10 mitów giełdowej psychologii

Kiedy słyszymy o mitach na jakiś temat, na myśl przychodzi skojarzenie, że ktoś komuś próbuje dokopać za wybujałe przekonania.

Mity istnieją w każdej dziedzinie wiedzy, nie brakuje ich i w obszarze giełdowych inwestycji. Kiedy nieświadomie działamy w oparciu o nie, skutki finansowe mogą okazać się opłakane. Warto więc poświęcić czas na ich bliższe poznanie, a może i krytyczne przy tym spojrzenie i refleksję.

Problem jednak w tym, że aby je obalić potrzebujemy dowodów, a o te czasem trudno w działalności tak mocno zależnej od losowości i tak przeoranej sprzecznymi teoriami. Już przyznanie Nobla jednocześnie dwóm ekonomistom, których dorobek wzajemnie się w wielu miejscach wyklucza, świadczy o tym jak bardzo giełdowe inwestowanie utraciło stabilną bazę, oddając tym samym pola wierzeniom wyznawców poszczególnych szkół i niekończącym się dysputom. A przecież żeby skutecznie działać potrzebujemy jakichś wyznaczników, reguł i przykładów. Na szczęście istnieje kilka w miarę powszechnie akceptowanych koncepcji, które dają jakąś nadzieję.

Ale czy można spodziewać się ich w psychologii? Przecież ona najpierw musi sama rozprawić się z mitami na własny temat. Cóż, trzeba jednak usilnie owych pozytywnych koncepcji nieustannie poszukiwać. Wszakże wiemy doskonale, że pomocnicza rola psychologii wobec inwestowania jest nieoceniona, bez niej wszelkie plany i strategie walą się w realnym działaniu. W tym sensie najsłabszym ogniwem ponownie pozostaje człowiek ze swoimi niedoskonałościami, które zaczynają dawać o sobie znać wszędzie tam, gdzie kończą się na papierze najdoskonalej nawet rozpisane strategie gry, wymagające jednak konkretnej realizacji.

Poniżej przedstawione mity na temat psychologii dotyczyły oryginalnie tradingu. Ale nie sposób pominąć ich wpływu i na inwestowanie, co znacznie wzbogaca ich znaczenie, wymaga jednak osobnego zaakcentowania. Pociągające w nich jest to, że z powodu tylu kontrowersji w świecie giełdowych finansów, potrafią wzbudzić krytyczne spojrzenie i ożywcze dyskusje, które mam nadzieję pomogą tym samym dotrzeć nam głębiej do filozofii tego, czym wszyscy się na giełdzie paramy.

MIT 1. Traderem trzeba się urodzić.

Mit i nie-mit. Tak jak chyba w każdej innej dziedzinie, ludzie o określonych zdolnościach i charakterze dają sobie radę łatwiej z tradingiem. Jedne z tych cech dziedziczymy, inne wykształcają się z wiekiem pod wpływem środowiska. Niekoniecznie jednak trzeba się z tym urodzić, można się tego nauczyć, najczęściej podczas dość ciężkiej i stresującej pracy nad sobą i nad odnalezieniem swojej przewagi w technice aktywnej gry. Być może to jedynie geniusze tradingu po prostu muszą się nimi urodzić, nie każdy jednak musi być od razu geniuszem by zarabiać.

Większym mitem określiłbym ten, że każdy może być traderem. To znaczy nauczyć pewnie można każdego, ale nie każdy w tym biznesie potem przetrwa, albo w ogóle chciałby nadal działać. Dlatego potrzeba jeszcze zaszczepienia w sobie przede wszystkim pasji. W najczystszej wersji to przeradza się w powołanie, które każdy z nas z wiekiem odnajduje w sobie wobec tego, co chciałby w życiu robić. Ale poza mistrzami i artystami istnieją jeszcze zwykli rzemieślnicy, którzy w przypadku tradingu traktują go jak dodatek do życia, sposób na zarabianie, realizując się w pełni w innych dziedzinach.

Zresztą wrodzoną smykałkę do tradingu trudniej stwierdzić. Z muzyką, sportem czy rysunkiem mamy styczność bardzo wcześnie w życiu i łatwo zwykle odkryć talent czy predyspozycje widząc, jak lekko i imponująco radzi sobie dziecko i jak lgnie do tej czy owej aktywności. Natomiast giełda i pieniądze pojawiają się zwykle w dojrzalszych latach, kiedy człowiek wypróbował się w wielu innych dziedzinach i znalazł sobie ulubione nisze oraz nabrał określonych nawyków, nie zawsze pożytecznych. Nie ma jednak reguły wobec tego, jakiego rodzaju wcześniejsze zainteresowania do tradingu predysponują bardziej. Historia zna artystów, jak muzyków czy tancerzy, którzy okazali się znakomitymi traderami. Za to wcale dobrymi traderami nie okazują się ekonomiści, choć takie skojarzenie być może łatwiej przychodzi do głowy. Z pewnością dobre przełożenie odnajdziemy w przypadku hazardzistów i miłośników innych gier strategicznych, głównie z powodu wielu cech wspólnych związanych z podejściem do ryzyka, myśleniem kreatywnym, znajomością szans i prawdopodobieństw czy opanowaniem. Nie stawiałbym natomiast na to, że łatwo do tradingu można przejść z biznesu, za dużo przykładów przeczących tej zasadzie odnajdziemy w historii. Za potencjalnych zwycięzców uważani są również wojskowi, choć akurat w tym przypadku nie bez powodu łączy się to nie tyle z kreatywnością, co mentalnością: posłuszeństwem, wytrwałością, systematycznością i zdyscyplinowaniem. Z ogromną pewnością badania skazują za to na porażkę wszystkich neurotyków.

Natomiast w tradingu po prostu łatwo się zakochać, co łatwo pomylić z pasją. Tyle, że to może być często miłość bardzo toksyczna, burzliwa, ślepa i krótkotrwała. Urzekają nas zwykle stawki w grze, historie o dużych wygranych, potencjalna „wolność” finansowa, elastyczny czas pracy, podziw otoczenia i wizje tego, co można z zyskami zrobić. I jak to w miłości bywa, czas i intensywność związku pokazują wreszcie, czy wybranka(-ek) okazuje się tą przeznaczoną(ym) nam od urodzenia, czy kosztowną pomyłką.

Jak rozpoznać w sobie naturalnie urodzonego tradera (NUT)? Najpewniejszym wyznacznikiem NUT jest bezwysiłkowy, płynny, a przede wszystkim skuteczny trading, który sprawia radość a nie stres. Prawdopodobnie jego najważniejszym składnikiem jest intuicja, podparta kreatywnością, odpowiednią mentalnością i odpornością. Wszystkie te cechy można jednak w sobie wyrobić nie będąc NUT, co jednak wymaga czasu i wysiłku. Wśród tych, którzy polegli na rynku jest przede wszystkim wielu takich, którzy z wysiłku poznania zasad i poszukania swojej przewagi po prostu zbyt szybko zrezygnowali. Ale są tam i urodzeni traderzy. Skąd? Jak? Z wielu powodów. Choćby dlatego, że nie respektowali zasad zarządzania ryzykiem i wielkością pozycji. Albo poniosło ich ego, zbytnia pewność siebie i przetrenowali. Bądź też umiejętności nie pogłębili wiedzą i pracą.

Poznałem w życiu kilku NUT. Poza wynikami łatwo poznać ich po sposobie wyrażania i dyskutowania o tradingu – lekko, profesjonalnie, przekrojowo. Przynajmniej jeden z trzech bossowych Milionerów forexu jest tego rodzaju traderem, co do dwóch pozostałych nie jestem pewien ponieważ za mało ich znam. Moim zdaniem to jednak nie NUT są najlepszymi mentorami, a to dlatego, że ich zdolności przyszły naturalnie i nie jest prosto zrobić ich wiwisekcję i przekazać. Prawdopodobnie lepszymi mentorami są z tego względu ci artyści nie-NUT. Jeśli spojrzeć na listę Czarodziejów Rynku z książek Schwagera, da się zauważyć, że rzadko który z nich zajmuje się mentoringiem, szkoleniem, pisaniem książek. Swoiste w tym kontekście, ale to jedynie moja luźna hipoteza, proszę nie traktować jej jako twierdzenie.

Dobrą wiadomość mam natomiast dla wszystkich tych, którzy przez trading zostali oszukani czy zawiedzeni, którzy nie czują tej mięty, nie potrafią wykrzesać z siebie tego poświęcenia, lub których finanse generalnie odrzucają. Otóż trading to nie to samo, co inwestowanie. Gdyby poszukać porównań, to trading można by zestawić z pilotowaniem F-16, a inwestowanie po prostu ze zjeżdżaniem z górki na sankach, co potrafi znakomita większość homo sapiens. Inwestowanie zaczyna się bowiem już z całkiem pasywnym kupnem funduszu, pakietu akcji czy instrumentu oddającego średnią rynku (indeksowanie) i zapomnieniem o tym na lata. Nie wymaga to niemal żadnych specjalnych umiejętności, poza matematyką z pierwszej klasy. Do tego z pewnością nie trzeba się specjalnie urodzić, jeśli już to zostać do tego uświadomionym.

Zupełnie już na marginesie dodam, że spodobała mi się filozofia natury inwestowania, określona przez jednego z luminarzy tej branży, którego nazwiska nie potrafię sobie teraz przypomnieć. Stwierdził on mianowicie, że inwestowanie to miano, na które zasługuje działalność związana z aktywnym kreowaniem wartości dodanej, czyli takim wykorzystaniem środków, które coś nowego tworzą. Nie jest tym natomiast to, co robimy na giełdzie. Tam bowiem po prostu pasywnie alokujemy kapitał. Z tego powodu większość „inwestorów” zasługuje na miano ALOKATORÓW, choć pewnie dziwnie to brzmi. W tym sensie samo słowo „inwestor” już nobilituje.

CDN

—kat—

[Głosów:7    Średnia:3.9/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *