Minęło nieco ponad tysiąc dni od 15 stycznia 2015 roku. Jestem przekonany, że gdybyśmy zapytali wiele osób nawet związanych z rynkami finansowymi, co istotnego się wówczas wydarzyło, spora część mogłaby mieć problem z odpowiedzią na to pytanie.

Zupełnie inaczej mogłoby być z osobami, które z rynkiem finansowym połączone są zupełnie inną nicią, czy też może kajdanami.

Mowa oczywiście o wydarzeniach na rynku walutowym i decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego, który postanowił zrezygnować z polityki obrony minimalnego kursu wymiany euro na franka. Dotychczasowa strategia pozwalająca na usztywnienie franka względem euro na poziomie 1,2 przestała obowiązywać. Ta jedna decyzja rozpętała na rynkach prawdziwe piekło. W dodatku piekło, które zamarzło. Ze względu na dynamikę ruchu, na wielu parach walut handel nimi praktycznie zamarzł. Przez kilkadziesiąt minut nie można było dokonywać transakcji, rynek próbował znaleźć jakieś poziomy równowagi. A uczestnicy rynku pieniądze na uzupełnianie depozytów i wywiązywanie się nagle z ogromnych zobowiązań.

Para frank/złoty handlowana była jeszcze rano, przed decyzją SNB na poziomach 3.54, kilka chwil później padały kolejne bariery, 3.70, 3.90, 4.10, 4.30, 4.50, 4.70. Frank umocnił się o ponad 30 procent względem złotego w mniej niż pół godziny. Po absolutnym szoku i panice, rynek zaczął zawracać i ostatecznie kursy CHFPLN tego dnia wahały się pomiędzy 4.05 a 4.28. „Zaledwie” ok. 15 procent wyżej niż rano.

Przez długi czas po tamtych wydarzeniach wartości oscylowały wokół poziomu 4 pln za franka, zaś od listopada 2016 sukcesywnie się umacnia.

Dziś tysiąc dni później znajdujemy się niemal w tym samym miejscu co na początku owej podróży.

W międzyczasie wiele osób było namawianych (i być może podjęło taką decyzję) do przewalutowania swoich kredytów walutowych na rodzimą walutę. Chętni, którzy chcieliby wówczas brać kredyty w szwajcarskiej walucie mieli utrudnione zadanie. Sama zaś historia powinna nauczyć wiele jeśli chodzi o ryzyko, nieprzewidywalność rynków czy gwałtowność pewnych zdarzeń.

Nie mam przekonania, że faktycznie wszyscy wzięli sobie tę naukę do serca.

Ot przykład z ostatnich dni. Zaledwie tydzień temu prowadziłem niezwykle interesującą poznawczo rozmowę na temat kredytów walutowych, nierzetelnych umów, systemu bankowego, sprzedawców, którzy wciskali nieświadomym klientom zatrute jabłka w postaci tychże kredytów.

Druga strona w rozmowie, nie chciała przyznać się niemal w żadnym stopniu do tego, że jednak za mało wykonała pracy, jeśli chodzi o zastanowienie się nad ryzykami, dokładnym przeczytaniem umowy, a przede wszystkim wiarą w to, że sprzedawca działa na rzecz klienta, a nie na rzecz firmy.

W dyskusji nie zamierzałem bronić banków, tylko pokazać dwie strony medalu. Niestety wydaje się, że druga strona jest mocno impregnowana na część argumentów. Jak choćby na ten, że ograniczenie akcji sprzedażowej banków, sformalizowanie umów oznaczałoby, że wiele osób niestety nie weźmie ŻADNEGO kredytu (nie tylko w walucie), bo nie będą spełniać zaostrzonych kryteriów. Wówczas padł argument, że przecież mieszkanie to jest dobro podstawowe i każdy powinien móc je kupić.

No cóż. Nie mam kontrargumentów.

Życie jednak dopisuje cały czas nowe rozdziały do tej historii.

Jak pamiętamy wielu sprzedawców z hossy nieruchomościowej 2004-2007 to byli młodzi ludzie. Nieopierzeni, ledwie po studiach po szkoleniach sprzedażowych roztaczali wizję długoterminowej przeszłości, sprzedając klientom kredyty na okres dłuższy, niż trwało ich życie. Wielu z nich wierzyło w to co mówi, wielu zgarniało sowite prowizje i nie zastanawiało się nad niczym więcej.

Oto kilka dni temu mój znajomy opowiada mi, że do jego domu zapukał młody człowiek. Nie był umówiony wcześniej. Jak sam przyznał później, chodzi po kolejnych domach i pyta, czy ktoś nie ma kredytów w walucie, z którym chciałby “coś zrobić”. Niemal kropka w kropkę doradca/sprzedawca taki jak ci sprzed dziesięciu laty. Tym razem jednak nie sprzedawał kredytów. Sprzedawał „anty-kredyty”. Reprezentował kancelarię prawną, która zajmuje się próbą odzyskania od banków pieniędzy za kredyty „zwane walutowymi”. Kancelaria pobiera oczywiście z góry pewne wynagrodzenie (wcale nie takie niskie jednorazowo), oraz prowizję w przypadku wygranej. Reklamują się 70 procentową skutecznością. Jak jest w rzeczywistości pewnie trudno powiedzieć. Ale jeśli to prawda, to nadal zostaje 30 procent szans, że nie tylko sytuacja kredytowa nie ulegnie zmianie, ale jeszcze klient poniesie nowe i dodatkowe koszty.

Ponieważ mój znajomy ma niewielki kredyt sam sprzedawca nie ukrywał swojego rozczarowania. Nie było to zbyt dużych pieniędzy do zarobienia odzyskania dla klienta.

A ja miałem taką refleksję, czy ktokolwiek z tych, którzy dadzą się namówić na taką usługę dokładnie przeczyta umowę jaką przyjdzie im zawrzeć z kancelarią. Czy umieją dokładnie policzyć koszty i oszacować ryzyko przegranej sprawy? Czy może za kilka kolejnych lat powiedzą, że wszyscy są oszustami.

[Głosów:10    Średnia:4.3/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *