Analiza (techniczna) raz jeszcze

Jakiś czas temu, trafiłem na recenzję książki – jednej z klasycznych pozycji dotyczących rynków finansowych, wydanej co prawda blisko dwadzieścia lat temu, ale recenzent – absolwent uczelni ekonomicznej nad nią się z jakichś powodów pochylił. W tejże recenzji (w gruncie rzeczy pozytywnej) pojawiło się takie stwierdzenie:

stare przedruki wykresów i przykłady sprzed 20 lat nie wyglądają zachęcająco, a skomplikowane wzory już dawno zastąpiły programy komputerowe.

Przypomniało mi się to zdanie, przy okazji notki Adama sprzed kilku dni „Rynkowy elementarz” (https://blogi.bossa.pl/2014/06/26/rynkowy-elementarz/). Tu z kolei zdaniem, które zainicjowało proces skojarzeń brzmiało „Naprawdę śledzenie wykresów – dziś coraz łatwiejsze przez narzędzia takie, jak nasz  Pattern Recognizer – i szukanie na ich bazie swojej szansy jest jednym z najlepszych sposobów nauczenia się, jak funkcjonuje rynek.

Pozornie te dwa zdania nie mają ze sobą wiele wspólnego. Ale tylko pozornie. Autor wspomnianej recenzji pisząc, że wzory zostały zastąpione przez programy komputerowe zasilił grono tych wszystkich, którzy nie zastanawiają się nad błędami w formułach, nie zastanawiają się skąd one się wzięły tylko bezmyślnie podąża za „programami komputerowymi” (nie znam go osobiście, więc może krzywdzę, ale to tylko opinia bazująca na tym jednym zdaniu).

Z drugiej strony Adam pisząc o różnego rodzaju oprogramowaniu do analizy technicznej sugeruje, że dzięki temu można nauczyć się funkcjonowania rynku (czy też precyzyjniej, co wynika z całości tekstu – wykorzystywania narzędzi analizy technicznej). A teraz wyobraźmy sobie takiego osobnika, który uważa, że przecież wszystko robią komputery, który zacznie korzystać z Amibrokera, Pattern Recognizera itp. Tak naprawdę bez zrozumienia pewnych podstaw, jego szanse, że czegokolwiek się nauczy będą mizerne. Po prostu będzie przeglądał kolejne wykresy i w zasadzie nawet nie wiedział czego szuka. Ba nie będzie w stanie zweryfikować błędów, czy nielogiczności jakie się pojawiają w różnych formułach.

Pamiętam jak przed wielu laty zastanawialiśmy się wspólnie ze znajomymi, dlaczego wynik RSI w SuperCharts był odmienny od MetaStocka (jeszcze w wersji DOS). Te różnice były niewielkie, a jednak niepokoiło nas to. Zaprzęgliśmy więc arkusz kalkulacyjny, żeby zweryfikować te dane i okazało się, że problem był wynikiem zaokrągleń w MetaStocku. Błahostka. Ale ile takich błahostek jeszcze było?

Pamiętam z innej wersji Metastocka wbudowany system inwestycyjny pod nazwą „Maximum Profit System”. Był to optymalizujący się po każdej aktualizacji bazy danych z wynikami sesji system pokazujący „ile to można by było wycisnąć”. I kilka razy spotkałem graczy, którzy zaczęli stosować ten system. Niektórzy dość szybko zauważali, że sygnały cały czas się przeliczają wstecz. Ale nieliczni – nie bardzo wiedzieli o co chodzi – dlaczego raz był sygnał kupna, a innym razem już nie.

Żeby z sukcesem korzystać z lodówki, nie musimy znać zasady jej działania, ani rozumieć czym jest lewobieżny obieg Lindego. Nie mam jednak przekonania, czy żeby korzystać z analizy technicznej wystarczy tylko „bierne” przyglądanie się wykresom, czy generowanym sygnałom przez czarne skrzynki.

Wielokrotnie w czasie różnego rodzaju spotkań z inwestorami, czy na blogach mówiłem, że nie korzystam praktycznie z żadnych wskaźników analizy technicznej. Tam gdzie był na to czas wyjaśniałem również dlaczego. Przywołam jeszcze fragment tekstu Adama:

Kluczem do bycia wirtuozem były godziny ćwiczeń a nie jakiś talent. Przenosząc to na rynek trudno nie uznać waloru edukacyjnego w śledzeniu wykresów. Analiza techniczna w klasycznym tego słowa znaczeniu wymusza oglądanie zmian cen, szukania przyczyn zmian cen, oddzielania jednostkowych wydarzeń od treści ważnych i wreszcie kieruje w stronę wszystkiego tego, czym żyją również gracze ignorujący wykresy.

Tu nie trzeba specjalnych badań, żeby za prawdziwą uznać sentencję „ćwiczenie czyni mistrza”. I takim ćwiczeniem jest codzienne sprawdzanie wykresów. Z tym, że komputeryzacja sprawiła, że można w ciągu 5 minut „przeklikać” kilkadziesiąt, a może i kilkaset wykresów. Tylko czy na pewno nam coś to daje? Czuję się czasem jak rynkowy dinozaur (przynajmniej jeśli chodzi o nasz rynek). Grę na giełdzie rozpoczynałem rysując wykresy na papierze milimetrowym. W momencie dostępu do pierwszego oprogramowania postanowiłem zrozumieć, na czym polegają wzory wskaźników technicznych (mimo, że przez większość edukacji szkolnej wmawiano mi, że jestem typem humanistycznym, co dość skutecznie zniechęciło mnie na długie lata do matematyki).

Wspólnie z kilkoma osobami siedzieliśmy i próbowaliśmy zrozumieć, jak generowane są sygnały. To były czasy mojej pracy w Gazecie Giełdy PARKIET. Początki bardzo intensywnej edukacji oraz… żmudnej codziennej roboty polegającej na pisaniu „analiz technicznych”. Polegały one na tym, że każdy z nas (trzech) codziennie miał grupę spółek, którą musiał opisać. W 1995 roku spółek było mało, więc owe komentarze były nieco dłuższe. Później zaczęły ewoluować w stronę opisu typu „RSI osiągnął obszar wykupienia, na CCI pojawiła się dywergencja zapowiadająca możliwość wystąpienia korekty itp.” W szczytowym okresie każdy z nas miał pod opieką kilkadziesiąt spółek. Codziennie przez mniej więcej 250 sesji w roku należało opisać bodaj 40 wykresów. Oznacza to, że w ciągu jednego tylko roku 10 000 razy każdy z nas patrzył na wykres spółki i pisał, co robi 3-7 najważniejszych wskaźników. W Parkiecie pracowałem blisko 5 lat.

Oczywiście 10 000 spojrzeń to nie jest 10 000 godzin, ale może to wyjaśnia bardziej dlaczego nie potrzebuję korzystać ze wskaźników. Mniej więcej jestem w stanie sobie wyobrazić ich zachowanie wyłącznie na podstawie „gołego” wykresu. Tego, co obecnie przybrało modną nazwę „price action”.

Wydaje mi się, że w przypadku wielu inwestorów rozpoczynających aktywność na giełdzie brakuje właśnie takiego żmudnego ćwiczenia. Codziennego obejrzenia, opisania i zrozumienia, nawet nie 40 ale choćby 10 wykresów.

 

Od razu też odwołam się do drugiego wpisu, jaki na blogach bossowych pojawił się w ostatnim czasie. Tym razem to tekst Tomka „Ile znaczy jeden dzień” https://blogi.bossa.pl/2014/06/27/ile-znaczy-jeden-dzien/.

Wyjaśnienia jednodniowych zmian, obojętnie jak bardzo zbliżone do prawdy, w niczym nie pomagają długoterminowym inwestorom.

Dokładnie tak. Zastanawianie się co znaczą codzienne ruchy na rynku to absurd. Co nie znaczy, że nie można ich wykorzystywać, tylko po co je próbować wyjaśniać. Często na siłę. Niedaleko mnie na rogu w ostatnim miesiącu stał sprzedawca truskawek, zauważyłem że codziennie wieczorem truskawki miał tańsze o 1-2 zł/kg. Oczywiście mogę się zastanawiać czy to dlatego, że zbliżał się koniec dnia jego sprzedaży, czy może było skorelowane z temperaturą jednak istotniejsze dla mnie było to, że rano były smaczniejsze, niż po całym dniu czekania na chętnego.

Wielu techników tak samo podchodzi do wykresów. Być może ten ostatni tik był pochodną nowej informacji o inflacji, albo o wygranej jakiejś drużyny piłkarskiej – to nie ma znaczenia. Jeśli spełnia moje warunki techniczne to dokonuję transakcji.

Poza codziennymi 40 kilkuzdaniowymi podsumowaniami tego co robią wskaźniki pisałem też regularnie nieco dłuższe komentarze podsumowujące sesję. Dość szybko okazało się, że nie zawsze jest co pisać na temat tego co stało się na rynku. Więc moje „komentarze giełdowe” przerodziły się w felietony, w których pisałem o zachowaniach rynku, wydawanych książkach, czy różnego rodzaju inspiracjach. Wydawało mi się obrażające dla czytelnika, jeśli będę marnował jego czas pisząc, że spadło 30 spółek, a 10 wzrosło, przy czym nie zdarzyło się nic, co wyjaśniałoby ruch indeksu o 0,1 proc. w obojętnie którą stronę. Choć rozumiem, że istnieją i tacy, którzy potrzebują takich informacji i podsumowań, a może ich irytować rozbrykana felietonistyka.

Mnogość narzędzi do analizy technicznej i łatwość ich obsługiwania sprawia, że jest ona bardzo popularna. Ale też nie należy się dziwić, że zerknięcie na wykres czy zapuszczenie automatu nie ma nic wspólnego z żadną analizą, nie tylko techniczną. To trochę tak, jakby nazwać się analitykiem fundamentalnym po przejrzeniu tabeli wygenerowanej przez dedykowany program z listą spółek o najwyższym C/Z, najniższym C/WK i NMWW* = 5.

Na koniec pozwolę sobie przytoczyć za J. Schwagerem dwa cytaty, które zamieścił jako wstęp do rozdziału zatytułowanego „Wielka debata – analiza techniczna kontra fundamentalna” w swojej „Analizie fundamentalnej rynków terminowych”

Ciekawe, że technik, który popełni błąd nigdy nie zraża się do stosowanych przez siebie metod. Można nawet powiedzieć, że podchodzi do nich jeszcze bardziej entuzjastycznie. Jeśli popełnisz gafę pytając, dlaczego jest bez grosza, odpowie ci inteligentnie, że błędy leżą w naturze ludzkiej, nie zaś w wykresach i że wciąż za dużo ich popełnia. Swego czasu niemal zakrztusiłem się podczas obiadu z moim przyjacielem stosującym analizę techniczną, gdy wygłosił taki komentarz. Od tamtego czasu podjąłem decyzję nie spożywania posiłków z technikami. To źle wpływa na trawienie.

Burton G. Malkiel

 

Pewnego wieczoru, podczas wspólnego obiadu z fundamentalistą przypadkiem zrzuciłem nóż ze stołu. Obserwował go, jak spada i w końcu wbija się w jego but. Zapytałem go, dlaczego nie przesunął nogi. Padła odpowiedź „ Czekałem, aż się odbije”.

 Ed Seykota (zadeklarowany technik)

Jak widać minęło ponad 20 lat a wielka debata o sensowności analizy technicznej (i ewentualnej przewadze fundamentalnej) jest w tym samym miejscu.

 

 

*NMWW- niebywale modny właśnie wskaźnik

[Głosów:28    Średnia:4.9/5]

3 Komentarzy

  1. kathay

    Ech, gdyby nie to , że Czytelnicy mają już dość tej naszej filozofii Analizy Technicznej to trochę bym potarmosił niektóre tezy 🙂

  2. GZalewski

    tarmoś…

  3. lesserwisser

    “tarmoś”

    i czochraj …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *