Nagłośniona przez media historia spółki Cynk – zatrudniającej jednego pracownika, pozbawionej przychodów i pozbawionej aktywów wydmuszki praktycznie nie prowadzącej działalności operacyjnej, której kapitalizacja w okresie kilku tygodni wzrosła z 18 mln USD do 6 mld USD – zwiększyła zainteresowanie inwestorów akcyjnym rynkiem pozagiełdowym i notowanymi na nim spółkami groszowymi i śmieciowymi.
Tak się składa, że amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) zbiera właśnie owoce wielomiesięcznych operacji wymierzonych przeciwko oszustom działającym na amerykańskim rynku spółek groszowych. Szczegóły tych dochodzeń mogą się okazać niezwykle wartościową lekturą dla wszystkich inwestorów zainteresowanych z jakiś powodów tym segmentem rynku. Zwróciłem uwagę na jedną ze spraw prowadzonych przez SEC za sprawą Matta Levine’a, który opisał operację SEC związaną z próbą manipulacją akcjami spółki Amogear.
W wyniku tej operacji SEC oskarżyła pięć osób o dokonanie oszustwa na rynku akcyjnym. Osoby te współpracowały z głównym akcjonariuszem Amogear w projekcie, który można opisać jako klasyczny mechanizm pompuj i rzuć. Główny akcjonariusz Amogear dysponował niemal wszystkimi akcjami Amogear o nieograniczonej zbywalności – zapewnił współpracowników, że będą mieć przeciwko sobie 2 000 akcji (notowanych wtedy po 10 centów). Spółka nie prowadziła działalności operacyjnej – w czasie jednego ze spotkań właściciel Amogear wskazał na stojące w kącie biura tekturowe pudełko i powiedział, że zawiera ono całą spółkę.
Plan był prosty – najpierw za pomocą umówionych transakcji kurs Amogear miał zostać podciągnięty o kilkadziesiąt procent. Tuż po tym rozpocząć się miała medialna ofensywa – skoordynowane działania promocyjne stron internetowych zajmujących się „analizami” spółek śmieciowych. Osoby oskarżone w tej sprawie przez SEC były właścicielami lub kontrolowały kilka takich portali. W ramach działań promocyjnych planowano zwracać uwagę z jednej strony na wzrost kursu Amogear, a z drugiej strony na świetlane perspektywy związane z nowym pomysłem biznesowym spółki.
Po wzbudzeniu zainteresowania inwestorów planowano rzucić w rynek 17 mln akcji by „zgarnąć” około 3,5 mln dolarów. Około 5% z tej kwoty mieli otrzymać oskarżani przez SEC promotorzy i koordynatorzy umówionego handlu akcjami Amogear. W ramach wynagrodzenia mieli otrzymać około 5% z 17 mln akcji, które sami mieli umieścić na rynku – interesujący przykład wynagrodzenia w stylu „zrób to sam”.
Cały pomysł nie wypalił ponieważ właściciel Amogear od początku do końca współpracował z FBI – był nim złapany wcześniej promotor akcji śmieciowych, który zgodził się na współpracę w celu obniżenia swojego wyroku. Tuż po rozpoczęciu skoordynowanej akcji promocyjnej handel akcjami Amogear został zawieszony by żaden z postronnych inwestorów nie poniósł straty.
Matt Levine zwrócił uwagę na pewien fascynujący problem. Po pierwsze, e-maile i inne materiały promocyjne ze wspomnianych wyżej stron zawierały oświadczenie (str. 17), że właściciele strony otrzymają 100 000 dolarów w ramach wynagrodzenia za przeprowadzenie akcji promocyjnej. Tak więc postronni inwestorzy, do których naiwności i chciwości odwoływała się akcja promocyjna zostali poinformowani o tym, że twórca materiałów promocyjnych otrzymał lub otrzyma od kogoś pieniądze za polecanie im akcji tej spółki. Zapewne od kogoś kto jest zainteresowany wzrostem ceny akcji. Zapewne w celu sprzedaży akcji po wyższej cenie. Tego powinni się spodziewać potencjalni inwestorzy.
Po drugie, wymyślony pomysł biznesowy naprawdę nie rzucał na kolana (str.16). Amogear miał się zajmować produkcją sprzętu sportowego dla miłośników sportów walki, w tym MMA. Trzy linie ubrań – do walki, do treningów i do codziennego użytkowania. Żadnych nowoczesnych technologii, żadnego wsparcia celebrytów, żadnego innowacyjnego modelu biznesowego – Amogear miał sprzedawać sportowe ubrania. Jestem przekonany, że większość czytelników bloga w pięc minut napisałaby dużo bardziej fascynujący model biznesowy – jest przecież tyle możliwości: wirtualne waluty, drukowanie 3D, aplikacje mobilne, drony.
Można zaryzykować stwierdzenie, że trochę szkoda, że SEC zdecydowała się przerwać operację zanim poznaliśmy wyniki zaplanowanej akcji pompuj i rzuć. Należy jednak pamiętać, że oskarżeni byli ludźmi, którzy wiedzieli co robią i spodziewali się, że ich akcja osiągnie sukces. Wiele innych akcji pompuj i rzuć – opartych na akcjach promocyjnych zachwalających równie banalne pomysły biznesowe i zawierające oświadczenia o wynagrodzeniach (a nawet oświadczenia, że główny akcjonariusz zamierza sprzedawać akcje spółki) się udaje. Gdyby się nie udawało to nie istniałby cały ten „przemysł” związany z pompuj i rzuć na akcjach śmieciowych.
Matt Levine zadaje więc kluczowe pytanie: kto kupuje te akcje? Czym kieruje się inwestor, który dostaje e-maila o treści „ktoś zapłacił nam sporo pieniędzy by zachwalić ci tę spółkę co będzie szyć sportowe ubrania” i kupuje akcje promowanej spółki? Myślę, że należy zgodzić się z opinią Levine’a, że wielu, być może większość, z tych inwestorów świadomie gra w rzucanie gorącym kartoflem, kupuje akcje bo liczy, że zdąży je odsprzedać jakiemuś frajerowi, który odbierze ten sam e-mail dzień później.
Gdy czytałem historię operacji SEC przypomniała mi się dyskusja o edukacji finansowej i oczekiwania, że edukacja finansowa znacznie utrudni przeprowadzanie oszustw na rynku finansowym. Jestem gorącym zwolennikiem sensownej edukacji finansowej ale nie oczekuję, że rozwiąże ona problem piramid finansowych czy mechanizmów typu pompuj i rzuć. Myślę, że jakaś część postronnych uczestników tych mechanizmów zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Nie rozstrzyga to problemu czy powinni być w jakiś sposób chronieni ale wskazuje, że jeśli ktoś uważa, że powinni być chronieni to powinien zdawać sobie sprawę, że edukacja finansowa nie jest wystarczającym narzędziem.


Dodaj komentarz