Ucieczka od zatracenia, część 6

Jakiego rodzaju realne działania może podjąć stojący nad zanurzonym w stratach rachunkiem inwestor czy trader?

Rezygnacja zamyka oczywiście w takim momencie straty na dobre. Ma jednak swoje zalety – skraca męki przeżywania rozczarowań, huśtawki emocjonalne, rewolucje organizmu i umysłu, kończy frustracje, stresy i niepewność, pozwala odetchnąć i znaleźć czas na przemyślenia, nabranie dystansu i zrobienie nowych planów, a być może przez to kiedyś “powrócić z rezygnacji”, ale w nowej, lepszej formie.

Odejście na dobre od giełdy na etapie nieświadomej jak i świadomej niekompetencji przekreśla, jak już wspominałem wcześniej, szanse na dojście do rzeczywistych powodów straty i wyciągnięcie właściwych wniosków nie tylko finansowych, ale i życiowych, trauma bowiem może sięgać głęboko w różne inne obszary poczucia własnej wartości. A skuteczne inwestowanie/trading to nic innego jak kompetencja, umiejętność (ang. skill), taka sama jak gra na instrumencie, sport wyczynowy czy operowanie językiem obcym albo programowanie – wymaga poznania i długiej praktyki, a także psychicznego przygotowania. Samo spróbowanie nie jest jeszcze skończonym procesem, nikt nie rodzi się przecież od razu tenisistą czy mistrzem szachowym, nie sposób więc obrażać się na świat za brak sukcesów bez uprzedniej edukacji i pracy nad sobą. Nawet talent bez tego z czasem się wypala.

Rezygnacja chwilowa, czyli przerwa w inwestowaniu – na naukę, zgromadzenie środków, przemyślenie itd. – to świetny sposób na nabranie dystansu i obejrzenie swoich poczynań na chłodno i bez tych emocji, które demolują zwykle logiczne myślenie tam gdzie w grę wchodzą pieniądze, ryzyko i niepewność. Dzieje ludzkości udowadniają, że to zawsze działa kojąco i kreatywnie. Problem w tym, że urażona duma, zdeptane ego i myśl o doznanej stracie, która wypaliła dziurę w majątku, czy też wizja nieco pustej najbliższej przyszłości, nie pozwalają odejść czy przerwać inwestowania w nienajlepszym finansowo momencie. Ale jest w tym jeszcze coś bardziej świdrującego – nadzieja, że karta się odwróci, rynek okaże się łaskawy, los się uśmiechnie, przyjdzie chwila niesamowitego szczęścia – a takiej szansy nie można przecież przegapić stojąc poza rynkiem.

Prozaicznie sytuacja ta wygląda najprościej w tym momencie, gdy rachunek został wyzerowany. Nie będzie dogodniejszej chwili by drastycznie i dosadnie uświadomić sobie, że to za wcześnie, że niemal na pewno nie jest to brak szczęścia, ale brak stosownych i wystarczających kompetencji lub po prostu planu, który zapewnia jakąkolwiek przewagę na rynku. Zdobycie nowych środków samo w sobie nie jest jeszcze gwarancją zysków w przyszłości bez dokonania zmian, na dokonanie jednego „złotego strzału” również nie.

W takich okolicznościach najczęściej do głosu dochodzi impuls zwany z angielska „revenge trading”, czyli chęć szybkiego odegrania się. To najgorszy z możliwych doradców, właściwie opierający się w takiej sytuacji tylko na losowości, szczęśliwym trafie i zjawisku fachowo nazywanym ‘tilt’, czyli jednym słowem na hazardzie- czymś, co na giełdzie nie działa na dłużej, rzadko nawet na krócej. Utrzymuje za to nadal emocje w stanie wzburzenia a umysł odcina od logiki. W znacznej liczbie przypadków kończy się to źle, ponieważ na giełdzie mamy do czynienia z procesem a nie jednorazowym zakładem na czarne lub czerwone.

Nie jestem pewien czy szczęśliwym wzorcem, który tu wcześniej podałem, był jeden z bosiowych Milionerów forexowych, ten który za ostatnie pieniądze zaryzykował po raz ostatni i wygrał. Po części było to wynikiem dobrego timingu – znalezienia się w dobrym czasie na rynku, gdy pojawił się pomyślny trend; po części zadziało wreszcie doświadczenie zdobyte w setkach transakcji wcześniej, a wreszcie przyszło zrozumienie efektu zarządzania ryzykiem. No i przy tym szczęście jako nieodzowny składnik- on sam do dziś zresztą nie do końca wie, czy wygrał to, czy zarobił. Być może to skromność, ale właściwie przejawiana. Taki przypadek jednak to wyjątek, nie reguła i nie trwało to wychodzenie z dołka gwałtownie lecz tygodniami.

Największą gwarancją przejścia do zyskownego inwestowania nie jest jednak losowość i szczęśliwy traf, bo tych lepiej poszukać w kasynie, lecz rzetelne poszukanie dla siebie przewagi na rynku, niekoniecznie na tym, na którym się do tej pory działało. Wszelkie metody kwantyfikowalne (ilościowe, statystyczne, w tym Analiza techniczna) pozwalają to w miarę przystępny i obiektywny sposób zweryfikować na wszelkiego rodzaju dostępnych danych z rynku. Metody bardziej jakościowe, intuicyjne, wymagające doraźnego zestawu połączonej wiedzy, instynktu i przede wszystkim stosownych kompetencji psychologicznych oraz umysłowych inwestora, potrzebują nieco więcej zachodu z potwierdzeniem skuteczności. W obu wypadkach można je najpierw udowodnić sobie w papierowej grze czy na demonstracyjnym symulatorze, ale nie można zapominać, że to jedynie namiastka, erzac prawdziwego handlu, kształcący jednak już powoli pewne nawyki i wyrabiający czucie. Rzeczywista skuteczność wychodzi jedynie w realnej grze, co niestety, jak już wspominałem, sprowadza cały proces do punktu wyjścia, czyli dalszego inwestowania/tradingu za prawdziwe, a nie wirtualne pieniądze, i stratą jako motywującym i pouczającym doświadczeniem.

Należy jednak uzmysłowić sobie, że ponowne zaangażowanie po wcześniejszej stracie nie jest, a przynajmniej nie powinno być w żadnym razie, wejściem do tej samej wody. Trzeba bowiem przejść w międzyczasie okres wychłodzenia emocji, urealnienia oczekiwań i przekonań, nabycia nowej wiedzy, a przede wszystkim znalezienia dla siebie niszy w formie działającej tym razem strategii, lub przynajmniej opartej na realnych, jak najlepiej udokumentowanych przesłankach. Nowe otwarcie zdecydowanie wymagałoby na początku zaangażowania znacznie niższych środków, mniejszych wielkości pozycji (proporcjonalnych do rzeczywistego stanu posiadania), NIE robienia tych samych nieskutecznych działań co poprzednio. Zyski zatroszczą się o siebie wówczas same, trzeba się pogodzić jednak, że odpracowanie strat może potrwać nieco dłużej. Odpowiednie i realne nastawienie psychologiczne to jednak integralna część skutecznego inwestowania, oczekiwanie więc cudów zamiast efektów mozolnej nauki dyskwalifikuje tak samo jak brak przewagi.

Co jeśli rachunek nie jest jeszcze wyzerowany, ale sporo traci? Wszystkie powyższe wskazówki mają tu zastosowanie. Potrzebne byłoby również nowe, świadome otwarcie, za mniejsze pozycje na początek. Stosowanie nieskutecznych do tej pory metod i oparcie nadziei na szczęśliwym trafie statystycznie rzadko się udaje. Nie tylko dlatego, że nie trafiają się okazje, lecz również z powodu nadwyrężonej psychiki, która często włącza tzw. efekt dyspozycji, powodujący zbyt szybkie kasowanie zysków (i zbyt długie zwlekanie z zamknięciem strat).

Co z nowym otwarciem gdy w portfelu znajdują się jakieś nietrafione, mocno ciążące pozycje?

Jeśli to akcje, to szansa na wyjście z dołka jest dość znaczna, choć wymaga czasu, który musi minąć do powrotu kolejnej koniunktury. Nawet akcje śmieciowe mogą dostać drugie życie jak pokazuje to ostatnio przykład Biotonu, choć prawdopodobieństwo jest w tej grupie o wiele niższe niż w spółkach „zdrowych”. Nie ma takiej osoby na świecie, która wie kiedy i jak mocna koniunktura nadejdzie, ale wszyscy profesjonalni inwestorzy mają rację twierdząc, że prędzej czy później ona się pojawi, a wówczas wyniesie poziomy cen na nowe rekordy, tak bowiem działają cykle giełdowe od dziesięcioleci. Jeśli wcześniej przyjdzie z Bliskiego Wschodu koniec świata to i tak nie ma znaczenia co zrobi giełda.

Jeśli pozycje umoczone w stratach dotyczą kontraktów terminowych, forexu czy innych lewarowanych inwestycji, szanse wiarygodnej oceny prawdopodobieństwa wyjścia z dołka są trudne do ustalenia nawet dla zawodowców. Z moich doświadczeń wynika, że traderzy niedoszacowują najczęściej wielkość ruchów rynku przeciwnych do zajętych pozycji, co przy braku stop-lossów skutkuje zbyt szybkim zużyciem wolnych środków, które w przeciwieństwie do akcji są na co dzień odpisywane z rachunku. Nadzieja wprawdzie umiera ostatnia, ale duża śmiertelność rachunków inwestycyjnych, na których nie używa się stopów, mówi sama za siebie. Ewentualne uzupełnianie depozytów może trwać wówczas w nieskończoność i skończyć się totalnym bankructwem, choćby ze względu na koszty finansowania otwartej pozycji (punkty swapowe na forexie). Zamknięcie takiej pozycji dla wielu wydaje się niewyobrażalne, ale prosta rada „zamykać” lub „przetrzymać” zawiera w sobie zbyt dużo indywidualnych kontekstów sytuacji by uogólniać ją dla wszystkich. Istnieje kilka nieco bardziej zaawansowanych scenariuszy jak się z tego wyplątać najmniejszym kosztem, ale to kwestia na inną okazję.

Kolejne podpowiedzi w następnym wpisie

—kat—

[Głosów:8    Średnia:3.5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *