Ostatnie godziny roku to dobra okazja na małe podsumowania i plany.

Notowania najważniejszych światowych giełd i walut zdominowane zostały w 2016 roku przez 2 zjawiska polityczne i 2 typowo finansowe, które rozciągną nam się na rok 2017. Trzeba więc zadać sobie pytanie, jak wpłynie to na nasze portfele i jak zmieniła się dzięki nim percepcja rynków i inwestorów.

Co do tych politycznych, czyli Brexitu i wygranej Trumpa, to ich następstwa wyglądają dziś dużo klarowniej, niepewność można już bowiem przekładać na bardziej konkretne plany i strategie. Rok temu mało kto wymyśliłby takie scenariusze, a nawet jeśli ktoś trafnie przewidział, że Wielka Brytania zagłosuje za wyjściem z UE, a Trump wygra, to czy na pewno zarobiłby na obu tych wydarzeniach, mając do dyspozycji dowolne instrumenty? Osobiście w to wątpię. Przede wszystkim dlatego, że oba te zjawiska łączono ze wzrostem ryzyka i raczej cofnięciem rynków niż ekspansją. Na co zresztą wskazywały pierwsze reakcje giełd. Notowania pokazały jednak, że o ile oczekiwania przed tymi wydarzeniami wydawały się być skorelowane z ruchem cen, o tyle po fakcie polityka okazywała się tylko zbędnym balastem bez znaczenia dla wygłodniałych sił popytu. Polityka tworzy zmienność, ale rzadko decyzyjną jakość, co jeszcze raz ten rok nam udowodnił.

Oba zdarzenia stały się asumptem do przerobienia kilku lekcji i wyciągnięcia z nich właściwych nauk.

Po pierwsze –  tak zwane rynki predykcyjne (elektroniczne typu Iowa, bukmacherzy czy sondaże personalne) zawiodły i straciły wiarygodność. Z jednej strony wprowadza to więcej niepewności na rynkach, które nie przestaną wprawdzie być niezależne od tego typu wydarzeń politycznych w krótkich terminach, ale z drugiej strony zmuszą do głębszej analizy i dokładniejszego przemyślenia strategii inwestycyjnych.

Po drugie – należy uważać na zbyt pochopne wyciąganie wniosków z ostatnich zachowań rynków przy kolejnych wyborach. Tzw. efekt świeżości jak i efekt dostępności zaszczepiły inwestorom niebezpieczne przekonanie, że bez względu na to, jak bardzo źle skończą się choćby przyszłoroczne wybory w Niemczech czy Francji, rynek okaże się na nie nieczuły i wzrośnie. Populizm staje się przez to mniej groźny, a rynki bardziej (złudnie) przewidywalne.

Po trzecie – społecznościami zaczęła rządzić „post-prawda”, co powoduje, że fakty przestają mieć znaczenie, zbiorową wyobraźnią kierują media internetowe pełne śmieci, kłamstwo rozdaje karty, znieczula i co więcej potrafi zmieniać losy świata. Doszedł więc kolejny czynnik ryzyka i nieracjonalności. Dobrze, że decydenci (choć nie nasi) szykują się na wojnę z post-prawdą w niektórych obszarach, choć sukces nie leży w przepisach, a w głowach odbiorców tychże treści. Wielu z nich ignoruje po prostu własną ignorancję i wpada przy okazji w pułapkę selektywnego potwierdzenia własnych przekonań, zastawianą przez algorytmy dopasowujące kontekst do zainteresowań czytającego. Warto czasem zamilczeć nie mając wiedzy w danym temacie, o czym świetnie przekonuje N. Taleb we wszystkich swoich książkach, które szczerze polecę na przyszyły rok wszystkim nieobeznanym z nimi.

Dobrą szkołą przetrwania jest również właśnie giełda i inwestowanie. Tu informacja fałszywa łączy się z dużym kosztem i dla odbiorcy (strata) i dla nadawcy (kara), dlatego jej podaż i popyt same się mocno regulują i wymuszają adaptację. Inwestorzy siłą rzeczy stają się bardziej świadomi i odporni na post-prawdę, a poza tym zawsze mają możliwość ucieczki w świat inwestycji ze świata pełnego kłamstw i chaosu, jaki serwują nam dziś media społecznościowe i polityka.

Po czwarte – bardziej konkretne: koszty Brexitu i korzyści z Trump-rewolucji wydają się już być zdyskontowane w cenach. Otóż nic bardziej mylnego. Inwestorzy przypomną sobie jeszcze, że opuszczenie UE to nie bułka z masłem, lecz narastający chaos, a Trump-zbawca został chyba nadwyraz przesadnie nagrodzony przez wzrosty giełd i dolara. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że Europa znajduje się w innej fazie cyklu niż USA, gospodarka zaczyna odżywać tu dużo później, a problemy z bankami i emigrantami wydają się być przynajmniej chwilowo zamortyzowane, gdy tymczasem USA posiada papiery na dobrą korektę, choć niekoniecznie na krach czy bessę. Jeśli nawet czyhają gdzieś ukryte czarne łabędzie, to i tak dziś ich nie zobaczymy, na tym bowiem polega bowiem filozofia ich istnienia. Szarych łabędzi mamy aż zanadto, póki co jednak zostały one zdominowane przez 2 wspomniane na wstępie wydarzenia o skali finansowej:

Pierwsze z nich: stopy procentowe.

Nie ma dziś znaczenia na ile kolejnych podwyżek zdecyduje się amerykański FED w przyszłym roku. To oczywiście będzie nieustannie wisieć nad wszystkimi giełdami niczym miecz Damoklesa, i choć odwrót cyklu koniunkturalnego jest kwestią nieuniknioną za jakiś czas, to wymaga zmiany więcej ilości czynników niż tylko stopy procentowe. Najpierw na stół swoje karty musi wyłożyć nowy prezydent, co potrwa przynajmniej kilka miesięcy. Można jednak zakładać, że będzie to przynajmniej przyciągać popyt na dolara (carry trades). Z kolei reszta świata dotarła w cięciach już praktycznie niemal do bariery zera lub poniżej, a więc jako narzędzie stymulujące osiągnęły kres. Pytanie co banki centralne chcą w swych interwencjach jeszcze osiągnąć? Z pewnością nie inflację, o której publicznie tyle marzą.

Drugie: wszelkie sposoby podtrzymywania rynku.

Wiemy przynajmniej, że choć zaczyna brakować obligacji, to program skupu aktywów w UE potrwa nadal, podtrzymując nadzieje na podkręcenie (?) koniunktury. Do tego dodajmy luzowanie przeprowadzane przez Londyn.

Prawdziwymi za to potentatami pompowania giełd są Chiny i Japonia. W ręku japońskiego banku centralnego znajduje się już ponad 50% tamtejszych ETF-ów na indeksy! A przy tym jest on jedynym z 10 największych udziałowców w ponad 90%  spółkach objętych Nikkei225. Jakie obawy kryją się za tak ogromnym ingerowaniem w rynek? Chiny natomiast skupują góry akcji za pośrednictwem państwowych funduszy. Żadne z nich nie zamierza poprzestawać. To oczywiście nie jest rozwiązanie problemu tylko jego odroczenie. Kiedyś bowiem te niewyobrażalne pozycje trzeba będzie zamknąć, najlepiej oczywiście na rosnącym a nie spadkowym rynku, choć póki co mówi się jedynie o ich powiększaniu. Jakże świat się zmienił… Jakieś 15-20 lat temu pogłoski o skupie akcji przez bank amerykański (tzw. Plunge Protection Team) należały do teorii spiskowych, dziś robi się to w świecie bez żadnej żenady.

W zasadzie refleksja na temat rynku polskiego nie wymaga wielu słów. Mamy 2 giełdy: jedna radzi sobie doskonale, czyli małe i średnie spółki, gdzie wpływ polityki jest minimalny, a koniunktura gospodarcza znajduje swoje odbicie, i druga, egzemplifikowana przez Wig20, który przyjął na siebie całą siłę uderzenia polityki TKM (czyli Teraz K**** My), nadal nie radząc sobie z wyjściem z bessy, ale mając na to majaczące w oddali widoki. Z bólem używam Wig20 do testów prezentowanych na blogach, tylko dlatego, że jest jedynym, który można w miarę tanio i płynnie odwzorować instrumentami pochodnymi. Ten indeks dobrze oddawał nastroje części społeczeństwa – nie inwestujemy, bo brak tu bezpieczeństwa i przyszłości.

W modach i trendach światowych niewiele zmian. Trwa odpływ środków z aktywnie zarządzanych funduszy inwestycyjnych do ETFów i funduszy indeksowych. Znaczącą rolę ogrywają przy tym amerykańskie wynalazki tzw. robo-advisors, czyli automaty dopasowujące wielkość i rodzaj inwestycji do potrzeb inwestorów. Korzystają z nich coraz częściej również najbogatsi inwestujący, co przełamało pewną barierę oporu i wypycha z rynku doradców z gatunku homo sapiens.

Ciekawe, że do rekomendacji analitycznych wdarł się bitcoin, co również złamało pewną barierę, choć sam ów wirtualny pieniądz musi jeszcze okrzepnąć w swoim bezpieczeństwie transakcji. Forex się konsoliduje, lekko cofając w globalnych obrotach, wstrząsany czasem przez algorytmowe pojedynki, stające się powoli normalnym krajobrazem. Modna przed rokiem strategia „smart beta” nadal bryluje na inwestycyjnych salonach, choć straciła nieco blasku w ogniu dość szerokiej krytyki.

Rok bogaty w wydarzenia społeczne i polityczne, szczególnie w cyberprzestrzeni, ale w jakości inwestowania bez fajerwerków. Doszedł nam nowy bloger, mamy się dobrze i mam nadzieję, że tak będzie przez kolejne 12 miesięcy, a chętni do publikowania swoich wpisów na tych blogach w dziale “gościnnym” nieustannie mile widziani.

W nowym roku życzę wszystkim samych trafnych decyzji i zyskownych transakcji!

—** KAT ** —

[Głosów:8    Średnia:3/5]

2 Komentarzy

  1. Deo Gratias

    samych trafnych? jakoś średnio to możliwe, chyba, że będziemy kupować tylko spółki, w których jesteśmy insiderami, ale to nudne, no i w długim terminie niebezpieczne o czym wiedzą pracownicy enron czy worldcom.

  2. pawel-l

    Trochę irytująca jest ta kampania anty post-prawda. Przecież politycy, pracownicy instytucji finansowych, handlowcy, główne media także nas oszukują lub przynajmniej pokazują świat jednostronnie.
    Trzeba umieć dobierać sobie źródła informacji.
    Ludzie czytają horoskopy, o UFO, kosmitach, o czarach i mnóstwo innych bzdur. Nagle jakieś fejkowe niusy stają się problemem. Boję się, że to kolejny pretekst do zaostrzenia kontroli bo "nasi" już nie wygrywają wyborów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *