Dynamika PKB (raz jeszcze)

Nasz niedzielny wykres dynamiki amerykańskiego PKB stał się przyczynkiem do poważnej wymiany w komentarzach, po której – jak sądzę – każdy zostanie przy swoim punkcie widzenia, a dla wielu będzie okazją do przemyślenia pewnych kwestii. Rzeczywistość dopisała nowe fakty do wykresu, więc dziś drobna kontynuacja, z nieco inaczej postawionymi akcentami.

Rekapitulując tezę z niedzieli przypomnijmy, iż szacowana dynamika PKB w I kwartale spadła do 0,2 procent i w pewnym sensie wpisała się w schemat znany z bliskiej przeszłości, w którym fazy dynamicznego wzrostu gospodarki przerywają niemal recesyjne zadyszki. Utrudnia to normalizację polityki monetarnej i praktykę inwestycyjną. Opublikowane we wtorek dane o bilansie w handlu zagranicznym w ostatnim miesiącu I kwartału wskazują, iż aktualny szacunek dynamiki PKB może być za wysoki i zostanie jeszcze zredukowany. Oznacza to, iż wspomniany schemat zostanie wypełniony jeszcze lepiej i zwyczajnie dynamika PKB w I kwartale będzie ujemna, jak była ujemna w I kwartałach 2011 i 2014 roku.

Konia z rzędem temu, kto w takim układzie odważy się na tezę, iż Fed może bez zakładu z rzeczywistością podnieść stopy procentowe, gdy dane wzywają do ostrożności. Naprawdę jednak problem jest znacznie banalniejszy. To, co obserwujemy w amerykańskiej gospodarce jest niczym więcej niż owocem, jaki zbiera Fed po latach osłabiania dolara i próbach rozbujania gospodarki kosztem partnerów handlowych. Kwartały bierności głównych partnerów handlowych USA spowodowały, iż osłabienie dolara nie wymusiło na politykach reform i faktycznie zwolniło amerykańskie władze od walki o nowy kształt gospodarki.

Kiedy na scenie pojawiły się inne banki centralne – Bank Japonii już wcześniej, ostatnio Europejski Bank Centralny, a za chwilę Bank Chin – dolar umocnił się właściwie skokowo. Efektem jest wzrost importu do USA przy jednoczesnej zadyszce popytu na rynku wewnętrznym. Okazało się, iż gospodarka, która miała być liderem na globalnej scenie łatwo łapie zadyszkę, a marzenie o normalizacji polityki monetarnej, gdy kilkanaście banków centralnych pośrednio lub bezpośrednio manipuluje siłą własnych walut do dolara – wymieńmy chociażby Szwajcarów, Australijczyków, Szwedów – jest mrzonką.

Uczciwie przyznajmy, iż jeszcze Ben Bernanke ostrzegał amerykańskich polityków, iż działalność Fed nie zastąpi reform i fundament pod trwałe ożywienie trzeba budować na znacznie poważniejszych czynnikach niż wojna walutowa (oczywiście szef Fed nie używał tego określenia). Z obowiązku odnotujmy również, iż dokładnie w taką samą pułapkę wpadają właśnie rządy europejskie, którym słabość euro pozwala odkładać potrzebne reformy, bo w gospodarce właśnie „zaczęło się ruszać”. Nie ma przypadku w tym, iż obecny szef Europejskiego Banku Centralnego wielokrotnie powtarzał, iż luzowanie ilościowe nie jest lekiem na zło, ale wszyscy wiemy, jacy są politycy.

Zadyszka amerykańskiej gospodarki jest dobrym przykładem tego, jak trudne jest wyjście ze polityki zerowych stóp procentowych (ZIRP), gdy inni są w środku tego samego procesu. My  odnotowaliśmy to na blogu wielokrotnie, a ostatni raz jeszcze w końcówce zeszłego roku (W pętli ZIRP). We wtorek głos w tej kwestii zabrał Nouriel Roubini, który w brytyjskim dzienniku The Guardian sugeruje, iż finałem wojen walutowych, jakie rozpętały banki centralne świata i przy bierności polityków w kwestii reform, nie będzie nowe ożywienie gospodarcze w skali globu, ale faza wojen celnych.

[Głosów:12    Średnia:4.7/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *