Stali czytelnicy naszych blogów mieli już okazję przyzwyczaić się do popularyzowanej przez moją skromną osobę idei emigranta finansowego. Spróbujmy zatem spojrzeć na ekonomiczno-psychologiczne korzenie niechęci do emigracji na rynki zewnętrze, którą w literaturze przedmiotu określa się mianem home bias.

Sama nazwa – home bias – wskazuje, iż część problemu braku emigracji lub chociaż dywersyfikacji inwestycji poprzez zakupów aktywów z rynków zagranicznych lokuje się gdzieś w zbiorze błędów poznawczych, a więc tematów, które w literaturze przedmiotu zawsze prowadzą do pary Kahneman i Tversky oraz nurtu behawioralnego w myśli ekonomicznej. W istocie home bias można wyjaśniać również tylko ekonomicznymi czynnikami, jak np. wyższe koszty czy bariery administracyjne, ale też np. banalnymi zmiennymi, jak brak znajomości języka kraju, w którym chciałoby się szukać swojej szansy, z czym wiąże się również brak dostępu do informacji.

Na szersze omówienie na blogach racjonalnych zmiennych może przyjdzie czas w przyszłości. Dziś skupimy się na zmiennych psychologicznych, które dobrze zostały wylistowane w tekście P. Sercu i R. Vanpee pod tytułem Home Bias In International Portfolios. Czytającym po angielsku polecam oczywiście całość tekstu, ale ostrzegam, iż w głównej części będzie ciekawy raczej dla poszukujących dyskusji na temat międzynarodowej dywersyfikacji portfela niż prostych wskazówek inwestycyjnych. Tekst ma charakter naukowy, a nie poradnikowy. W sumie autorzy skupiają się w nim na klasycznych narzędziach w analizie inwestycji, a zmienne behawioralne są raczej kontrapunktem niż przedmiotem samego badania.

I tak kluczowym błędem poznawczym powstrzymującym inwestorów przed wyjściem z podwórka lokalnego rynku jest przekonanie, iż rynki zagraniczne są generalnie bardziej ryzykowne tylko dlatego, że są… zagraniczne. Badania wskazują, iż znajomość lokalnego rynku przekłada się na poczucie dyskomfortu, gdy przychodzi porzucić krajowy rynek, a może objawiać się również strachem. Przekładając to na praktykę można powiedzieć, iż polski inwestor będzie czuł się źle, kiedy będzie próbował kupić np. 30 spółek z DJIA, gdy pod ręką ma 30 oswojonych spółek z WIG20. Obiektywnie nie da się nawet porównać jakości firm z DJIA z firmami z WIG30, ale strach nie pozwoli porzucić zbudowanej przez lata „strefy komfortu”.

Ten bias wiąże się bezpośrednio z innym, znanym z literatury behawioralnej i omawianej w przeszłości na blogach bossy błędem poznawczym, jakim jest overconfidence. Badania pokazują, iż inwestorzy mają tendencje do przeceniania własnej wiedzy na temat spółek, które są im znane. Perfidia tej pułapki polega miedzy innymi  na tym, iż postrzegamy się jako specjaliści od lokalnego rynku i jako amatorzy od rynków zagranicznych. Prowadzi to do fałszywego przekonania o przewadze nad obcymi inwestorami na rynku lokalnym i przewadze innych nad nami na rynkach zagranicznych. Pochodną jest fałszywe przekonanie, iż umiemy lepiej prognozować rynek znany nad rynkiem nieznanym.

Kolejnym elementem, który wiąże się z powyższymi, jest przesadnie optymistyczne ocenianie spółek lokalnych nad zagranicznymi. Osobiście nie rozumiem, jak można mieć przekonanie, iż KGHM czy PKO może radzić sobie w przyszłości lepiej niż ich odpowiedniki z rynków zagranicznych, ale badania pokazują, iż inwestorzy mają tendencję do popełniania takiego błędu i kupowania raczej lokalnego niż zagranicznego właśnie dlatego, iż lokalne oceniają z większym optymizmem. Dzieje są tak mimo banalnego wydawałoby się przymusu dywersyfikacji, który kazałby zwyczajnie kupić cztery spółki – dwie lokalne i dwie zagraniczne.

W tym momencie docieramy do punktu, w którym wyjaśni się prowokacyjny tytuł naszej notki. W czasach wzdęcia narodowego i powszechnie lansowanego patriotyzmu gospodarczego – dla jasności nie dotyczy to tylko Polski – niektórym może wydawać się to argumentem wątpliwej jakości. Niemniej, badania pokazują, iż np. inwestorzy w Finlandii preferowali inwestycje w spółki, których prezesami byli ludzie mówiący językiem fińskim. Wyjaśnienia można szukać oczywiście w łatwiejszej komunikacji zarządu z inwestorami, ale też w patriotycznym skrzywieniu, na które zarządzający portfelem w zgodzie z regułami sztuki inwestycyjnej powinien być zwyczajnie ślepy.

Kiedy następnym razem będziecie mieli Państwo wątpliwości, co do zasadności wypłynięcia z polskiej przystani na szersze wody pamiętajcie o dwóch rzeczach. Badania wskazują, iż zdywersyfikowany portfel międzynarodowy jest lepszy od zdywersyfikowanego portfela na rynku lokalnym. Wszystko wskazuje na to, że wasze przekonanie o tym, iż znacie lepiej rynek lokalny od zagranicznego kryje w sobie pułapkę nadmiernego zaufania do własnych talentów. W efekcie, to co wydaje się wam bezpieczniejsze jest fundamentem pod porażkę, której chcieliście uniknąć przez trzymanie się – zdawałoby się – lepiej znanego i omijanie nieznanego.

[Głosów:10    Średnia:4.2/5]

5 Komentarzy

  1. pak

    Myślę, że poza biasami są jeszcze całkiem konkretne argumenty przemawiające za rynkiem krajowym przynajmniej dla części zawodników. Jak się codziennie czyta o spółkach i branżach czy też o całej naszej ojczystej ekonomii od kilkunastu lat, chodzi na walne, śledzi co robią poszczególne zarządy czy właściciele spółek to można stawiać o wiele trafniejsze typy na krajowym rynku akcyjnym niż na np. niemieckim jak się nie zna niemieckiego. Dla części inwestorów krajowy rynek jest myślę jednak o wiele bardziej komfortowym / skutecznym środowiskiem do działania niż zagranica.

    1. Jack

      … overconfidence 😉

  2. Wojciech

    Oprócz czynników psychologicznych jestem pewien, że znalazłoby się kilka solidniejszych. Od ręki wymyśliłem dwa:
    a) zmiany kursu walutowego komplikują analizę,
    b) w razie bankructwa domu maklerskiego informacje o posiadaniu polskich akcji są zapisane również w KDPW, w przypadku akcji zagranicznych tracisz wszystko (chyba, że się mylę).

    Pozdrawiam,
    wojtekgie

  3. pak

    No właśnie nieraz zastanawiam się, ale nie sprawdzałem tego do tej pory nigdzie – jak to jest z tytułem właścicielskim do akcji jak sobie Polak kupi akcje na np. NYSE (w sensie kupuje się konkretnie dane akcje spóki jakiejś a nie jakąś strukturę opartą o akcje tej spółki) – i np. pada nasze biuro maklerskie i co wtedy – gdzie jako właściciel mogę iść i czy jak pojadę do ameryki i okażę na NYSE dowód osobisty to czy oddadzą mi moje akcje?

  4. Marcin

    Na pewno home bias jest czymś, co faktycznie występuje. Zapewne przeceniamy informacje, które posiadamy (o krajowych spółkach mamy mnóstwo informacji, tylko że zapewne większość z nich jest bezużyteczna).

    Ale z kolei nie przeceniałbym home bias jako podstawowego czynnika w wyborze takiego, a nie innego rynku (w polskich warunkach). Gdy są instrumenty, Polacy dość chętnie wybierają inwestycje w nie (np. popularność funduszy akcji tureckich była spora). Gorzej, gdy ich nie ma, wtedy w grę wchodzą zupełnie inne czynniki niż home bias, choćby te wymienione w komentarzach powyżej (podatkowe, prawne).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *