Rewolucja nie na polską skalę, część 3

Krótki paragraf z tekstu, który omawiałem w poprzednich 2 częściach, tak roi się od ważnych dla znaczenia naszej giełdy zdarzeń, które wymagają więcej niż tylko prześlizgnięcia się po nich, że postanowiłem jeszcze raz do niego wrócić i sprostować to, co tego wymaga.

W poprzednim wpisie odnosiłem się do tego cytatu poniżej, który jak się okazuje zawiera dużo więcej powierzchownych i nie do końca poprawnych faktów (pochyłą czcionką zaznaczam treść już omówioną, boldem – to, do czego chciałbym odnieść się teraz):

 „Czy firmy zarządzające funduszami będą musiały zbankrutować po obniżeniu ich prowizji? Nie, o ile wprowadzą tańsze odpowiedniki „zwykłych” funduszy, czyli automatycznie zarządzane ETF-y. Tego typu fundusze nie wybierają najbardziej obiecujących spółek, tylko kupują wszystkie. Wiadomo, że nie pobiją średniej rynkowej, ale jest też pewne, że z nią nie przegrają.”

Po kolei więc.

O automatyzmie zarządzania indeksowanymi funduszami pisałem w pierwszej części, i to samo, albo nawet bardziej odnosi się do ETFów. Krótko przypomnę: automaty pobierają dane, przetwarzają na sygnały i składają zlecenia, ale jakością tego jak się przetwarza dane na zlecenia zajmuje się człowiek, programując algorytmy. Zapisane w ten sposób decyzje i wybory są w wielu produktach typu ETF znacząco bardziej mechaniczne niż w przypadku klasycznych TFI, gdzie liczy się intuicja zarządzających, ale nadal kilka spraw wymaga sporo ludzkiego wysiłku umysłowego. Łatwo się replikuje w portfelu zawartość dowolnego indeksu, ale to tylko część tej branży. Przyjrzymy się temu stwierdzeniu z powyższego cytatu i odniesiemy do całości branży:

„Tego typu fundusze nie wybierają najbardziej obiecujących spółek, tylko kupują wszystkie”

a okaże się, że nie odzwierciedla ono w pełni rzeczywistości.

ETFy pierwotnie miały w prosty sposób replikować indeksy, by ułatwić inwestorom osiąganie średnich zwrotów rynkowych. Dokładnie rzecz biorąc, są one najporęczniejszym narzędziem pozwalającym korzystać z tzw. ‘pozytywnej wartości oczekiwanej’ jaką daje pasywne, długoterminowe inwestowanie (dryf wznoszący na akcjach). Jednakże z biegiem czasu zaczęto tworzyć ETFy, które miały za zadanie replikację w jednym instrumencie innych strategii pozwalających osiągać statystyczną przewagę, często wyższą niż pasywne kupno indeksów. I tak powstawały ETFy sektorowe, branżowe (np. wydobywców złota), ETFy dające ekspozycję na inne rynki poza akcyjne, pozwalające zabezpieczać czy zdywersyfikować ryzyka, a więc towarowe, walutowe, zagraniczne, czy ETFy wykorzystujące anomalie (smart beta, momentum, inwestycje we wzrost czy wartość). Szczególnie te ostatnie w tym kontekście są istotne. Dlaczego?

Ano dlatego, że znacząco ułatwiają budowę specyficznych portfeli, zastępując analizy, wyliczenia i ogrom innej roboty, jaką muszą wykonywać normalnie inwestorzy. Weźmy ETFy replikujące strategię „inwestycji w wartość”, czyli niemal dokładnie to, co poleca i sam robi Warren Buffett. Aby zrobić taki portfel trzeba zbadać wszystkie spółki pod kątem niskiej ceny w stosunku do wartości wewnętrznej, kupić najtańsze, a potem je monitorować i co jakiś czas sprzedawać/wymieniać. Tymczasem ETF pozwala zrobić dokładnie to samo jednym guzikiem! W tym sensie tego rodzaju ETFy wybierają właśnie najbardziej obiecujące spółki, a nie wszystkie, jak sugeruje autor artykułu. Nie są przy tym wcale marginesem, samych ETFów pokrywających strategię „smart beta” jest w USA niemal 500 (ok. 23% obrotów). I to właśnie tego typu wybiórczo działające ETFy powinny być przyszłością GPW, a nie jedynie indeksujące rynek, które w naszych warunkach mają wiele wad, o których pisałem w poprzedniej części.

I wreszcie ostatnie zdanie z powyższego cytatu, w którym Maciej Samcik stwierdza, że indeksowe ETFy, czyli właściwie tylko część z tej branży, „wiadomo, że nie pobiją średniej rynkowej, ale jest też pewne, że z nią nie przegrają.”.  Kontrowersja tego stwierdzenia polega na tym, że wcale nie wiadomo i nic nie jest pewne. Przede wszystkim dlatego, że ETFy nie replikują precyzyjnie tego, co mają w sobie zawierać. Owszem, może największe są dokładne, jak te zawierające w sobie spółki z S&P 500, ale cała reszta już nie bardzo. Obciążone są one bowiem błędem dopasowania (ang. tracking error), co powoduje, że mogą pojawić się znaczące różnice na plus, a jeszcze częściej na minus, szczególnie gdy są jeszcze do tego lewarowane. Jest to spowodowane wieloma czynnikami: płynnością, poślizgami przy zmianach zawartości (część spółek jest wymieniana), reinwestycją dywidend, bankructwami firm itd. Z grubsza więc kierunek benchmarku, na który opiewa EFT, jest zachowany (o ile benchmark istnieje, bo np. dla ETFów powielających specyficzne strategie już nie ma go), ale różnice mogą być znaczące. Nawet istniejący nasz ETF na WIG20 różni się od samego indeksu, choćby tym, że niekoniecznie musi w sobie zawierać wszystkie spółki wchodzące w jego skład! A więc nawet takie mikro przedsięwzięcie jest obarczone uznaniowością, co generuje w efekcie różnice w oczekiwaniach.

Na koniec jeszcze jeden cytat.

„Funduszowcy – zresztą nie tylko w Polsce – niechętnie udostępniają klientom fundusze ETF, bo to przypomina odcinanie gałęzi, na której siedzą. Swoją pozycję fundusze zbudowały na tym, że mają wysoko wykwalifikowanych zarządzających aktywami i unikalną wiedzę, dzięki której potrafią zarabiać więcej pieniędzy, niż klient, który samodzielnie kupiłby wszystkie akcje jak leci.”

Przyznam, że nie nadążam za tą logiką. Te właśnie stwierdzenie odwraca bowiem cały sens argumentacji zawartej w artykule. Klient, który kupuje wszystko jak leci to w rzeczy samej indeksujący rynek, niczym ETF replikujący indeks. Skoro fundusze potrafią zarabiać więcej niż owa indeksacja, to po co całe to strzępienie klawiatury za wymianą aktywnego zarządzania na pasywne powielanie indeksów?

Inna rzecz, że nie jest to zgodne z prawdą. Aktywne fundusze przynoszą zwroty na poziomie indeksów, przynajmniej w USA, a pobierana prowizja za zarządzanie spycha jednak owe zyski dla klientów poniżej indeksowania.

A wreszcie stwierdzenie o niechęci udostępniania klientom funduszy typu ETF poza Polską, to stwierdzenie nietrafione. Część największych powierników wyspecjalizowała się w tworzeniu ETFów i można bez problemu kupić taki produkt dowolnego rodzaju, albo nawet zamówić taki, jakiego jeszcze nie wymyślono. To zresztą sztuczny problem, po prostu są one dostępne obficie w karnecie giełdowych instrumentów. Nie ma natomiast ekonomicznego sensu, by ETF udostępniała każda firma powiernicza. Również dlatego, że rynek zaczął się nasycać i nie wszystkie ETFy są rentowne, to nie jest przecież tak, że ich udostępnianie nic nie kosztuje.

Potrzebujemy w Polsce ETFów, ale obok, a nie zamiast TFI. Rynek sam zresztą wyreguluje ich podaż i popyt. To czego naprawdę brakuje, to rzeczowa wiedza.

—kat–

[Głosów:2    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *