Ucieczka od zatracenia, część 9

Obiecałem wyjaśnienie zjawiska nienegatywnego postrzegania strat, które wyglądają gorzej niż to, co oferuje rynek pod postacią średniej.

Dla inwestora/tradera zasadnicze znaczenia powinien mieć absolutny, dodatni wynik działań na giełdzie/forexie, a porównywanie się do wszelkich odnośników (benchmarków) jest uznawane za nieużyteczne, wprowadzające w błąd, prowadzące na manowce. Nie do końca jednak się z tym zgadzam. Oczywiście pogoń za benchmarkiem (i relatywnymi usprawiedliwieniami), jak robią to instytucje, nie może być celem samym w sobie. Istnieją jednak powody, dla których niektóre porównania w przypadku inwestorów indywidualnych są uzasadnione. Ot choćby to, by wynik swoich inwestycji przyrównać do stopy wolnej od ryzyka, która jest niczym innym jak właśnie benchmarkiem. Jeśli nie możemy osiągnąć profitów wyższych niż odsetki z obligacji, to cała zabawa wydaje się z punktu widzenia efektywności, czasu i stresów nie warta zachodu.

Benchmark rynkowy (indeks) jest też najprostszym wskaźnikiem oceny efektywności portfela (a więc wybranej metody) na tle rynku i nie wymyślono jeszcze nic prostszego by go zastąpić. Jeśli proste indeksowanie rynku akcji (kupno derywatu, który naśladuje indeks, lub wszystkich akcji wchodzących w jego skład) przynosi zyski przekraczające zwroty osiągane z aktywnego inwestowania/tradingu, to ponownie trzeba postawić pytanie o sens owego giełdowego działania.

Istnieje pewna właściwość owych porównań, która wymusza nieco głębszy namysł i przyjęcie odpowiedniej perspektywy oczekiwań. Otóż robienie odniesień do benchmarku ma jedynie sens w horyzoncie długoterminowym, a ze stratami trzeba uporać się tu i teraz. Jednak zwykły wniosek „coś robię źle, muszę zmienić metodę” wymaga najpierw sensownych uzasadnień i powodów zanim wszystko się rzuci i wpadnie w depresję.  Szczególnie specyfika rynku akcji, nadal popularnego pomimo forexu, każe prześledzić własne dokonania we właściwym ujęciu i dokonać nie tylko stosownych modyfikacji, ale i wyciągnąć poprawne wnioski.

Jeśli tworzymy portfel akcji, to jego zmiany wartości zawsze będą różne od tych, które dotyczą średniej rynku (czyli indeksów giełdowych). Możemy więc zarabiać więcej lub mniej niż wybrany indeks albo tracić więcej lub mniej niż ów indeks. Odstawanie w tył za indeksem jest często powodem wielu frustracji, podobnie jak obserwowanie tych spółek, których nie posiadamy w portfelu, a które dynamicznie rosną. Szczególnie dotkliwa może być sytuacja w której indeks zyskuje a nasz portfel traci. Poprawny sposób postrzegania tych różnic powinien złagodzić napięcia z tym związane i poprawnie klasyfikować stratę, szczególnie by nie podejmować zbyt pochopnych działań.

Kupno indeksu (lub derywatów na niego, typu np. ETF, CFD czy kontrakty terminowe) upraszcza wiele spraw, przede wszystkim nie tracimy czasu na analizy, wybory, wielokrotne przebudowy, dodatkowe prowizje, ciągłe obserwacje, gromadzenie i przetwarzanie informacji, a przy tym indeks nie zbankrutuje. Tracimy jedynie ekstra zyski, które potencjalnie oferują pojedyncze akcje. Aby ułożyć portfel akcji zwykle inwestorzy wybierają jeden z dwóch rodzajów analizy decyzyjnej, która ma za zadanie zwiększyć szansę zysków przekraczających średnią rynkową:

1/ Wybór obiecujących spółek (ang. stock picking)

Podejście raczej pasywne, mocno związane z Analizą fundamentalną. Sprowadza się do wyboru spółek, które wydają się być tanie w stosunku do ich wartości wewnętrznej lub rokujących szybkie wzrosty z uwagi na posiadanie jakiejś przewagi w branży.

2/ Timing

Podejście aktywne, bardziej związane z Analizą techniczną. Oznacza częste zmiany spółek czy pozycji w nich, zależnie od koniunktury rynkowej i trendów.

Oba podejścia mają uzasadnienie od strony logicznej, pozwalają zdobyć inwestorowi przewagę nad rynkiem (ang. edge), są dobrze udokumentowane. Co więcej – inwestor indywidualny dysponuje ogromną elastycznością w dokonywaniu zmian w portfelu wg obu metod, znacznie większą niż instytucje, nokautując je na tym polu.

Istnieje jednak ograniczenie związane z ilością spółek w portfelu (dywersyfikacją). Zbyt duża ich ilość przestaje dawać korzyści i zmniejsza znacznie dynamikę portfela, de facto upodabniając jego zmiany do zmian samych indeksów, więc przestaje to być racjonalnym podejściem, lepiej kupić indeks. Za wartość graniczną jest uznawane +/- 10 spółek. Siłą rzeczy więc i zgodnie z logiką, taki portfel wybrany z setek dostępnych akcji MUSI się różnić od zmian średnich rynku lub dowolnych indeksów sektorowych.

Nawet jeśli użyjemy strategii rzeczywiście dających przewagę nad rynkiem, nie ma żadnych gwarancji, że wybrany przez nas portfel nie będzie się wlókł daleko za rynkiem. Posiadanie przewagi i powstanie straty (szczególnie liczonej wobec indeksów) NIE POWINNO być jednak powodem rezygnacji, depresji i frustracji w tego typu sytuacjach, to bowiem naturalne zjawisko. Jego wyjaśnienie jest proste i zawiera się w jednym prostym słowie: LOSOWOŚĆ. A więc coś, co rozdaje karty i przeszkadza nawet wówczas, gdy nasza strategia realnie działa i przynosi długoterminowe zyski przewyższające znacznie średnie rynkowe.

Losowość działa w tym przypadku na wielu poziomach, których opis zająłby kilka wpisów. I to ona tłumaczy niższe zyski albo okresowe straty, nie sposób w tej sytuacji winą obarczać błędy decyzyjne, źle przyjęte założenia czy metody. Nie istnieje zresztą strategia, która pozwoli na tyle optymalnie złożyć portfel akcyjny by zawsze zmieniał się lepiej od rynku. Jedynym poprawnym kryterium recenzji naszych działań jest ocena samego procesu decyzyjnego i jego poprawne wykonanie, a nie tylko osąd samych wyników portfela.

Weźmy przykład z Analizy technicznej. Załóżmy, że inwestor kupuje te akcje, na wykresie których powstaje formacja „W”. Przy określonych założeniach odnośnie ryzyka, jej trafność wynosi powiedzmy 70% i średnioroczna zyskowność 20%, czyli więcej niż oferuje rynek w postaci indeksu. Ale kapitał pozwala kupić maksymalnie 10 spółek do portfela. Możliwości tego, że całe grono nie wybranych do portfela spółek będzie rosnąć szybciej, jest cała masa. Jedną z nich może być to, że formacja „W”, która akurat powstała na wybranych spółkach, zalicza się do 30% tych, które okazują się w całym szeregu transakcji nietrafne (trafność 70% oznacza, że pozostałe 30% przyniesie stratę). Czy inwestor popełnił błąd? W żadnym razie! Wykorzystał poprawnie proces, który prowadzi do zyskowności, ale losowość zawsze sprawi, że powstają okresowe obsunięcia bądź opóźnienia w stosunku do całości rynku.

Poprawna percepcja zjawisk rynkowych powoduje, że straty nabierają określonego znaczenia, i nie każda z nich wymaga natychmiastowej interwencji i wizyty u psychologa. To oczywiście nie zmienia nic w samym ich charakterze – strata nadal jest finansowym uszczerbkiem, który wymaga poszukania dróg jego naprawy. Ale w tym celu, i z uwagi na to, że w inwestowaniu mamy do czynienia z procesem, a nie jednorazowym zjawiskiem, istnieje potrzeba, jak pokazuję w ostatnich 3 wpisach, wyciągania prawidłowych powodów i wniosków, odróżniania obsunięć od niedziałających strategii czy też znajdowania właściwej perspektywy oceny straty. A sam sposób percepcji strat i odniesienia się do nich ma przecież również niebagatelny wpływ na negatywne emocje, a więc jedną z największych przeszkód do sukcesu na giełdzie.

—kat—

[Głosów:7    Średnia:3.1/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *