Pokonać indeks – 7 obserwacji

Dopiero co wrzuciłem kilka wpisów o indeksowaniu rynku, czyli kupowaniu indeksu zamiast zabaw w aktywną selekcję spółek, tym razem proponuję zajrzeć pod maskę takiego właśnie pasywnego podejścia.

Większa część inwestorów i traderów nie jest w stanie w długim terminie zarabiać więcej niż wychodzi ze średniej rynkowej, czyli kupowania indeksów (głównie w postaci instrumentów pochodnych), i to samo dotyczy funduszy inwestycyjnych. Stąd też taka popularność ETFów i funduszy indeksowych w USA, które jednak nie rozwiązują wszystkich problemów, szczególnie tych z ryzykiem. Mechanizm tej dominacji indeksowania jest w sumie dość prosty, nie każdy jednak w pełni go rozumie. Zobaczmy więc jak to działa na przykładzie naszego indeksu WIG20.

Zrobiłem prostą symulację, przedstawioną na diagramie poniżej. Otóż 18 listopada 2016 stał się pierwszym dniem obecnej hossy na tym rynku naszych ‘blue chips’, policzyłem więc ile zyskał od tego momentu WIG20 do zamknięcia z 12 maja 2017 r. To nieco ponad 37% i pokazuje to słupek niebieski. Zwroty 20-stu spółek, które tworzą ów indeks umieściłem pod nim w kolejności od największych do najmniejszych:

Tylko 9 spółek (słupki ciemnozielone) zyskało w tym samym okresie więcej niż indeks, będący ważoną średnią zwrotów całej dwudziestki. Zyskowność kolejnych 8 nie przekroczyła dynamiki WIG20 (blado zielone słupki), a 3 z nich w ogóle nie mogło się pochwalić pozytywnymi zmianami (na czerwono). Zakładamy oczywiście, że te zwroty uzyskano metodą „kup pierwszego dnia i trzymaj”, bez uwzględnienia prowizji. Indeks natomiast nie uwzględnia dywidend i praw poboru. Jednakże pewne proporcje i mechanizmy nadal są w tych relacjach zachowane.

Tak się złożyło, że z 5 spółek mających największą wagę w tworzeniu indeksu (ok. 60% na dziś, to się nieustannie zmienia), 4 znalazły się w najlepszej grupie liderów (ciemnozielone). To 3 spółki na P  – PKN, PKO BP i PZU oraz KGHM. I to one przede wszystkim ciągnęły WIG20 w górę, nieproporcjonalnie mocniej niż reszta peletonu. Bo już np. zwycięzca rankingu – Lotos – mający tylko nieco ponad 2% udziału w portfelu stanowiącym ten indeks, miał na niego dużo mniejszy wpływ niż miałby, gdyby wszystkie spółki posiadały równy wkład (po 5%). Ale kupując za całość kapitału tylko Lotos i tak pokonalibyśmy indeks.

Jednakże ani aktywne fundusze, ani inwestorzy indywidualni nie kupują wszystkich spółek odzwierciedlających indeks jednocześnie, a już szczególnie w dokładnych proporcjach tworzących go. Jedna z metod pokonania rynku (a więc pobicia indeksu) to metoda tzw. „stocks selection”, a więc wybór tych akcji, które w wyniku analiz uznane zostały za potencjalnie optymalnych lub najlepszych kandydatów do osiągnięcia zysków. Do ostatecznego wyniku liczy się również ich zakupiona ilość, albo ich proporcje w posiadanym portfelu. I tak zakup 18 listopada dowolnych spółek oznaczonych kolorem ciemnozielonym na powyższym diagramie gwarantowało nam pokonanie rynku, bez względu właściwie na proporcje posiadanych akcji, z założeniem, że wydajemy 100% posiadanego kapitału.

Szanse? W tym przypadku 9 spółek na 20 dało zysk, więc prawdopodobieństwo owo wyniosło 45%. Dużo? Mało? Prawie jak rzut monetą, ale nie losowego wyboru oczekujemy ani od siebie ani od funduszy inwestycyjnych. Tzn. od tych ostatnich życzymy sobie wyboru tylko „ciemnozielonych” akcji, od siebie – po prostu zysków.

Jeśli nie udało się nam lub funduszom trafić tylko w spółki bijące indeks, to posiadanie dodatkowo innych nadal dawało szansę na zwycięstwo, pod warunkiem, że tych innych posiadamy proporcjonalnie mniej w portfelu. Trafienie w przegranych (czerwone) to szansa 3 do 20 czyli 15%. W miksie z ciemnozielonymi nadal pozwolą pobić indeks, ale musiałby stanowić małą część portfela.

Dlaczego o tym piszę?

Po pierwsze:

Pobicie średniej rynkowej to mimo wszystko kwestia kupna przede wszystkim spółek o lepszych od niej zwrotach, lub posiadanie ich w proporcjonalnie większej ilości. To NIEZWYKLE trudne zadanie. Nie do spełnienia w każdym cyklu rozliczeniowym. Kiedy fundusze rozlicza się  co kwartał, rok, czy półrocze, wielokrotnie, to oczekiwanie od nich pokonywania indeksu za każdym razem jest niemal niewykonalne. Tam nie pracują supermani. A nawet jeśli uda się trafić w „ciemnozielone spółki” to koszty prowizji mogą wyeliminować przewagę.

Po drugie:

Trzeba pamiętać, że porównanie zysków funduszy tylko do wybranego indeksu nie oddaje rzeczywistych relacji. Nie inwestują one bowiem 100% gotówki w akcje, a czasem mają również inne instrumenty w portfelu (np. dłużne). Dlatego tworzy się benchmarki, czyli portfele do porównań o podobnych profilach posiadanych instrumentów.

Po trzecie:

Tzw. „window dressing” w wykonaniu funduszy to próba pokazania, że ma się w portfelu tylko liderów wzrostów, albo przynajmniej, że ma się ich relatywnie więcej. A więc kupuje się te „ciemnozielone” spółki pod koniec okresu rozliczeniowego, wyrzucając pozostałe.

Po czwarte:

Buffett nie musi posiadać w portfelu tylko akcje z zakresu „ciemnozielonego” by być mistrzem i pokonywać indeksy (choć coraz trudniej mu to idzie). Kiedy jak on używa się bowiem lewara, wystarczy mieć spółki z zakresu „jasnozielonego”.

Po piąte:

Co konia obchodzi jak i kto nie pobił rynku, nawet jeśli to tak trudne? Dlatego właśnie taka popularność instrumentów opartych na indeksach. Nie trzeba tracić czasu i nerwów na selekcje. Jedno zlecenie załatwia inwestorowi nabycie np. ETFa, bez konieczności stresu, czy znów wybrał właściwe akcje lub fundusze i wyrywania włosów, gdy cały rynek porusza się szybciej do góry. A dywersyfikacja nie załatwi wszystkiego jak widać po słupkach i wyliczeniach powyżej. Chyba, że dywersyfikacja indeksów pod postacią ETFów.

Po szóste:

Spółka LPP mocno psuje indeksowanie lub pokonywanie indeksu. Ze względu na swoją cenę, nieproporcjonalną do reszty. Na dziś ma ona udział w indeksie WIG20 około 3,8%. Przy cenie 6800 zł i zakupie tylko jednej jej sztuki, trzeba by posiadać 179 000 złoty żeby poprawnie odwzorować cały indeks z jej udziałem. To dla bardzo bogatych. Na tym tle kupowanie ETFa na WIG20 po kilka stów to ogromne ułatwienie.

Po siódme:

Zyskowność to względny miernik. Choć każdy marzy o posiadaniu w portfelu tylko spółek ze strefy „ciemnozielonej”, jeśli trafi przynajmniej te z zakresu „jasnozielonych” nadal nie powinien mieć powodów do narzekań. Pytanie warte milionów: jak znajdować tylko spółki z tej strefy powyżej zwrotów z samego indeksu? Odpowiedź warta setek tysięcy: to niemożliwe, ale i niepotrzebne, wystarczy kupno samego indeksu.

—kat—

[Głosów:8    Średnia:4.3/5]

3 Komentarzy

  1. mirek

    Pasywne inwestowanie jest dobre w czasie hossy, gdzie faktycznie kupno ETF'ów może załatwić sprawę. Kiedy jednak zagości bessa, to "rura mięknie". I znów pojawiają się dylematy, czy jakaś postać aktywna by się nie przydała.

  2. cj

    pobicie indeksu to trudne zadanie, ale w ostatnich latach nie trzeba być geniuszem, by zobaczyć, co się wprawia w energetyce, jak banki mają pod górę albo wzrost konkurencji telekomów.

  3. _dorota

    # offtopic
    http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1043352,konfiskata-rozszerzona-spolki-firmy.html

    Będzie dramatyczny wzrost ryzyka inwestycyjnego w spółki krajowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *