Na pierwszy rzut oka „ja” z 1993 roku powinien być znacznie mniej rozsądny niż dowolna osoba z 2016 roku. Dostęp do informacji, jakiejkolwiek wiedzy o rynku finansowym był niemal zerowy. Zacząłem interesować się rynkiem akcji (inne w Polsce praktycznie wówczas nie istniały) pod wpływem innych – to znaczy w trakcie powszechnej hossy. Miałem niewiele studenckich pieniędzy i niemal wszystkie „zainwestowałem”. W końcu, jak można stracić na inwestycji w akcje. Wszyscy mówili, że się nie da.

Kupiłem blue chipa, przekonany, że taka inwestycja ma sens. To były akcje Elektrimu, kosztowały 1 380 tysięcy złotych. Doszły do 2 800 tys., i wtedy postanowiłem zapisać się na kurs maklerski. Kurs miał się odbyć w marcu 1994 roku. Z bliżej nieznanych powodów, kurs jednak się nie odbył i został przesunięty na maj. Moją długoterminową inwestycję zostawiłem w akcjach. Bo co może się stać. Ostatecznie sprzedałem posiadany pakiecik akcji po 1 310 tys. Na kurs musiałem pożyczyć od przyjaciela. To były horrendalne wówczas kwoty.

W 1995 roku straciłem około 40 procent wszystkich pieniędzy. Traciłem na rynku kontraktów na indeks. Podczas afery 4 lutego 2004 roku aktywowały się dwa moje oczekujące zlecenia. Jedno z nich zamknęło się z dużą stratą. Traciłem na rynku pszenicy na CBOT, nie mając pojęcia, że podczas podawania ważnych danych moje stopy nie mają większego znaczenia. Traciłem na forexie w wyniku mniej lub bardziej głupich decyzji.

Za każdym razem miałem świadomość, że to ja podejmuję decyzję i ja jestem za nie odpowiedzialny. Jak również za ich skutki. Nie przyszło mi do głowy, żeby oskarżać cały świat za to, że mi się nie udało.

Forex od kilku lat zaczął być traktowany jak chłopiec do bicia. Statystyki publikowane przez KNF dotyczące tego, jaki procent uczestników tego rynku traci pieniądze są wałkowane wzdłuż i wszerz. Nikt przy tym nie zadaje sobie trudu, żeby zapytać a jak to wygląda na rynku terminowym, który też jest grą o sumie zerowej. Na rynku akcji trudno takie statystyki uzyskać, ze względu na brak codziennych rozliczeń. Nie sądzę jednak, żebyśmy mieli 80 procent zwycięzców.

To wszystko sprowadza się do tego, że ludzie nie uczą się odpowiedzialności za własne decyzje. Właśnie 10 dni temu zamówiłem plecak w sklepie internetowym. Jak głupek. W innych sklepach był ewidentnie brak tego modelu już od długiego czasu, a tu niemal pełna oferta. Dopiero dziś zacząłem sprawdzać opinie o sklepie (co zwykle robię wcześniej). No cóż. Okazałem się frajerem, ale nie żądam od ustawodawców zakazu prowadzenia sklepów z plecakami, sklepów w internecie, czy w ogóle sklepów.

Słusznie napisał Robert Morawski, że idąc tropem wszelakich testów odpowiedniości i adekwatności, należałoby takie testy przeprowadzać wszystkim podatnikom. Wszak podatki bywają o wiele bardziej skomplikowane niż inwestycje i też mogą mieć dla nas katastrofalne skutki w razie jakiejś pomyłki czy błędnej decyzji.

Im więcej regulacji i straszenia, tym mniej odpowiedzialni będą ludzie i tym bardziej będą szukali przyczyn swoich niepowodzeń nie we własnych decyzjach, tylko na zewnątrz. Edukacja finansowa czy ekonomiczna. Jaka edukacja? Tu brak zwykłej logiki i rozsądku.

[Głosów:14    Średnia:4.1/5]

1 Komentarz

  1. Monika

    Nic dodać, nic ująć. Bardzo dobry wpis. Niestety, populistyczne rządy sprzyjają ludziom, którzy nie chcą ponosić konsekwencji własnych, złych decyzji. Proszę więc śmiało wystąpić o zamknięcie wszystkich sklepów z plecakami. Jeśli zbierze się liczna, jazgotliwa grupa "nabitych w plecaki", to postulat ma duże szanse na realizację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *