Wywiad z IronManem, część 4

I kontynuujemy rozmowę rozpoczętą w -> tym cyklu. Tym razem o różnych aspektach biznesu giełdowego.

 

kathay: Tyle mówiliśmy o powtarzalności układów cenowych. Tak mi przychodziło wielokrotnie wcześniej do głowy, że do najlepszych wybić i trendów mogą prowadzić zupełnie losowo wyglądające układy na wykresie. Jak to widzisz?

IronMan: Tak, to ciekawe zagadnienie. Eksperymentowałem z tym kiedyś co nieco, ale trafiłem na kilka problemów. Po pierwsze mózg lubi porządek, symetrię, a przede wszystkim to co znane. I domaga się powodów, zależności, jasności powiązań. Nowości i chaos zaburzają jego prawidłową, automatyczną, racjonalną pracę i prowadzą do niepewności, lęków i emocjonalnych zawirowań. Higiena umysłowa to jeden z kluczy do sukcesu. Po drugie, jak sprawdzić wartość takiego podejścia? Być może bezpieczniej w grze papierowej, ale to nie daje gwarancji. Po trzecie, jak określić losowe wejście tak by rzeczywiście było losowe?

Myślę, że co do tego trzeciego to można by pójść na pewien kompromis i przyjąć po prostu, że każdy ruch o dowolnym wyglądzie, ale odbywający się w wąskim zakresie, i z którego rodzi się wybicie, będzie dobrym punktem wyjściowym do gry.

Nie będzie to wówczas losowe, ale sam pomysł uważam, pomimo że wolę swoje sprawdzone metody, za wart uwagi z przynajmniej jednego powodu. Jeśli przywołać Archimedesa i jego „dajcie mi punkt podparcia”, to mamy już w takim razie właśnie wstęp do czegoś takiego. Reszta to kwestia wspomnianej matematyki finansowej i znalezienie rynku o dobrych ruchach post-wybiciowych.

To może ubierzmy pomysł w detale i wykreujmy nowy kierunek w tradingu a potem zarabiajmy na marketingu i materiałach szkoleniowych? Oczywiście nieco żartuję, choć może wcale nie jest to takie bezsensowne. A propos, jak widzisz kwestie nauczania i szkoleń w tym biznesie?

Wiesz, sam wyszedłem z dobrej, mam nadzieję, prop tradingowej szkoły, która nie tylko nauczyła mnie nowego rodzaju myślenia, to przy tym skorygowała moje nieracjonalne być może do końca nawyki. Bo przecież nie byłem świeży w tym biznesie. Edukacja typu coaching albo prop trading to chyba najszybsza i najbardziej optymalna droga dojścia do zyskownego tradingu. O ile oczywiście nie trafisz na wszelkiego rodzaju artystów od kantowania (scam artists). Natomiast jestem jednak drobnym sceptykiem jeśli chodzi o typowe kursy oparte na wykładach czy szkoleniach.

Z jakiego powodu?

Głównie dlatego, że to hurtowe podejście, abstrahujące od indywidualnej wiedzy, kompetencji i charakteru, ale taki ich urok. Choć porządny wykładowca nie odcina pępowiny zaraz po szkoleniu. Nawet jednak wówczas nie pozna twoich pełnych umiejętności, nie skoryguje wszystkich błędów, nie przekaże ducha metody, nie zweryfikuje potencjału wiedzy i przygotowania mentalnego ponieważ ta relacja jest powierzchowna. A ty prostu możesz nie pasować do metody, którą on propaguje i zakleszczysz się na jakiś czas jak ryba na piasku. Chyba, że idziesz na szkolenie nie z intencją doznania olśnienia, ale po poszerzenie swoich horyzontów. Olśnienie przychodzi w zasadzie tylko wówczas, kiedy sam zaangażujesz swój kapitał i dostaniesz raz czy dwa kopa od rynku. Problem w tym, że najczęściej nie potrafisz sam docenić tej lekcji, nie masz bowiem w ręku dobrego miernika postępu. Nie jest nim sam zysk czy strata ponieważ możesz zarobić z zupełnie innych powodów niż wskazała ci analiza i nabywasz w takiej chwili błędnych przekonań. Kroczysz więc drogą prób i błędów, co nie jest złym kierunkiem, pod warunkiem, że zdajesz sobie sprawę z celów, z trudności, próbujesz krytycznie całego spektrum rozwiązań i starasz się nie dać ogłupiać mediom, doradcom, analitykom i sprzedawcom usług.

W Polsce niestety nie mamy zdaje się typowych coachów ani psychologów od tradingu jak w USA. Więc jak żyć?

Nie dysponuję dobrą podpowiedzią, która wskaże właściwą drogę i zadowoli wszystkich. Problem zaczyna się już w tym, że ten biznes nie dorobił się w miarę precyzyjnych praw czy paradygmatów i dowiedzionych hipotez, chociaż obszernie korzysta z aparatu naukowego. Zobacz ile prac i artykułów sugeruje, że klasyczny timing jest niemożliwy czy Analiza techniczna nieskuteczna. Swoistym tego ukoronowaniem był ostatni Nobel dla Shillera i Famy, którzy stoją nawzajem w opozycji do swoich teorii. W takim razie idziemy poniekąd pod prąd uprawiając trading oparty na próbach szukania pojedynczych minitrendów i wielokrotnej zmianie pozycji. I nie sposób nawet zdefiniować poprawnej drogi edukacyjnej tak jak np. w przypadku kogoś kto chce opanować grę na gitarze czy pilotowanie szybowca. Zresztą nie śmiałbym komuś wmawiać, że nawet moje podejście jest słusznym wyborem. Choćby dlatego, że wiele osób nie ma pewnie predyspozycji do tradingu i zamiast marnować zdrowie i pieniądze sensowniej nabyliby portfel złożony z obligacji oraz indeksu giełdowego w postaci np. ETF, długoterminowo lub na zasadzie cyklicznego rebalansowania obu aktywów.

A literatura w takim razie? Przecież wybór jest przebogaty.

Chyba nawet do przesytu. Sporo i ambitnie czytałem będąc w Nowym Jorku, miałem dostęp do bogatej biblioteki, do dziś staram się być na bieżąco z tym co produkuje się przede wszystkim właśnie w USA. Z jednej strony tamto społeczeństwo jest niesamowicie kreatywne, zasobne w niezwykle uzdolnionych profesjonalistów z całego świata, ogromnie zmotywowane, ale z drugiej strony widać ogromny zalew śmieciowych, niewiele wartych produktów, choć wyglądających z pozoru atrakcyjnie. Problem tkwi w niemożliwości udowodnienia skuteczności wielu metod i pomysłów oraz ich wieloznaczności i nieobiektywności. Tak szeroko otwarta furtka daje więc pole do twórczych, w cudzysłowie, interpretacji lub wręcz manipulacji, często za pomocą pokazywania papierowych, hipotetycznych wyników z przeszłości. Na tę przypadłość choruje dowolny rodzaj analizy decyzyjnej, szczególnie właśnie tak popularna Analiza techniczna.

Co więc według ciebie robić? Jak zabrać się do rzeczy z głową nie posiadając osobistego trenera?

Cóż, nie obędzie się chyba bez jakiejś lektury podstawowej, choć nie wiem czym w Polsce teraz rynek wydawniczy dysponuje. Choćby po to by poznać na jakich zasadach giełda i rynki pozagiełdowe typu forex funkcjonują. Ale również po to by się zorientować jakie metody analiz rynku i ryzyka współczesna wiedza inwestycyjna oferuje. Ważne by nie zamykać się i nie inklinować na jednego tylko typu technikę czy ideę. Z jednej bowiem strony poznanie wielu ułatwia samookreślenie swoich predyspozycji i oczekiwań oraz możliwości, z drugiej być może uda się kiedyś połączyć wiele sposobów. Ja zwykle sugeruję by poznać przy tym choćby podstawy statystyki czy rachunku prawdopodobieństwa, które pomogą w zrozumieniu czytanych materiałów, ale również okiełznać później podejmowane decyzje. To wszystko powinno prowadzić do wyodrębnienia własnego pomysłu na trading czy inwestowanie, i naprawdę warto korzystać przy tym z wielu rodzajów analiz. Poznałem tutaj pewnego studenta z Hiszpanii, który próbował bez skutku tradingu na forexie i kontraktach terminowych na wszystko co się dało. Jak głową w mur. Kiedyś trafił na jakiś kurs o opcjach i dla niego był to jak głos z nieba. Do tego momentu trudno nam było się nawzajem zrozumieć choć mówiliśmy tym samym językiem angielskim 🙂

Ale nie wiem czy wiesz, że taka droga edukacji jak sugerujesz to dla wielu pomysł z innej epoki. Dziś ma być tak, że siadasz przed monitorem podłączonym do forexu i w 3 dni masz kosić workami dolary!

No i dlatego rotacja chętnych jest tak błyskawiczna.

Ale bez problemu znajdziesz w internecie pomoce naukowe, które zrobią z ciebie Supermana w kilka transakcji.

Nie wykluczam, że uda się ta sztuka może 0,5% czytających te materiały. To ci, którzy mają to coś w genach i przy tym są sprawni w liczeniu i abstrakcyjnym myśleniu. Ale jak sprawdzisz potem ich taktykę okaże się, że jest wariacją na temat tych poradników, które czytali na wstępie. A poza tym spora część z tych poradników jest niekompletna, zwykle brak tam pomysłów na opanowanie ryzyka i radzenia sobie ze stratami. Mówiąc szczerze, ja również nie mam lepszego pomysłu na ryzyko jak trzymanie go w ryzach i bardzo krótko. Mała strata mniej boli i daje większe pole do popisu przy kierowaniu otwartymi zyskami.

Czyli chcesz powiedzieć, że pozostałe 99,5% to stracone pokolenie?

Niekoniecznie, nie… na pewno nie! Wielu z nich próbuje zacząć ponownie od właściwego końca i wybiera ścieżkę, którą wcześniej ci opisałem. Wtedy dopiero przychodzi moment „ACHA!” ponieważ po kolei odkrywasz powody tego dlaczego wcześniej doszło do sromotnej porażki. Cała reszta uzna giełdę za gambling i oszustwo, nie skalawszy się nawet myślą, że sami siebie właściwie oszukiwali. Albo tego rodzaju myśli upychają głęboko, bo zbyt ranią własne ego. Jest też inne zjawisko: za pomocą „Guitar hero” nie grasz na gitarze tylko to symulujesz, tak samo wygląda to z wszelkimi wygranymi na rachunkach demonstracyjnych. To nie jest nawet kwestia braku umiejętności co zwykłej losowości, o której tyle gadamy.

Jednym słowem wracamy do początku – bez trenera, jak w tenisie, progresu nie ma albo jest bardzo powolny.

To oczywiste, że taki model skraca krzywą nauczania.

Jak według ciebie sprawdzić czy taki ktoś, kto bierze za to niemałe pieniądze, choć pewnie zasłużenie, nie jest jedynie sprzedawcą marzeń bez kwalifikacji?

Raczej nie z powodu wyników, które ci ewentualnie pokaże, choć to kuszące. Nie muszą być wiarygodne. Jest inna metoda. Znajdź i zapytaj o wyniki jego klientów jeśli się uda.

Pytam o to wszystko nie bez powodu. Tak sobie myślę czy sam się tym może zajmujesz?

Aha, o to chodziło… Jednak rozczaruję cię. Nie mam do tego umiejętności, ale też czasu. No chyba, że będziesz moim supervisorem 😉

CDN

—kat—

[Głosów:53    Średnia:3.1/5]

1 Komentarz

  1. Vroo

    Szkoda trochę, że nie przycisnąłeś go trochę w sprawie tych lektur, bo ten protekcjonalny ton trochę wkurza: “Sporo i ambitnie czytałem będąc w Nowym Jorku, miałem dostęp do bogatej biblioteki, do dziś staram się być na bieżąco z tym co produkuje się przede wszystkim właśnie w USA.” + “Cóż, nie obędzie się chyba bez jakiejś lektury podstawowej, choć nie wiem czym w Polsce teraz rynek wydawniczy dysponuje.”

    Może w Londynie tego nie wiedzą, ale Amazon też wysyła książki do Polski, większość tytułów na Kindle też jest dostępna…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *