Czarny Poniedziałek – czego może nas nauczyć? Część 7

W zbiorowej świadomości to komputerowy trading tkwi jako źródło krachu w 1987 roku, i niemal domyślnie staje się on głównym podejrzanym dla każdego kolejnego zawału w przyszłości.

Jednak zbyt łatwo zapomina się o wydawałoby się drobiazgach, nie związanych z komputerami. A jak to zwykle jednak bywa, właśnie w szczegółach potrafi ukryć się diabeł. Nie można ich więc zapomnieć.

Jednym z nich jest reguła tzw. „uptick rule” (reguła tiku w górę). W USA została ostatecznie zaimplementowana w 1938, po doświadczeniach krachu z 1929 roku. Zasady jej są proste: nie można dokonywać krótkiej sprzedaży akcji jeśli najpierw nie podrożeją one minimum o 1 tik. Dla akcji o kursie powyżej 1 USD: 1 tik równa się 1 cent. A więc kiedy kurs cięgiem spada, nie można dokonać sprzedaży krótkiej dopóki nie dokona się wzrost o minimum 1 cent. Cóż to jest 1 tik? Tak zapewne pomyślał sobie niejeden z Czytelników. A jednak! Kiedy trwa zmasowana podaż, brak popytu, dominuje na parkiecie strach, taki tik jest jak deszcz na pustyni. Trzeba pamiętać, że arbitrażyści, którzy przeprowadzali „program trading” tamtego krwawego dnia, kupowali kontrakty na indeks i jednocześnie musieli dokonać krótkiej sprzedaży pakietu akcji. Nie było to możliwe przez znacząco długą chwilę właśnie z powodu „uptick rule”, co generowało im straty i zmuszało do kolejnych nerwowych działań. A przecież podskoczenie kursu o tik natychmiast przyciągało zmasowaną podaż, jeszcze bardziej uniemożliwiając realizację zleceń.

Ową regułę zniesiono w 2007 roku, co stało się w jakiejś mierze paliwem dla bessy z lat 2008-2009. Sprzedający na krótko, nie posiadając tej bariery, zmasakrowali wówczas akcje, przyczyniając się do wzrostu zmienności. Dyskusje o przywróceniu reguły wróciły z dużą siłą i w 2010 roku amerykański nadzór SEC wprowadził „alternatywną regułę uptick”. Polega ona na tym, że dopiero po spadku kursu spółki o 10% włączana jest stara reguła uptick, nakazująca sprzedaż krótką nie wcześniej niż po drgnięciu ceny o min. 1 tik w górę.

Teoretycznie więc do minus 10% spadku można młotkować w USA akcje, co ma znaczenie przede wszystkim dla algorytmów dokonujących arbitrażu. Poniżej tej granicy zostaną one prawdopodobnie wyłączone z pragmatycznego względu. Ale z kolei poniżej 10% prawdopodobnie będziemy mieli powtórkę z 1987 roku (modlitwy o uptick), o ile oczywiście inwestorzy nie odrobią lekcji historii.

Zasada ta nie obowiązuje na GPW, nie ma zresztą potrzeby gdyż wielkość sprzedaży krótkiej akcji to jakieś marginalne sprawy. Podobnie nie ma takich zakazów na forexie, co jednak może utrudnić życie samym brokerom, którzy potrzebują dokonać ubezpieczenia kupionych kontraktów CFD na akcje.

Kolejna sprawa to tzw. margin calle, czyli wezwania do uzupełnienia depozytów, głównie przez traderów w derywatach (przede wszystkim w kontraktach terminowych). Ogromne spadki w 1987 roku wygenerowały straty w portfelach grających na długich pozycjach (long positions, otwierane na wzrost rynku). W przypadku day tradingu należało wówczas w ciągu godziny uzupełnić brakujący depozyt, a grający pozycyjnie (na dłuższe terminy) mieli szansę zrobić to do otwarcia sesji następnego dnia. Ponieważ jednak wielu traderom brakowało gotówki, więc albo sami zamykali długie pozycje, albo pod przymusem robili to na ich rachunkach brokerzy. Wygenerowało to dodatkowy obrót kontraktami o wielkości 10-krotnie wyższej niż na przeciętnej sesji. Zamykanie długich pozycji przez sprzedaż kontraktów tylko pogłębiało przecenę rynku, przede wszystkim indeksów, za którymi szły akcje. Z kolei graczom pozycyjnym przedłużono nieco czas na wpłatę, jaką musieli wnieść kolejnego dnia przed sesją. To wszystko jednak przyłożyło się do problemów z rozliczeniem transakcji. Brokerom zabrakło w Chicago pieniędzy, bank centralny musiał pomóc w odzyskaniu płynności, choćby przez niewielkie obniżenie natychmiastowych stóp procentowych na rynku międzybankowym.

Komisja Brady’ego zażądała podniesienia poziomu depozytów po krachu. To jednakże nie okazało się zbyt racjonalnym wyjściem w opinii uczestników rynków i niezależnych obserwatorów. A to dlatego, że w „Krwawy poniedziałek” zarówno drobni jak i wielcy spekulanci ustawiali się w kontraktach głównie po stronie kupna, amortyzując spadający rynek, a gdyby wówczas ich depozyty miały być wyższe, ich siła nabywcza znacznie by spadła, a co za tym idzie skala powstrzymywania spadków również.

Margin calle istniały również na rynku akcji. Co ciekawe, wpadli na nie również specjaliści (ówcześni market makerzy), którzy siedzieli na stratnych, lewarowanych rachunkach, nie mogąc otrzymać kredytów w chwili napięcia w całym sektorze finansowym. To również zmuszało ich do sprzedaży papierów, jednak przede wszystkim dokonywali tego kolejnego dnia.

Również inwestorzy posiadający wówczas akcje kupione po części na kredyt wpadli w pułapkę zadłużenia. W USA zakup spółek z lewarem na długi termin to norma, a nie sporadyczny wyjątek. Już podczas krachu w 1929 roku w pewnej mierze za gwałtowne spadki odpowiadało przelewarowanie inwestorów. Wówczas nawet 90% papierów można było kupić na kredyt przydzielany przez brokera, kiedy rynek się zawalił sporo inwestujących straciło na akcjach więcej niż posiadali środków na rachunkach. W latach 30-tych wprowadzono maksymalny limit kupna na kredyt na 2:1, czyli trzeba było posiadać min 50% wartości nabywanych papierów (tak zwana „Regulacja T”). Spadek wartości akcji do zera mógł co najwyżej wyczyścić rachunek, ale nie zadłużyć dodatkowo posiadacza.

50% limit obowiązywał również w 1987 roku, a mimo to wielu inwestorów doświadczyło kłopotów i dostało wezwania do uzupełnienia środków. To zbulwersowało wielu posiadaczy akcji, którzy nie do końca zdawali sobie sprawę jak działa lewar, oskarżając brokerów o oszustwo. W jednym przypadku w Miami skończyło się to zabójstwem przez klienta dwóch pracowników biura maklerskiego a potem popełnił on samobójstwo. W wielu przypadkach dochodziło do sytuacji skrajnych, gdy inwestor dostawał 5 minut na przyniesienie depozytu, albo margin call wysyłano już po sprzedaży akcji na pokrycie depozytu. To dotyczyło również szczególnie wrażliwych społecznie rachunków emerytalnych. Nie nadążano z bieżącymi obliczeniami, do końca dnia rozliczono tylko 90% rachunków. Zdarzało się, że brokerzy od ręki zmieniali zasady liczenia zadłużenia. Braki w depozytach sięgały 10-krotności normalnego poziomu.

Jak wygląda to dzisiaj? Nadal istnieje możliwość użycia tylko 50% zabezpieczenia wartości posiadanego portfela własnymi środkami. Wyjątkiem jest day trading, który uważany jest za bezpieczniejszą formę handlowania akcjami (!) i w związku z tym można używać 25% depozytu, ale minimum środków wymaganych na rachunku to 25.000 USD i nie można zejść nawet centa niżej, inaczej rachunek jest banowany. Nie można również przekroczyć wielkości obrotu wyznaczanej jako wielokrotność średnich transakcji z ostatniego tygodnia. Można by jednak uznać to za marginalny problem, dużo więcej problemów mogą sprawić bowiem lewarowane kontrakty terminowe, ponieważ ich związek z rynkiem akcji jest dziś dużo ściślejszy z powodu ogromnego wzrostu udziału indeksowych ETFów w obrocie.

Handel akcjami na odroczony termin na naszej GPW nie powinien stanowić większego problemu, zdaje się nie jest to nazbyt masowe zjawisko. Z kolei mogą się obawiać skutków takiego poruszenia posiadacze długich pozycji w naszych kontraktach, ale ci są nauczeni tego na bieżąco, margin calle pojawiają się dopiero po rozliczeniu dnia, więc sprzedaż zanurzonych w stratach pozycji może się pojawić dopiero na kolejnej sesji.

Największego problemu mogą w chwili krachu doświadczyć tradujący indeksami i akcjami w formie kontraktów CFD na forexie. Tu nie ma litości i margin calle pojawiają się od razu gdy wartość depozytu spada poza minimum wyznaczane przez brokera. Z tej jednak strony nie powinno być jakiegoś ostrego przełożenia na same giełdy, chyba że w kłopoty wpadnie sam broker. I nie jest to sytuacja wcale hipotetyczna. 15 lutego 2015 roku podczas krachu na franku szwajcarskim i luce w dół o wielkości ok. 20%, kilku brokerów zbankrutowało. W takiej chwili nawet ci, którzy na krachu mogą zarobić, są zagrożeni niewypłacalnością brokera. Rada jest jedna – wpłacać środki tylko do tych instytucji, które są nadzorowane, a depozyty chronione prawnie.

Na koniec tej części wspomnę jeszcze jeden incydent, który nieoczekiwanie dolał oliwy do ognia. SEC, nadzorca amerykański, planował wstrzymanie obrotu wczesnym popołudniem, po to by uspokoić nastroje. Reakcja inwestorów była zgoła przeciwna od zamierzonej – na wieść o planowanej przerwie jeszcze bardziej rzucili się do sprzedawania, obawiając się uwięzienia w spadających akcjach. A więc nie tylko inwestorzy muszą być gotowi do podejmowania bardzo adekwatnych środków zaradczych w chwilach przesilenia.

CDN

—kat—

[Głosów:3    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *

Klauzula informacyjna

Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. („My” lub „DM BOŚ”) z siedzibą w Warszawie (ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa). Będziemy przetwarzać, Pani/Pana dane na potrzeby udzielenia odpowiedzi na Pani/Pana zapytanie, możliwości skorzystania z usługi oferowanej przez DM BOŚ, a także realizacji naszych prawnie uzasadnionych interesów, tj. rozpatrywania skarg oraz obrony przed roszczeniami. Ma Pani/Pan prawo dostępu do danych, żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania i przenoszenia. W dowolnym momencie może Pani/Pan także wnieść sprzeciw, z przyczyn związanych z Pani/Pana szczególną sytuacją, wobec przetwarzania Pani/Pana danych dla realizacji prawnie uzasadnionych interesów DM BOŚ. Może się Pani/Pan z nami skontaktować wysyłając e-mail na adres: makler@bossa.pl lub list na adres: ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa, dzwoniąc na infolinię pod numer + 48 225043104 lub odwiedzając jedną z naszych placówek (lista dostępna pod http://bossa.pl/dmbos/oddzialy/). Może Pani/Pan skontaktować z Inspektorem Ochrony Danych m.in. korzystając z e-mail: iod@bossa.pl lub listownie na nasz adres. Więcej informacji o przetwarzaniu Pani/Pana danych, czasie przechowywania, prawach i sposobach kontaktu znajduje się w naszej Polityce Prywatności.