W poprzedniej notce odnotowałem zbliżającą się w rocznicę narodzin polskiego rynku kapitałowego w kontekście globalnych połączeń wielki giełd. Dziś czas na spojrzenie na przyszłość analizy giełdowej.

Między wierszami poprzedniej notki pojawiła się teza, iż GPW może stanąć przed wyborem całkowitej marginalizacji lub sprzedania się jakiejś grupie, a tłem całości była wielokrotnie powtarzana na blogu teza, iż rynek giełdowy w Polsce został w pewnym sensie pogrzebany między innymi działaniami polskiej klasy politycznej. Stali czytelnicy mojego kawałka blogów pamiętają zapewne, iż pisałem kiedyś o wartości rynku kapitałowego dla rozwoju kapitalizmu w kraju, który po 1990 roku musiał budować kapitalizm bez kapitału. Podkreślałem, iż silny rynek kapitałowy jest w interesie państwa i obywateli, a jego marginalizacja raczej wcześniej niż później odbije się na jakości gospodarki.

Mimo czarnej legendy, iż giełdy są tylko kasynami dla dużych chłopców, upublicznienie spółki przez prywatnych właścicieli cywilizuje samą spółkę i kapitalizm. Ceną za dostęp do kapitału – bez którego ludzie z pomysłami nie mogą zrealizować rynkowych strategii – jest masa ograniczeń nakładanych na firmy i zarządy. Firmy, których akcje są notowane na giełdzie, muszą raportować wyniki i wydarzenia ważne dla spółki. Nie mogą ukrywać tego, co może mieć wpływ na kondycję spółki. Zarządy nie mogą oszukiwać klientów i nie mogą oszukiwać wspólników. W skrócie rzecz ujmując muszą dbać również o to, żeby spółka działała w sposób zgodny z prawem.

Częścią tego otwarcia na świat jest również kolizja zarządów i spółek z analitykami giełdowymi, którzy recenzują działania firm. Analiza giełdowa, jak same giełdy, ma swoją czarną legendę. Analitycy nazywani się różnymi skatologicznymi przymiotnikami, a porażki są publicznie wyśmiewane. Nawet na blogach bossy pojawiały się tezy, o przesadnej liczbie analiz. Wszystkim, którzy komentują wypowiedzi i analizy analityków zdaje się, że świat może istnieć bez analityków giełdowych, a rynek poradziłby sobie i bez nich. Dotykamy tu mitu, który już zaczynają zauważać nadzorujący rynki kapitałowe na świecie. Prawda jest taka, iż liczba analityków spada, a wraz z ich spadkiem redukuje się liczba spółek, którymi zainteresowani są inwestorzy.

Jak doniósł francuski dziennik Les Echos (w stylu polskiego Parkietu), we Francji liczba analityków giełdowych spadła z 700 do 550 osób, co szybko przełożyło się na jakość rynku kapitałowego. Pojawił się również znany z polskiego rynku mechanizm, iż akcje spółek – przepraszam za określenie branżowe – które nie miały trwałego lub jakiegokolwiek pokrycia analitycznego, doświadczały spadku płynności i generalnie ich akcje usychały na giełdzie. W pewnym momencie – znów za Les Echos – obecna szefowa MFW, a w 2011 roku minister w rządzie francuskim, musiała sięgnąć po ręczne sterowanie analizami giełdowymi, by spółki małe i średnie miały wspomniane wcześniej pokrycie analityczne.

Les Echos kończy swój tekst optymistyczną tezą, iż analiza rynkowa jest w jakimś okresie przejściowym i właśnie przenosi się do internetu, gdzie już pojawiają agregatory analiz finansowych. Amerykański Airex czy francuskie Alphametry i ResearchPool, to przykłady nowego w analizie giełdowej, które godzą wymogi prawne (MIFID II), ze zmianą technologiczną. Gdzieś jednak gubi się w tym banalny fakt, iż dobra analiza rynkowa zwyczajnie wymaga dobrego analityka, a takim zostaje się po kilku latach terminowania w jakimś dobrym dziale analiz, których zwyczajnie ubywa.

[Głosów:8    Średnia:4.1/5]

3 Komentarzy

  1. Grzegorz Zalewski

    Ja jeszcze dorzucę kwestię zapotrzebowania na jakościowe analizy. Co jeśli od lat tak naprawdę jej nie ma? Albo jest bardzo mały popyt

  2. Adam Stańczak (Post autora)

    Analizy giełdowe zderzyły się z tym samym problemem, co prasa papierowa. Za analizy naprawdę przekrojowe, które pisze się tydzień lub dwa trzeba zapłacić jakoś analitykowi. Kilka zdań w sieci może napisać każdy, ale właśnie te kilka zdań zdominowało przekaz. Stale jednak jakieś wypociny amatora-dziennikarza, nijak się mają do dużego tekstu w FT czy The Economist, za które trzeba płacić. Analogiczne, dobra analiza przygotowana przez dobry dział analiz jest darmowa, gdy już mogli ją przeczytać ci, którzy na jej podstawie działają na rynku. Jednak koszty przygotowania takich analiz muszą się zwracać i rachunek ekonomiczny narzuca ograniczanie liczby analiz. Efektem jest brak analiz dla wielu spółek i spadek płynności akcji. Dalej leci już sprzężeniem zwrotnym i rynek schnie. Nie ma płynności, nie ma popytu na analizy. Co z tego, że spółka jest dobra, jak nie spełnia pierwszego warunku inwestycyjnego – możliwości szybkiego wyjścia.

  3. MB

    Pozwolę sobie zadać pytanie choć nie jest związane z wpisem. GPW podaje udział członków giełdy w obrotach za 2015 r. na poziomie ok. 407 mld zł (akcje i PDA, tr. sesyjne). W statystykach za rok 2015 jest to suma ok. 286 mld zł (akcje i PDA, tr. sesyjne). Z czego wynika różnica?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *