Spekulacja (?) funduszami, część 2

Czy inwestycja w fundusze inwestycyjne jest łatwiejsza niż klasyczna w akcje na giełdzie?

Idę o zakład, że większość Czytelników odpowie, że tak. A gdybym spytał dlaczego i jakie przesłanki stoją za takim stwierdzeniem? Obawiam się, że albo nie dostałbym przekonującej odpowiedzi albo usłyszałbym coś w stylu: wystarczy kupić jednostki funduszy a resztę zrobią przecież zarządzający.

No dobrze, ale kiedy je kupić i kiedy je sprzedać, żeby osiągnąć w miarę sensowny zysk, przekraczający choćby odsetki z lokat lub z obligacji? Można bowiem wskazać wiele takich momentów, gdzie inwestowanie funduszowe nawet po latach nie przyniosło satysfakcjonujących zwrotów. Przypuszczam, że w tym wypadku dyskusja mogłaby trwać godzinami. Najpowszechniejsze przekonanie głosi bowiem, że fundusze to typowo długoterminowa inwestycja, wymaga cierpliwości i niemal całkowitej pasywności, zapomnienia o jednostkach uczestnictwa na lata, biernego czekania na wyniki aktywnego zarządzania w wykonaniu menadżerów odpowiedzialnych za wybór instrumentów i momentu ich dobierania do portfela.

Ale przecież akcje można potraktować w ten sam sposób, idąc śladami luminarza giełdowych inwestycji Warrena Buffetta, kupić z terminem „na zawsze” jak sugeruje i sam robi. Czyż jest to zła rada, skoro on dzięki temu stał się najbogatszym inwestorem giełdowym świata?

Pewnie mało kogo przekonałem. Na giełdę nie przychodzi się przecież w dzisiejszych czasach by coś kupić na długie lata (dla jasności – to moje ironiczne podsumowanie tego co realnie dzieje się na giełdzie). Trzeba przecież znajdować okazje, kupować tanio i sprzedawać gdy wystarczająco zdrożeje. No dobrze, spytam po raz kolejny, a co jeśli kupimy te wybrane akcje, a te spadają? 5%, 10%, potem przychodzi bessa i kolejne 20%, 30%, 40% czy może więcej, a niektóre nawet bankrutują i kasa znika. Jak sobie poradzić? Zacisnąć zęby, odłączyć się od informacji, zaszyć w Bieszczadach, nie odbierać maili od brokera? A może po męsku przerwać męczarnię i sprzedać te nietrafione papiery, aby ewentualnie odkupić je w przyszłości? W tym jednak miejscu dochodzimy szanowni Czytelnicy dokładnie do tych samych rozterek, które dręczą inwestujących w fundusze, a przekonania o cierpliwych, długoterminowych inwestycjach zaczynają się w dramatycznych momentach wydawać co najwyżej teoretycznymi banałami suflowanymi przez literaturę tematu (jeśli ktoś ją czytuje).

Inwestujący w fundusze, często znacząco mniej doświadczeni i oświeceni niż ci giełdowi, nie posiadają stalowych nerwów, niewzruszonych emocjami systemów czuciowych, wiedzy o ryzyku i cyklach koniunktury. Jakiż to dla nich łatwiejszy, długoterminowy wybór gdy wyceny walą w dół o dziesiątki procent, na pierwszych stronach gazet leje się krew dorzynanych posiadaczy udziałów w spółkach, a pan w okienku sprzedający jednostki udziałowe przewraca oczami i nie potrafi nic sensownego wyjąknąć?

A może to więc inwestujący bezpośrednio na giełdzie mają jednak łatwiej? Spójrzmy: mogą w przeciwieństwie do „funduszowców” dokonać analizy i wyceny akcji, wspomóc się Analizą techniczną, wymyślnymi zleceniami, sposobami zarządzania ryzykiem i zabezpieczania go, rekomendacjami, grupami dyskusyjnymi, algorytmami i innymi komputerowymi wynalazkami, całą wiedzą o psychologii, itd. itp. To tak przebogaty arsenał, że pewnie posiadacz funduszy pękłby z zazdrości gdyby miał tego wszystkiego świadomość i stosowną wiedzę! Cóż on może począć biedak? Kupił fundusz, a tu po kilku latach nadal minus w portfelu (to wcale nie teoretyczna sytuacja). Jeśli utknął w swej bezradności, albo mimo wszystko dzielnie znosi swoje bardzo długoterminowe podejście, to ma szansę kiedyś wyjść na zysk. Ile jednak kosztować będzie go to psychicznie? Czy nadal należy mu zazdrościć łatwości inwestowania w fundusze?

Skoro to jednak łatwe, to czemu, zapytam ponownie, nie przeszczepić tego podejścia na akcje. Kupić i trzymać choćby nie wiem co. Ale zapewne usłyszę w tym momencie, że akcje są bardziej ryzykowne i zmienne, wymagają większej nagrody za poświęcenie, ale dzięki temu można pokusić się o wyższe stopy zwroty niż w nudnych funduszach. Cóż, problem w tym, że realność zwykle nie dościga owych marzeń i wizji… Czy czasem niejeden inwestor giełdowy nie zazdrościł koneserom funduszy, gdy porównywał własny portfel z wieloletnimi wynikami TFI?

Podbiję bębenek jeszcze bardziej. Fundusze rzadziej niż akcje bankrutują lub stają się papierami śmieciowymi notowanymi poniżej 1 zł, doświadczają niższej zmienności i gwałtowności zmian, przebiegami cen bardziej przypominają indeksy niż pojedyncze akcje z ich jazdą jak na kolejce górskiej, poruszają się w nieco wyraźniejszych trendach. Czemu więc „funduszowcy” tak narzekają, skąd takie słabe wyniki w porównaniu do rzeczywistych zmian jednostek, skąd pomysły by podchodzić do nich aktywnie i próbować optymalizować portfel w rytm cykli hossa/bessa?

Cóż, poza tym że wszyscy jesteśmy ludźmi, którzy identycznie reagują na gwałtowny spadek wartości kapitału, to inwestorzy funduszowi wchodzą do tej „gry” w większości bez żadnego przygotowania, stosownej wiedzy, realnego oczekiwania, znajomości cykli, znajomości własnej odporności, statystyki, historii, prawdopodobieństw i szeregu innych kwestii. Na szczęście nie przekłada się to na rynek w skali 1 do 1, zarządzający są w tym przypadku swego rodzaju buforem i amortyzatorem. Choć nie zawsze, o skutkach czego nieco później.

Jaki morał powinien wypłynąć w tym miejscu? W miarę ważny tylko jeden: szanowni inwestujący w fundusze – ta gra to bułka z masłem jedynie wtedy, gdy naprawdę zapomnicie na lata o swoich jednostkach, w przeciwnym razie stajecie się inwestorami giełdowymi, którzy nigdy spokojnie nie sypiają i zwykle potrzebują lat nauki by zrozumieć zasady tej gry i zacząć w nią wygrywać. Doprawdy wierzcie wszystkim tym, którzy przekonują was, że to związek na lata. Tylko jak z kolei do tego przekonać was…?

CDN

—kat—

[Głosów:4    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *