Moja intuicja czuje się znacznie pobudzona, więc w ramach przerywnika od tradycyjnych tematów pozwolę sobie na kilka weekendowych obserwacji, których wspólny mianownik brzmi:

 

Rynki finansowe wariują

Nie chodzi przy tym o to by straszyć czy narzekać, raczej o przygotowanie sobie dobrych miejsc w spektaklu podobnym do erupcji wulkanu, który zaczyna drżeć, dymić, pohukiwać i emitować wyziewy siarkowe, po czym eksploduje w grande finale. Duże korekty czy krachy giełdowe nie zawsze są od początku spektakularne, dopiero „erupcja informacyjnej magmy” w krytycznym momencie nadaje im pasjonujący charakter, w których koncentruje się całe szaleństwo tłumów. Wtedy dopiero świetnie widać „kto pływał bez majtek”, jak podsumował to kiedyś Buffett, i kto w szafie hodował najokazalszego trupa.

I to nawet nie tradycyjnie USA wydają się w tym momencie najbardziej ekstatycznie podrygującym rynkiem. Choć kilka okoliczności wydaje się być okazale nowatorskich, wskazując, że to i owo wygląda mimo wszystko „tym razem inaczej”, finał będzie jednak prawdopodobnie taki jak zawsze.

Ot choćby kwestia tego, co tak naprawdę wyciska indeksy ku coraz nowszym rekordom. Nie są to bowiem tradycyjnie wykpiwani za naiwność i chytrość inwestorzy detaliczni, agresywnie wykupujący szczytujące akcje. Nieustający dopływ gotówki zapewniają tym razem… same spółki giełdowe. Poświęcałem temu już wpis, więc tylko dla przypomnienia – tani pieniądz skłania korporacje do masowego wykupu własnych akcji (tzw. buybacks), również za tani jak barszcz kredyt. Przez ostatnią dekadę wydano na to 4 biliony dolarów, w tym roku będzie to kolejne, kosmiczne 0,94 biliona USD jak podaje Wall Street Journal. To dziesiątki razy więcej niż wpływy netto do tradycyjnych funduszy i ETFów. Dla spółek wykupujących własne akcje poziomy ceny nie mają specjalnego znaczenia i wygląda na to, że paliwa póki co nie zabraknie. Na tym tle ostrzeżenia prominentnych inwestorów, ekonomistów i finansistów odnośnie przewartościowania rynków wyglądają dość mikro.

Z drugiej strony właśnie skończył się kilkuletni mega-show z wykupem aktywów przez FED, co przynajmniej tam pozwoliło rozruszać gospodarkę. Ten precedens wygląda na zakrojony na dłuższą metę hazard moralny, czyli brak hamulców przed ryzykiem, skoro w każdej chwili można uruchomić drukarki. Ciekawe czy ten sposób wszedł na stałe do repertuaru banku centralnego jako najbardziej skuteczna broń na kryzysy, której pobocznym efektem działania jest dmuchanie baniek? Tzn. czy gdy Ameryka spojrzy w oczy kolejnemu kryzysowi to kolejne biliony dolarów zostaną natychmiast wydane na obronę, i jak długo i ile razy w ten sposób można ratować świat bez żadnych konsekwencji? Mówi się, że nie można drugi raz wejść do tej samej rzeki, ale wygląda na to, że nie dotyczy ów bon-mot rynków finansowych, coraz głośniej bowiem o bańce na rynku samochodów, które są wciskane ludziom bez dochodów (tzw. NINJA). Do tego bańka w kredytach studenckich, a za chwilę, jeśli nie już, bańka akcyjna.

Moim zdaniem najbardziej nieobliczalnie wyglądają dziś Chiny, które nie przeżyły jeszcze tak naprawdę prawdziwego kryzysu gospodarczego, podtrzymywane przez księżycową księgowość, hiper kolosalną gigantomanię inwestycyjną (miasta duchy), wymuszony za każdą cenę eksport i ręczne sterowanie. Trawestując powiedzenie z czasów PRL-u: socjalizm (kapitalistyczny w tym wydaniu) – tak, wypaczenia – również tak! Wprawdzie sam ich rynek wewnętrzny to niesamowity potencjał, ale są granice dla każdej spekulacyjnej bańki w nieruchomościach oraz w akcjach. Nie wiemy jeszcze jak wyglądają za to granice desperacji ratowniczej komunistycznego rządu w razie zawału, z rozrzewnieniem natomiast obserwuję jak miliard (potencjalnie) inwestorów powtarza dokładnie te same błędy, które przerabialiśmy w zachodniej cywilizacji. Co tydzień brokerzy tamtejsi otwierają ponad milion nowych rachunków, a gawiedź urzeczona wzrostami cen traci rozum kupując akcje jak leci. Co ciekawe – bodajże 30% z nich to analfabeci nie tylko inwestycyjni, ale w dosłownym słowa tego znaczeniu. Dla wielu z nich podstawowy rodzaj analizy rynkowej to numerologia, ezoteryka, wróżbiarstwo i temu podobne. Miałem okazję przejrzeć się temu z bliska podczas podróży do Azji i rzeczywiście nie ma w tym żadnej przesady. Tymczasem wskaźniki chińskich spółek technologicznych przekroczyły już kosmiczne wyceny w USA podczas hossy technologicznej 15 lat temu tuż przed krachem. A wykres powiązanego indeksu w bliskim mojemu sercu Hong Kongu wyglądał w tym tygodniu kuriozalnie, tak jak gdyby hossa się właśnie zaczynała a nie zaczynała przejrzewać. To wprawdzie wynik otwarcia tej giełdy dla Chińczyków z interioru i ogromny skok popytu, ale proszę spojrzeć na te imponujące luki i ponad 10% wzrosty w 3 sesje, tylko pogratulować big cohones tamtejszym inwestującym:

FHK

Źródło: bossafx.pl

Napędzany powodzią gotówki ze strony funduszy DAX wygląda na tym tle jak oaza spokojnej, ale metodycznej roboty. I tak dziwne, że ochłodzenie nastrojów trwało aż 2 tygodnie jeśli wziąć pod uwagę 1,5 roczną perspektywę wydatkową Europejskiego Banku Centralnego. Oznak wyczerpania na wykresie indeksu brak, młode pokolenie ma przynajmniej świetną okazję przyjrzeć się na żywo jak powstają hiperbole na kursach giełdowych.

Natomiast o dziwo na indeksach brytyjskich nie widać śladów zaniepokojenia  przełomowymi być może wyborami za miesiąc. Ponoć ich rezultatem ma być dżuma albo cholera czyli wyjście z UE albo pójście drogą Grecji (a więc koniec wyrzeczeń). Ale co innego podpowiadają notowania funta, od którego ucieczka jest od pewnego czasu elegancko widoczna i może potrwać dalej. Szczerze mówiąc największy potencjał widziałbym w notowaniach mojej ulubionej pary GBP/JPY, która jest mocno broniona na poziomie 175, nie zdziwiłbym się gdyby osunęła się kolejne 1000 pips po zejściu poniżej tej granicy.

A propos drugiej strony w owej parze czyli Japonii. Kreatywność rządu premiera Abe w podtrzymaniu rynku nie poczyniła jeszcze wielu szkód w gospodarce, dopiero ją skutecznie nadgryzła. Trudno nie dziwić się kolejnym rekordom indeksu gdy do skupu akcji zapędzono nie tylko rządowe agendy, ale ostatnio również fundusze emerytalne. Słychać już pierwsze zakusy na mityczny rekord wszechczasów, który do tej pory niczym góra Fuji królował dziesiątki lat samotnie nad wykresem, obrazując brak łączności między giełdą a gospodarką realną. Ciekawe ile jeszcze są w stanie Japończycy wydrukować pieniądza na obronę królestwa gdyby cała ta machineria sztucznego podtrzymania rynku zawiodła?

Na koniec nie obędzie się bez EURO. Wielkość krótkich pozycji w kontraktach największych spekulantów w Chicago na giełdzie CME sięgnęła dopiero co monstrualnego rekordu. Być może więc jazda w kierunku 1,00 na parze EUR/USD staje się coraz bardziej realna. Próby odwrócenia trendu spełzły na niczym, tylko powiększyły apetyt na dalsze spadki. Doprawdy jakże pięknym widokiem będzie w przyszłości ruch całej tej rzeszy w odwrotnym kierunku.

Żyjemy naprawdę w ciekawych i pozornie tylko stabilnych czasach. Proszę nie przegapić erupcji tych wulkanów, koncentrując się resztkami woli na podtrzymaniu owego nieśmiałego odbicia na GPW.

—kat—

[Głosów:52    Średnia:4.2/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *