Nie wiem, czy jeszcze na rynku ktoś używa nieco zwietrzałej idei, iż miedź posiada doktorat z globalnej ekonomii i dobrze swoją ceną oddaje kondycję globalnej gospodarki. Ostatnie rozejście się cen miedzi i ropy wskazuje jednak, iż dwa ważne rynki zdają się grać zupełnie różne scenariusze odnośnie przyszłości.

Bez wątpienia rynek ropy i zwyżka ceny baryłki do ponad 40 dolarów pozostaje jednym z elementów, który kształtuje nastroje części inwestorów. Przyczyny są złożone i szerokie – od wpływu na inflację, przez pytania o kondycję różnych gospodarek, po banalną kondycję sektora paliwowego, który ma swoje znaczenie dla wielu indeksów. Sumą tych elementów jest pojawiające się przekonanie, iż obserwowany ostatnio wzrost cen ropy może wskazywać, iż w bliskiej przyszłości gospodarce globalnej nie grozi recesja, ale jednak ożywienie, którego częścią będzie również stabilny popyt na surowce. Stąd między innymi tegoroczny wzrost cen ropy o około 12 procent.

Przeciwny scenariusz zdaje się grać rynek miedzi, której cena stale szoruje w rejonie kilkuletnich minimów. Wprawdzie i na tym rynku pojawiły się najpierw stabilizacja, a później również skromne odbicie, ale kontrakt nowojorski zyskał od początku roku ledwie 1 procent, więc żadnego fajerwerku optymizmu nie ma. Miedź zdaje się sygnalizować, iż gospodarkę globalną czeka raczej stagnacja niż postęp na ścieżce skromnego wzrostu, którego częścią będzie równowaga pomiędzy podażą i popytem na najważniejszy metal przemysłowy świata. W skrócie rzecz ujmując miedź nie wierzy w ożywienie, które zdają się wierzyć inwestorzy na rynku ropy.

W istocie, wedle najnowszych MFW prognoz wzrost PKB w skali globu (w 2016 r.) na wynieść około 3,2 procent. Dla wyjaśnienia, wzrost globalnego PKB o 3,2 procent może wydać się rewelacyjny, ale warto pamiętać, iż wartość nie mówi wiele osobom przyzwyczajonym do znacznie niższych odczytów w krajach rozwiniętych. PKB globalny zwykle jest dodatni. Dla porównania w okolicach 2009, którą część komentatorów uznaje za wielki kryzys, globalny PKB zanotował ujemną dynamikę przez ledwie cztery kwartały, więc można było mówić tylko o jednym roku recesji, której centrum były naprawdę głębokie spadki PKB w krajach najbardziej rozwiniętych.

Który z rynków zdaje się mieć zatem rację? Osobiście skłaniam się do idei, iż kolejne kilka kwartałów przyniesie raczej umiarkowany wzrost w największych gospodarkach świata i powrót ożywienia w gospodarkach rozwiniętych, ale żadnych fajerwerków nie będzie. W tej perspektywie patrząc oczekiwałbym zatem cofnięcia na rynku ropy i podejścia na północ ceny miedzi, która czytelnie nie nadążała za zredukowaniem recesyjnych strachów przez rynek ropy. Naprawdę jednak warto zachować sporo dystansu do każdego z tych wskazań.

Pomijając fundamentalną stronę całości obrazu każdego z rynków, klucz do ich cen w przyszłości zdaje się leżeć raczej w sejfach banków centralnych. Zamieszanie na rynku walutowym wywołane globalną modą na wojenki walutowe, tani kredyt, ujemne stopy procentowe i luzowania ilościowe spowodowało, iż coraz trudniej powiedzieć, czy cena ropy czy miedzi wyrażona w konkretnej walucie znaczy dziś to samo, co w połowie poprzedniej dekady, która również zapisała się w historii wydarzeniem spoza modelu – globalną bańką spekulacyjna na rynku surowcowym, której centralnym punktem był wzrost cen ropy do blisko 150 dolarów za baryłkę.

ropa-miedz

(źródło: Stooq.pl)

[Głosów:4    Średnia:4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *