NIE czytanie wiadomości finansowych, część 4

W ramach naszej wewnątrzblogowej dyskusji o naturze przetwarzania i jakości informacji rynkowej, pozwolę sobie na próbę konfrontacji z kilkoma przekonaniami w tym temacie.

Zacznijmy od czegoś najprostszego – sensu pozyskiwania informacji. Istnieje pewien paradoks, który świetnie stawia tę kwestię w perspektywie praktyki i teorii rynków finansowych. Nazywa się „Paradoksem Grossmana-Stiglitza” (tak, TEGO Stiglitza).

Wychodzi on z teorii powszechnie akceptowanej wśród naukowców i wielu praktyków finansów – Hipotezy Efektywnego Rynku (HER) – po raz pierwszy zebranej i sformułowanej oficjalnie przez Eugena Famę, za co zresztą dostał Nobla. Otóż zakłada ona w najprostszej postaci, że rynki są na tyle efektywne, iż na bieżąco odzwierciedlają w cenach aktywów wszelkie dostępne informacje, a to powoduje, że nierealne jest w długim terminie uzyskanie zwrotów na inwestycji wyższych niż wynika z rynkowej średniej, przy podjęciu równego do niej ryzyka. Krótko mówiąc: pobicie indeksów jest niemożliwe, bez względu na to jaki rodzaj informacji użyjemy – fundamentalnej, technicznej, poufnej czy jakiejkolwiek innej. Oczywiście praktycy rynkowi i inna część teoretyków oponuje, spór jednak się nie kończy, a o jego (nie)zasadności świadczą wyniki inwestorów, z których znacząca część rzeczywiście nie daje rady zarobić więcej niż oferują indeksy.

Co ciekawe, jedno podobne założenie ma wpisane w swoje paradygmaty Analiza techniczna: cena rynkowa dyskontuje wszystkie informacje; jednak nie dodaje się przy tym, że jest to nieefektywne dyskontowanie, czyli niekoniecznie wszystko na bieżąco odzwierciedla się w kursach. Byłoby to poniekąd bezsensowne, ponieważ zaprzeczałoby sensowi istnienia A.T.  Ceny z przeszłości, które formują trendy i formacje, są również informacją, gdyby miała ona być natychmiast dyskontowana w kursach, na A.T. również nie można by wówczas zarabiać. Praktycy i teoretycy Analizy technicznej nie mogą jednak od dziesiątków lat dojść do konsensusu, bowiem na A.T. zarabiają nieliczni, trudno więc rozstrzygnąć czy jest to pożyteczny czy bezsensowny rodzaj informacji. Łatwo można ich jednak pogodzić: to nie informacja płynąca z samej A.T. stanowi źródło zysków, lecz sposób zarządzania ryzykiem, które z A.T. lub jakąkolwiek inną informacją może nie mieć nic wspólnego (np. decyzje intuicyjne czy instynktowne).

HER jednocześnie dezawuuje też Analizę fundamentalną, lub każdą inną, która opiera się na gromadzeniu wszelkich bieżących informacji ze spółek, z rynku, z gospodarki, z otoczenia, z polityki, czy nawet z kosmosu. Jeśli nie nazywasz się Buffett, tego rodzaju informacje nie pomogą Ci teoretycznie pokonać rynku. Ze swojej strony dodam, że na niekorzyść inwestora działa tu jeden czynnik: zbieranie tych informacji ZAWSZE obarczone jest jedną wadą – NIEPEŁNOŚCI. Nigdy nie uda się dotrzeć do wszystkich informacji, nie każda jest prawdziwa lub nie zmanipulowana, ale zawsze decyzje trzeba podjąć w tych warunkach niedoskonałości dotarcia do wszystkiego. Tym zresztą A.F. różni się od A.T., ta ostatnia zawsze bowiem oferuje PEŁNĄ i OBIEKTYWNĄ informację ukrytą w kursach (cóż, dlatego ją lubię).

No i co dziwne, skoro żadna informacja wg HER nie pomoże w pokonaniu rynku, to nie będzie również pomocą informacja niejawna, poufna, czyli insiding. Co zwykle budzi wątpliwości większości inwestorów. Jednak pozyskiwanie tego typu informacji jest zwykle mało możliwe, nie mówiąc o tym, że grozi sankcjami.

Mając w ręku tę wiedzę, skupmy się na paradoksie w kontekście HER. Skoro kursy na bieżąco dyskontują wszystkie informacje, ich zmiany przypominają losowe błądzenie, a rynku nie da się pokonać w żaden sposób w długim terminie, w takim razie gromadzenie informacji jest BEZCELOWE. Co więcej, jest kosztowne, wymaga bowiem sporo czasu na pozyskiwanie i przetwarzanie oraz niekiedy pieniędzy na dostęp do serwisów, co jeszcze bardziej pogłębia nieopłacalność tego celu. Z drugiej jednak strony, jeśli inwestorzy nie zgromadzą jakichkolwiek informacji, to na podstawie czego będą podejmować sensowne decyzje, kto będzie handlował, kto korygował anomalie, a przede wszystkim jak to się stanie, że rynki staną się wówczas efektywne (a więc trudne do pokonania)?! Na tym polega właśnie cały paradoks. Ani pozyskiwanie informacji, ani zaniechanie tego, nie mają teoretycznie sensu. Inwestorzy jednak gremialnie poszukują i przetwarzają informacje, mimo że w tym świetle jest to w zasadzie nieracjonalne działanie. Jedyną sensowną odpowiedzią w tej sytuacji może być ta, że rynki jednak są w jakiś sposób nieefektywne i poszukiwanie oraz przetwarzanie informacji ma sens by te nieefektywności odkryć i wykorzystać. A istnieć mogą dlatego, że informacje nie rozchodzą się równomiernie szybko wśród inwestorów, a ci ostatni działają przy tym nie zawsze racjonalnie, co składa się w sumie na bazę dla działania ekonomii behawioralnej, stojącej w opozycji do teorii efektywnego rynku. A przy tym istnieją setki wyjątków, tzw. anomalii, które pozwalają w regularny sposób „oszukać” ten system.

Przypomnę jednak, że u źródeł całego omawianego tutaj zagadnienia stała nie kwestia tego, czy poszukiwać, czytać i przyswajać informacje (bo przeciwnicy wspomnianego wyżej paradoksu nie przestaną tego robić, a zwolennicy ruszą do pasywnej indeksacji rynku), ale jak robić to EFEKTYWNIE, a przy okazji też JAKICH informacji szukać i JAK (nie w CNBC?).

W zasadzie wszyscy inwestorzy mają w epoce informatyzacji i globalizacji w miarę szybki i nieograniczony dostęp do potężnych zbiorów informacji, a nadzory dbają o to, by dostęp do tych najcenniejszych umożliwić w miarę sprawiedliwie i powszechnie, a zakłócenia wszelakie obkładają karami i ścigają. Dlaczego jednak studiując wszyscy te same informacje osiągamy w finale tak skrajnie różne wyniki? Na czym polega w istocie owa efektywność?

Odpowiedzi jest wiele, można je jednak ułożyć w pewne zasadnicze grupy:

  1. Inwestorzy osiągający ponadprzeciętne zyski czytają te same informacje co reszta, ale inaczej je INTERPRETUJĄ. Dlatego choćby reakcja na te same dane ekonomiczne powoduje, że część sprzedaje, część w tym samym momencie kupuje, lub nic nie robi. Interpretacja nie jest związana z jakością informacji, lecz z umiejętnościami i wiedzą inwestora.
  2. Innowacje, a więc poszukiwanie informacji tam, gdzie większość jej nie szuka. Tak rodzą się nowe techniki, strategie i metody. Naśladownictwo nie zawsze więc popłaca.
  3. To nie jakość i nie interpretacja są zawsze czynnikiem decydującym. Ostatecznym, a często najważniejszym weryfikatorem jest… zarządzanie ryzykiem, kapitałem i pozycją. Można poprawnie interpretować informacje, ale w końcu i tak stracić, można się mylić, ale wyjść z zyskiem. Właśnie dzięki działaniom na ryzyku. Często zapomina się o tym kole ratunkowym.
  4. Losowość. Dotyczy w zasadzie każdego składnika w ciągu: informacja-decyzja-transakcja-wynik. Mamy nieco wpływu, by losowość ograniczać, ale przede wszystkim musimy ciągle być jej świadomi.

Interpretacja, wymieniona w punkcie 1, to w zasadzie cel efektywnego czytania informacji, po cóż innego mielibyśmy je szukać i analizować. Jak widać nie jest ona jedyną determinantą sukcesu. To właśnie jej będzie dotyczył kolejny wpis.

CDN

—kat—

[Głosów:6    Średnia:4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *