz i nie przejmując się niczym korzystać z wypłacanych co roku dywidend (o tym też za chwilę). Tak wygląda teoria. W praktyce szybko rezygnują ze swoich planów i zamierzeń, gdy widzą, że ich starannie wyselekcjonowana spółka nie rośnie tak szybko jak inne, albo zaczęła spadać i nagle zmienia się jej postrzeganie. Żal im utraconych korzyści. Trzeba mieć niesłychanie mocną siłę woli, by oprzeć się wizji zysków, z firm, których akcje rosną z sesji na sesję po kilka, czy kilkanaście procent, a nasza zmienia się w przedziale do dwóch procent.
Ale zawsze jest szansa naprawdę stania się inwestorem. Czy wiesz, skąd się wzięło kolejne powiedzenie „każdy długoterminowy inwestor, był kiedyś krótkoterminowym graczem”. Gdy inwestycja przynosi znaczne straty, wielu inwestorów pozostaje z nimi na dobre i na złe. Czekają, aż je odrobią. Aż odzyskają zainwestowane pieniądze. Wówczas ich cierpliwość bywa niezmierzona.
To będzie tylko jednorazowy strzał i się wycofam
Nie pamiętam, który już autor książki o rynku kontraktów terminowych zadedykował swoją pracę własnej żonie, która weszła na rynek – bodaj pszenicy – zarobiła, wyjęła pieniądze i kupiła nowy odkurzacz. On tego szczęścia nie miał. Zarabiał, tracił, zarabiał, tracił. Rynek go wciągnął na lata.
Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Jeśli po wejściu na rynek stracisz, będziesz prawdopodobnie chciał te straty odrobić. Więc twój jednorazowy strzał już się nie uda. Jeśli zyskasz, prawdopodobnie spodoba Ci się na tyle, że będziesz chciał więcej i więcej i więcej. Uwierz mi, nawet wśród specjalistów nie ma takich, którzy zawsze zarabiają. Ale oni „umieją tracić”. To wielka sztuka związana z inwestowaniem. Nie to, jak się zarabia, tylko czy umie się tracić własne pieniądze.
Zarobię tylko… 50/100/200 procent i wtedy skończę
Rynek akcji, kontraktów terminowych i wielu innych aktywów to wielkie szanse i potencjał. Ale z szansami wiąże się druga ich strona, czyli szansa na straty. Być może słyszałeś mnóstwo opowieści o tym, że ktoś zarobił w szybkim czasie mnóstwo kasy, bo postawił na dobrą spółkę. Tak, takie historie są prawdziwe. Podobnie jak te, o których słyszy się mniej – że komuś się nie udało i sporo stracił. Jest takie powiedzenie, że na każdego zauważonego karalucha przypada dziesięć tych, których nie widzimy. Podejrzewam, że podobnie jest z inwestorami, którzy zarabiają. Na jednego super zwycięzcę, przypada wielu sfrustrowanych przegrywających.
Swoją drogą. Poszukaj stóp zwrotu znanych i wybitnych inwestorów. Przemyśl to.
Przecież wiem co to jest ryzyko. Jestem gotowy na straty.
Rozumiem. Też mi się tak wydawało. Dopóki straty były tylko hipotetyczne. Ale gdy realny rachunek zaczął się kurczyć o 5, 10, 15, 20, 30 procent nie byłem na to gotowy. Tak, jak wielu innych. Przypominam sobie rozmowę z pewnym inwestorem, którą opisałem w książce Droga inwestora. Chciwość i strach na rynkach finansowych. Pozwól, że przypomnę ten fragment.
Podczas jednej z konferencji organizowanych przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych rozmawiałem z pewnym inwestorem, który chciał znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie. On prowadzi dość duży biznes i mówi, że bywa, iż tracił w wyniku podjętych decyzji po pół miliona złotych, ale nigdy nie był tak wykończony psychicznie, jak po stratach na giełdzie – mimo że były kilkunastokrotnie mniejsze. Te straty rynkowe sprawiały, że nie mógł przestać o nich myśleć, ponieważ bał się podjąć jakąkolwiek decyzję. Każde rozwiązanie wydawało mu się złe. Sprzedaż – bo przecież mogłoby się okazać, że kurs zaraz potem wzrośnie. Trzymanie akcji – bo przecież nie można było wykluczyć dalszych spadków. Sytuacja bez wyjścia.
Mój rozmówca i współautor książki – profesor psychologii – Tomasz Zaleśkiewicz, podsumował to wówczas w ten sposób:
Sytuacja gracza giełdowego jest szczególna. Kiedy twoja firma traci kilkaset tysięcy, łatwo to przypisać różnym czynnikom, które są od ciebie niezależne. Może zawinili współpracownicy, może przepisy podatkowe są bez sensu itd. Natomiast za nietrafiony ruch na rynku odpowiedzialna jest tylko jedna osoba – ty sam. Dlatego to tak bardzo boli.
Rozumiem, że jesteś gotowy na straty. Zazdroszczę. Niewielu poznałem początkujących inwestorów, którzy to potrafili.
Mam info od kumpla, który handluje na giełdzie już … (1/2/5/10 lat), wie co kupić.
Mam nadzieję, że Twój kumpel weźmie odpowiedzialność, za sytuację, gdy informacja się nie potwierdzi. Oczywiście nie mówimy tu o wykorzystywaniu poufnych informacji, a kumpel nie jest wysokim przedstawicielem spółki. Wówczas obu wam grozi odpowiedzialność karna.
Ale jeśli jest wybitnym analitykiem, inwestorem, graczem to pamiętaj, że sama decyzja co i kiedy kupić jest tylko jednym elementem udanej transakcji. Wcale nie najważniejszym. Czasem znacznie bardziej istotne jest to kiedy sprzedać.
Sugerowałbym też nie szukać porad na forach i portalach społecznościowych.
Wystarczy wybrać dobre spółki dywidendowe i już.
Na rynku pojawiają się różne mody. Raz poszukiwane są spółki technologiczne, innym razem banki, a jeszcze innym te, które dzielą się wypracowanym zyskiem z inwestorami wypłacając go w postaci dywidend. To świetna nagroda za bycie inwestorem/akcjonariuszem. Ale pamiętaj, że na rynku nic nie trwa wiecznie i stale. Spółki, które latami wypłacały dywidendy, mogą nagle przestać to robić. Aktualna sytuacja wyraźnie to pokazuje. Lista przedsiębiorstw, która rezygnuje z podziału zysku dla akcjonariuszy rośnie – banki, deweloperzy, JSW, CCC, Alumetal, Makolab, Eurotel. Pewnie to jeszcze nie koniec. Czy będziesz na tyle lojalny by pozostać z taką firmą, nawet jeśli spadną jej przychody lub w inny sposób doświadczy konsekwencji globalnej pandemii?
Nie ma sensu nic czytać. Książki piszą ci, co nie zarobili na giełdzie.
Wyjaśnienie tej kwestii jest dla mnie szczególnie trudne. Napisałem kilka książek o inwestowaniu, prowadzę wydawnictwo z tym związane. Napisałem również książkę o autyzmie, zaś wydawnictwo publikuje książki o niepełnosprawnościach. To ważne dla mnie tematy, choć wielu osobom to połączenie wydaje się niezrozumiałe. Po prostu lubię i cenię książki oraz pisanie.
Wiesz, że jeden z największych i najbardziej znanych inwestorów Ray Dalio napisał książkę Zasady. Najpierw udostępniał ją swoim pracownikom, później wszystkim, którzy byli zainteresowani – za darmo. Dopiero po kilku latach poszerzył i wydał (prawdopodobnie za namową wydawcy). Fundusz, którym zarządza Dalio – Bridgewater Capital ma pod zarządem 160 miliardów dolarów. Myślisz, że książka przyniosła mu większe zyski.
W każdej książce można znaleźć chłam i rzeczy wartościowe, to od Ciebie zależy, czy je przyjmiesz, zweryfikujesz, czy odrzucisz. Jeśli z założenia uznasz, że „książki są pisane przez nieudaczników, dla nieudaczników” pomyśl o wszystkich lekarzach, psychologach i specjalistach w różnych dziedzinach piszących książki. Oni to robią, bo szanują słowo pisane. Bo tak się propaguje wiedzę (ale również bzdury).
Co dają ci te rady i ostrzeżenia, nie udało ci się zarobić i zazdrościsz?
Jestem miłym i pomocny facetem. Lubię pisać. Dawno temu chciałem być nauczycielem. Ogromną przyjemność sprawiają mi wykłady i zajęcia prowadzone dla inwestorów (i nie tylko, bo rozmawiam też o książkach, niepełnosprawności, etyce). Dzięki temu się uczę i rozwijam. Nawet najbardziej banalne pytania od początkujących mogą być inspiracją do nowych poszukiwań, lub spojrzenia na sprawy w nowym świetle.
Dlaczego miałbym zazdrościć innym, że zarabiają pieniądze. Cieszę się razem z nimi. Ale ponieważ interesuje mnie tematyka podejmowania decyzji, zachowań podczas stresu, psychologii tłumu, wydaje mi się w porządku, gdy czasem powiem – to świetnie, że jesteś z nami, ale uważaj. To nie jest takie łatwe.
Opowiem Ci anegdotkę. Z wielu powodów zacząłem fotografować ptaki. Mam stary aparat-lustrzankę i równie stary teleobiektyw. Dość marny. Postanowiłem po niemal dwóch dekadach kupić sobie „zabawkę” – teleobiektyw 400 mm, f/5,6. Cudeńko. W dniu zakupu, na chwilę tylko poszedłem potestować i udało mi się zrobić zdjęcie zięby, z którego byłem szczególnie dumny. To była nowa jakość w porównaniu z wcześniejszymi próbami zapolowania – odpowiednio blisko podejść, no i szybko wyostrzyć, a mój „staruszek tego nie potrafił”.
Mawia się, że to nie aparat robi zdjęcia, lecz fotograf. Super, ale odpowiedni sprzęt bardzo, ale to bardzo dużo ułatwia. Już po tej pierwszej sesji, na szybko, bez przygotowania udaje mi się uchwycić ziębę tuż po oderwaniu się z gałęzi. Wygląda jak baletnica, sylwetka wygięta w łuk, jedna noga już oderwana od gałęzi wysunięta do przodu, druga jeszcze jej dotyka. Rozłożone skrzydła wyglądają, jak poklatkowo uchwycony ruch ręki. Pięknie. Jestem przekonany, że mogę wszystko.
Otrzeźwienie przyszło następnego dnia. Jadę rowerem bez większych planów. Niebo jest zachmurzone, światło dość marne, ale w pewnym momencie zauważam ścieżkę nad Wisłę, którą jeszcze nie chodziłem. Idę, a tam w połowie rzeki brodzą jakieś ptaki, których nie znam.
W pewnym momencie nadlatują kormorany, jak szalony zaczynam fotografować ptaki w locie, jeden z nich pikuje w wodzie i łapie rybę, która w momencie połykania błyska mi w wizjerze aparatu. Jestem podekscytowany tym ujęciem. Po dłuższej chwili wracam i nade mną zawisa pustułka. Dosłownie wisi w powietrzu, jakby zapraszała do sesji fotograficznej. Jest piękna. Strzelam kolejne fotki, ciesząc się, że ostrość łapię natychmiast.
Po powrocie do domu ściągam wszystkie zdjęcia z karty aparatu do komputera. Sto siedemdziesiąt sześć doskonałych zdjęć. Ale w trakcie oglądania przestają być doskonałe. Rozczarowanie. Chciałem być lepszy, niż ci wszyscy zawodowcy wyczekujący godzinami w ukryciu, na doskonałe ujęcie. Niemal żadna fotka się nie nadaje. Marne światło sprawiło, że wszystko jest zaszumione, nieostre. Kormoran z rybą wygląda jak plama. Pustułka ma paskudne barwy.
Mawia się, że to nie aparat robi zdjęcia, lecz fotograf. Podobnie, jak inwestorem nie zostaje się bo ma się świetne wskaźniki, kilka monitorów i „newsy od znajomych”.
Cierpliwość, doświadczenie, no i przede wszystkim pokora. W fotografii, na rynku, w innych aktywnościach. To bardzo ważne.
Twój serdeczny przyjaciel


