Czwartek przyniósł kolejne ciekawe doniesienie ze świata banków centralnych, w którym Szwedzi przenieśli się ze świata ZIRP do świata NIRP. Na pierwszy rzut oka nie ma w tym niespodzianki. Jeśli jednak spojrzeć na niedawną przeszłość, w której Riksbank chciał prowadzić standardową politykę monetarną, to trudno nie odnieść wrażenia, iż rzeczywistość zaskoczyła ludzi, których można uznać za skrajnie kompetentnych na swoich polach.

Szwedzki Bank Centralny (SNB) jest ciekawym przypadkiem, w którym dobrze obrazują się problemy, z jakimi przyszło mierzyć się bankom centralnym po 2008 roku. W świecie radykalnej walki o płynność Szwedzi skupili się na wysokim zadłużeniu gospodarstw domowych i przez to – głównie za sprawą swojego szefa, Stefana Ingvesa – nie uczestniczyli w globalnym wyścigu o najniższą stopę procentową. Kiedy efekty klasycznej polityki monetarnej w świecie całkiem nieklasycznego kryzysu gospodarczego okazały się zabójcze, SNB porzucił politykę „leaning against the wind”, która każe wyższymi stopami procentowymi zapobiegać kryzysom. Szwedom oberwało się od Paula Krugmana, który nazwał Ingvesa bankierem prowadzącym politykę monetarną na podstawie „przeczuć i sadomonetarystycznych klisz”. Wywołało to całkiem spory odzew w okołorynkowej blogosferze, która po dzisiejszym kroku Szwecji ze świata ZIRP (zero interest-rate policy) do świata NIRP (negative interest-rate policy), zapewne wróci i to z podwójną siłą.

Do Polski nie docierały spory, jakie toczyły się w Szwecji na temat polityki banku centralnego, ale uważnie obserwującym szwedzką koronę nie umknęła decyzja Larsa Svenssona, który będąc w szwedzkim odpowiedniku naszej RPP, złożył dymisję na znak protestu przeciwko polityce Ingvesa. Swoją krytykę polityki monetarnej w Szwecji, opublikował w tekście Why Leaning Against the Wind Is the Wrong Monetary Policy for Sweden i w pewnym sensie stał się symbolem krytyki  owego sadomanetaryzmu. Osobiście nie lubię wchodzić w spory normatywne podlane emocjonalnym językiem, więc nie opowiem się po żadnej ze stron tego zamieszania, ale z ciekawością odnotuję, iż SNB znalazł się w paradoksalnym położeniu. Ingves, który ma gębę skrajnego monetarysty, zapewne odejdzie ze stołka szefa SNB dopiero w 2018 roku i do tego czasu będzie zmuszony prowadzić politykę, w którą – jak można mniemać po wcześniejszych działaniach – nie wierzy, a do której czuje się zmuszony kontekstem, w jakim przyszło mu działać.

Dzisiejsza zapowiedź połączenia negatywnych stóp procentowych z programem luzowania ilościowego i forward guidance może zostać uzupełniona innymi krokami, jak np. skup aktywów sektora prywatnego. To już nie jest monetarne działo małego kalibru. To jest wyciągnięcie broni masowego rażenia, którego żaden z głównych banków centralnych jeszcze nie wprowadził do walki z deflacją i nie włączył się z takim arsenałem do wojen walutowych, jakie toczą się dziś na świecie. Dla ludzi, którzy śledzą błędy w działalności banków centralnych – jedną z ciekawszych była podwyżka stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny w 2010 roku czy też szwajcarski peg – zmiana u Szwedów będzie podręcznikowym przykładem tego, jak trudno jest prowadzić normalną politykę monetarną w zglobalizowanym świecie. Już teraz można założyć, iż polityka SNB będzie równie mocno analizowana w przyszłości, jak błędy Fed w latach trzydziestych XX wieku.

Oczywiście, całość tego zamieszania dotyka fundamentalnego sporu, o antycykliczną i procykliczną politykę banków centralnych i rządów w obecnym kontekście. Ciekawsze jest jednak pytanie, kiedy i czy drogą SNB podążą inni, którym pali się do normalnego świata w ciągle nienormalnym kontekście. Bez wątpienia na analogicznej ścieżce znalazł się już Bank Anglii, który zapowiadał podwyżkę ceny kredytu na jesień 2014 roku, a dziś odsunął termin podniesienia stóp procentowych na 2016 rok. Również Rezerwie Federalnej, z racji strachu przed bańką spekulacyjną i przywiązania części członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku do modelu leaning against the wind, spieszy się do podwyżki stóp procentowych. Ciekawostką dla inwestorów w Polsce jest to, iż w analogicznym schemacie operuje Rada Polityki Pieniężnej, w której jastrzębie skrzydło zdaje się opierać politykę monetarną na przekonaniu, iż otoczenie i kontekst dzisiejszych działań pozostały bez zmian.

[Głosów:4    Średnia:5/5]

3 Komentarzy

  1. ekonom polityczny

    Odnośnie RPP -zawsze mnie ta nasza Rada zadziwiała swym całkowitym oderwaniem od ponadnarodowych realiów i niewrażliwością na sygnały stamtąd płynące. Tak, jakby to złoty był rezerwową walutą świata, a nie jakiś tam dolar.
    Gdyby to nie było tak żałosne, można by się zdrowo pośmiać np. z RPP, straszącej podwyżkami stóp w Polsce w lipcu – sierpniu 2008, ale to w sumie mała frajda kopać leżącego.
    Z tego co wiem, niektórzy nawet wykorzystują RPP jako prognostyka końca trendu, wychodząc z założenia, że to ciało, w zamyśle działające antycyklicznie, tak naprawdę działa cyklicznie, wzmacniając trend na sam jego koniec (tu znowu kłania się np. lato 2008, ale też i np. lata 2001-02 i heroiczny opór RPP przed obniżką stóp).
    A przecież wystarczy, by w składzie RPP był choćby jeden były dealer walutowy z któregoś z banków, jako reprezentant praktyków rynkowych, by problem niewrażliwości na świat zniknął.
    “99 profesoren – Vaterland, Du bist verloren!” – Bismarck.
    (99 profesorów [w rządzie, przyp. mój], Ojczyzno, jesteś zgubiona!)

  2. Adam N.

    Ekonomie polityczny, a po co dealer walutowy w składzie RPP? Rada nie jest zobowiązana do dbania o kurs. Jeżeli już, bardziej na miejscu byłby dealer od płynności.

    1. astanczak (Post autora)

      http://www.ekonomia.rp.pl/artykul/705506,1179482-To-nie-deflacja-jest-zagrozeniem.html?p=1

Odpowiedz na „astanczakAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *