O naturze i powabie ryzyka, vol. 2

Zwykle nie lubimy ryzyka, i choć na giełdzie co dzień na nie się wystawiamy, niewielu inwestorów wie w pełni, co ono naprawdę oznacza.

Uświadomił mi to ostatnio jeden z Czytelników, już całkiem nieźle otrzaskany z tradingiem i systemami transakcyjnymi, który zaskoczył mnie pytaniem o to, czym właściwie z praktycznego punktu widzenia jest owo ryzyko. Wymieniliśmy w tym temacie kilka maili i doszedłem do wniosku, że kwestia powinna zainteresować szersze grono inwestujących.

Problemy i zdziwienia biorą się w tym temacie zwykle stąd, że ryzyko rozumiemy i traktujemy nieco… intuicyjnie. Gdybym zapytał każdego z Czytelników co oznacza w jego pojęciu „ryzyko”, odpowiedzi padłyby dość różnorodne, choć zdaje się zawsze krążyłyby wokół tego samego tematu: strat. W znacznej mierze byłaby to całkiem poprawna reakcja, albo biorąc inaczej – nie byłoby złych odpowiedzi. No może czasem nie będzie temu towarzyszyć całkiem poprawne praktyczne rozumienie, ale właśnie dlatego niniejszy wpis.

Otóż nie istnieje jedna poprawna, przez wszystkich rozumiana jednakowo i powszechnie akceptowalna definicja ryzyka, w tym ryzyka związanego z finansami i giełdą. Jest to bowiem koncept nieco abstrakcyjny, który na użytek budowy równań, modeli i zarządzania aktywami ubiera się w różne liczby i matematyczne symbole, które pozwalają na lepszą, choć nie zawsze doskonałą komunikację w tym temacie.

Generalnie ryzyko oznacza możliwość, sytuację, potencjał, szansę, prawdopodobieństwo powstania straty różnego rodzaju lub też niechcianego rezultatu/stanu rzeczy. Nieco ogólniejsza definicja mówi o niezrealizowaniu oczekiwań, czyli jeśli zarobimy mniej niż zakładaliśmy, nadal mamy prawo mówić o „stracie” w sensie ryzyka. Jeszcze inne określenie wskazuje na negatywną konsekwencję działania (lub też jego braku) w obliczu niepewności, świadome (lub nie) wystawienie się na nie zawsze przewidywane i kontrolowalne zjawiska. 

W przypadku rynku finansowego chodzi oczywiście głównie o ekspozycję na straty finansowe jako przejaw podjęcia ryzyka i możliwe doznanie uszczerbku na kapitale jako wynik tej interakcji. Tak samo jak w każdej innej dziedzinie, ryzyko finansowe posiada swoje osobne, charakterystyczne cechy i w zasadzie skupia w sobie szereg innych, dość precyzyjnie nazwanych i zdefiniowanych grup ryzyk, biorących nazwy od czynników, które powstanie danego rodzaju ryzyka powodują, o czym w dalszej części.

Ryzyko istnieje wszędzie dookoła, nawet jeśli nic nie robimy (może nas dopaść w nicnierobieniu choroba lub bessa). Esencją inwestowania jest natomiast świadome (lub nie) wystawienie swoich kapitałów na działanie ryzyka, coś, co dla jednych staje się życiowym kołem napędowym, dla innych zmorą, zależnie od osobistej wrażliwości, ale też i wiedzy o tym wszystkim. Spora rzesza początkujących przychodzi na giełdę z zerową świadomością o istniejących ryzykach, a tu się później okazuje, że nawet w wydawałoby się bezpiecznych obligacjach może czaić się niejedno ryzyko generujące straty. Moim zdaniem to największy problem na jaki trafiają owi początkujący: nie tyle nie wiedzą jak zarabiać, ile nie posiadają wcześniej wystarczającego przygotowania i podstawowej choćby wiedzy na temat ryzyk inwestycyjnych i sposobów na adaptację do nich. Ryzyko zresztą jest często dość wstydliwym słowem, albo poddanym opresji, mówi się o nim bez konkretów i bardzo hasłowo. Dopiero pełna jego znajomość pozwala na tzw. wolność finansową i zyskowność z najwyższej półki.

Wśród samych inwestorów postrzeganie ryzyka obejmuje również dość zróżnicowane spektrum zjawisk. Nawet pomijając skrajności, ten sam moment na skali cenowej może być inaczej odbierany, co również przyczynia się do tak subiektywnego definiowania ryzyka. Ot choćby przykład spadających kursów jakiejś spółki:

Dla znacznej większości inwestorów oznacza to rosnące ryzyko, przede wszystkim dlatego, że tak dyktuje im owo postrzeganie historia, ale również dlatego, iż ostatnie ruchy cen ekstrapolowane są w przyszłość, a więc jeśli spada, to często wytwarza się silne przekonanie, że będzie spadać mocniej (udowodniony błąd poznawczy). Tymczasem dla inwestora analizującego rynek od strony fundamentalnej, przecena może oznaczać zmniejszające się ryzyko, o ile oczywiście uznaje ową spółkę za mocną fundamentalnie, a przecenę za zwykły impuls cenowy, chwilowo negatywny sentyment, emocjonalny jedynie strach podażowy. O jeszcze innym podejściu wspominałem w poprzednim wpisie – osadzając własny trading na stopach obronnych mógłbym powiedzieć, że moje ryzyko nie zmienia się, z punktu widzenia mojej przewagi prawdopodobieństwo straty jest cały czas takie jak zakładałem, jej wielkość również.

A to ostatnie prowadzi nas właśnie do miar używanych w praktycznym określaniu ryzyka i pułapek z tym związanych.

Wprawdzie nie jedyną, ale zasadniczą jego miarą w teorii, nauce i literaturze stała się zmienność, mierzona najczęściej odchyleniem standardowym, które wskazuje stopień odchylenia zmian cen od średniej. Wielokrotnie na tych blogach kruszyliśmy kopie o to, jak bardzo zwodną i mało praktyczną miarą ryzyka jest zmienność. Przede wszystkim dlatego, że  zakłamuje rzeczywiste procesy rynkowe. Nierzadko bowiem spokojny, mało zmienny rynek może prowadzić do znacznych strat (choćby fatalny przypadek franka, który po miesiącach bezruchu zdemolował tysiące rachunków gdy bank centralny Szwajcarii przestał go bronić). A z drugiej strony ogromnie wzburzone i gwałtowne zmiany cen na dnie bessy prowadzą do zmiany trendu na wzrostowy, czyli z dużej zmienności małe ryzyko.

Ktoś może zapytać również, jak owa zmienność kursów prowadzi niby do wzrostu ryzyka w przypadku długoterminowej inwestycji np. w akcje, gdzie papierowe straty nie mają przecież znaczenia. Otóż bywa, że ciśnienie na tyle doskwiera, iż inwestor poddaje się i zamyka straty lub realizuje znacząco zredukowane zyski. A tak właśnie tłumaczy się wpływ owej zmienności cen na postrzeganie i reagowanie na ryzyka przez indywidualnych, szczególnie niedoświadczonych inwestorów.

Traderzy natomiast najczęściej ryzyko mierzą w procentach lub kwotach nominalnych doznanych lub z góry zaplanowanych strat. Co również nie jest idealną miarą, a przede wszystkim w jakimś stopniu zaprzecza przytoczonym na wstępie definicjom. Jeśli bowiem powiem, że moje ryzyko wynosi 1% kapitału, to podstawiając to do owych definicji można by odnieść wrażenie, że moje szanse czy prawdopodobieństwa doznania realnej, a nie papierowej straty wynoszą właśnie 1%, co jest nieprawdą. A z drugiej strony jeśli zaproponuję komuś inwestycję, w której można doznać 1% straty z prawdopodobieństwem 50%, albo alternatywnie taką, w której strata 1% możliwa jest tylko w 10% przypadków, to odpowiedź jest oczywista. W zasadzie więc przy określaniu ryzyka powinno się podawać obie miary ryzyka – prawdopodobieństwo powstania i wielkość.

I tu dochodzimy jednakże do jeszcze jednej opcji jego definiowania. Ujmując je w procentowe czy kwotowe ramy, np. mówiąc „ryzyko 1%”, posługujemy się tzw. ryzykiem relatywnym (lub wskaźnikiem ryzyka), co jest powszechnie wśród traderów uznawane i rozumiane. A w takim razie ryzyko można zdefiniować na jeszcze jeden, bliższy nam sposób, jako:

Ilość pieniędzy lub część kapitału, które inwestor jest GOTOWY STRACIĆ jeśli pomyli się co do oceny rynku czy kierunku, albo czasu otwarcia pozycji. 

Mamy więc już teoretyczne przygotowanie, w kolejnym wpisie pokażę na jakie konkretnie ryzyka jesteśmy narażeni, jak się przed nimi bronić i o co dokładnie pytał mnie jeszcze wspomniany na wstępie Czytelnik.

Moją największą nadzieją jest to, że zrozumienie kwestii ryzyka pomoże wszystkim oswoić się z nim, a przede wszystkim zaprzyjaźnić, bez niego bowiem w życiu nie ma szans dokonać niczego znaczącego, a demonizowanie go nie służy niczemu pozytywnemu.

—kat—

[Głosów:7    Średnia:4.6/5]

4 Komentarzy

  1. pit

    Skoro o naturze i powabie ryzyka mowa to inwestorzy na rynku podpadają pod tą sama przypadłość co wiele młodych pań czyli "syndrom miłego faceta".
    Wiele kobiet prawdziwie i niekłamanie twierdzi że jej celem jest poślubienie naprawdę "miłego faceta" /nie/stety bezwiednie reagują na tego "złego", który się niespodzianie pojawi 🙂

    I analogicznie wielu inwestorów prawdziwie i nieklamanie twierdzi ,że chce zarabiać na rynku stety czy też nie bezwiednie i zdecydowanie reaguje w momencie pojawienia się drawdownów.

    TAki to już powab ryzyk 🙂

  2. GZalewski

    "Gdybym zapytał każdego z Czytelników co oznacza w jego pojęciu „ryzyko”, odpowiedzi padłyby dość różnorodne, choć zdaje się zawsze krążyłyby wokół tego samego tematu: strat."
    U jakiegos zagranicznego brokera widziałem taką ankietę. "Co kojarzy Ci się ze słowem ryzyko" a) strata, b) możliwość c) ekscytacja (przypominam z pamięci).

  3. Marcin

    Widzę, że zainspirowałem 🙂

    Żeby się trochę wytłumaczyć, to oczywiście mniej więcej wiedziałem już pisząc te maile, czym jest ryzyko i że ma bardzo różne "wymiary". To co mnie jakoś zaskoczyło to jak trudna jest ocena ryzyka w przypadku portfolio (w porównaniu z inwestycją w pojedynczy walor). Mam nadzieję, że jeszcze o tym podyskutujemy.

  4. Marcin

    Dodam jeszcze do "W zasadzie więc przy określaniu ryzyka powinno się podawać obie miary ryzyka – prawdopodobieństwo powstania i wielkość." tylko to już nie są dwie miary, a dwa "wymiary". Mamy nie dwie liczby, ale pewną funkcję. Bo przecież możemy mieć dwie inwestycje, w których strata 1% jest w 10% przypadków, ale w jednej z nich strata >0,5% jest w 30% przypadków, a w drugiej w 50% przypadków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *