Go West: sześć subiektywnych powodów, dla których powinieneś inwestować na rynkach zagranicznych

Dzisiejsza notka może zostać potraktowana w kategoriach naganiania na usługę biura, więc już na starcie proszę o przyjęcia założenia, iż „audycja zawiera lokowanie produktu” w postaci dostępu do rynków zagranicznych. Osobiście uważam, że oferta DM BOŚ jest już tak szeroka, iż właściwie każdej notce można coś takiego zarzucić, więc nie obrazi mnie jakaś dawka oburzenia w komentarzach, ale wolałbym, żebyśmy zamiast spierać się oczywistości, skupili się na dyskusji o szansach polskiego krasnala na świecie.

Wyjściem jest spostrzeżenie, że bez echa na blogach przeszło zaproszenie reprezentanta DM BOŚ na konferencję Wall Street, gdzie prezentował rynek ETF-ów dla inwestorów indywidualnych. Już sam temat wskazuje, iż jeśli chodzi o rynki zagraniczne, to szeroko rozumiana maklerka ma w Polsce sporo do zrobienia. Paradoks polega na tym, iż na tym polu w ograniczony sposób można liczyć na pomoc lokalnych instytucji, bo – nie oszukujmy się – GPW czy polskie firmy poszukujące kapitału nie mogą być zainteresowane ucieczką graczy z Warszawy. Naprawdę wyprowadzka z GPW czy chociażby zdywersyfikowanie się przez obecność na rynkach zagranicznych jest w interesie samych inwestorów indywidualnych. Rzućmy zatem okiem na kilka subiektywnych argumentów za szukaniem swojej szansy w Nowym Jorku, Frankfurcie czy Londynie.

Jemy żabę

Nie ukrywam, że dla mnie GPW po „reformie” OFE nie będzie już tym samym rynkiem. Różni analitycy i komentatorzy rysują odmienne scenariusze, ale w większości przypadków pojawia się temat spadku płynności i spadku nowych emisji. Generalnie mówiąc spadku premii, jaką miał warszawski parkiet z racji umiejscowienia w centrum systemu II filara emerytalnego przymuszonego do inwestowania na GPW. Limity nałożone na OFE wręcz wymuszały lokalny popyt na akcje oraz stabilizację akcjonariatu, która zmniejszała nerwowość kapitału zaangażowanego na lokalnym rynku. W perspektywie kolejnych lat premia z posiadania OFE może zmienić się w Warszawie w problem z OFE. Oczywiście to skrajny scenariusz i warto mieć na uwadze fakt, iż na świecie nie brakuje rynków, na których nie ma OFE a giełdy radzą sobie lepiej lub gorzej. Inaczej mówiąc ucieczka na rynki zagraniczne jawi się jako doskonałe lekarstwo na dawkę niepewności, jaką zafundowała GPW zmiana w systemie emerytalnym. Można się na żabę obrażać, można ją podziwiać, ale i tak trzeba ją przełknąć, bo na poziomie konsekwencji staje się faktem.

3 miliony emigrantów nie może się mylić

Można spierać się, z jakich powodów polski rynek pracy wypycha z Polski młodych Polaków. Wysokie bezrobocie, agresja aparatu państwowego, niska jakość usług przypisanych państwu czy może zamrożenie lokalnych układów społeczno-politycznych. Jednak nie można mieć wątpliwości, iż część zwyczajnie nie znajduje się w lokalnej rzeczywistości i emigruje w poszukiwaniu lepszych warunków. Emigracja jest trudna rodzinnie, ale tylko żyjący jakiś czas zagranicą wiedzą, jak bardzo poszerza horyzonty i jak bardzo pozwala nabrać dystansu do lokalnych ograniczeń. Paradoksalnie tak samo jest ze ścieżką życiową inwestora indywidualnego. Po latach narzekania na szwagrów, naganiaczy, OFE i kogo tam jeszcze można wypłynąć na morze, gdzie nikt z lokalnego rynku nie może mieć wpływu na Wasze inwestycje. Nie ma takiej instytucji w Polsce, która jest wstanie manipulować ceną Apple czy ustawić na fixingu cenę kontraktu na S&P500. Nawet Władimir Putin ze swoją armią na Krymie nie jest Was wstanie dotknąć, bo wasza (g)lokalizacja przestaje być barierą w globalizacji inwestycji.

Zerwanie z Matrixem

Warto odnotować, iż szukanie swojej szansy na rynkach zagranicznych już nie wiąże się z faktem, że kupuje się jakąś pochodną na pochodną, która istnieje jako produkt wykreowany w postaci cienia realnego świata. Prywatnie nie mam nic przeciwko kontraktom CFD, certyfikatom i całej masie innych produktów tego typu tak długo, jak dokładnie rozumiem ich zasadę działania. Niemniej, rozumiem również argumenty osób, które nie chcą inwestować w coś, co ma luźny związek z realnymi akcjami. Nigdy wcześniej tak łatwo nie można było z domu zostać udziałowcem – lub skromniej – kupić akcji największych spółek na świecie. Próbuję sobie przypomnieć swoje mokre sny o możliwości kupienia akcji spółek technologicznych pod koniec lat 90, kiedy fakturę za serwis Reutera płaciłem wypełniając osiem stron papierów w oddziale PKO jednocześnie wyjaśniając dlaczego przyczyniam się do wypływu walut z kraju. Tamtego świata już nie ma, ale część z nas ciągle nie korzysta z tego, co daje nowy.

Worek z ETF-ami

Świat zwariował na punkcie ETF-ów. Niektórzy twierdzą, iż ETF-y są jednym z największych wynalazków branży finansowej ostatnich dekad i przejdą do historii jako wehikuły, które zmienią świat inwestycyjny nie-do-poznania. Przez lata narzekaliśmy na wątpliwej jakości ETF-y oferowanie na lokalnym rynku i ograniczoną gamę rynków, na jakie można było wyeksponować się z Polski. Dziś problemem jest przejrzenie szerokości oferty. Nie wiem, czy istnieje naprawdę popularny ETF, którego w ofercie nie ma DM BOŚ. (Uwaga lokowanie produktu: z tego co wiem, nikt inny nie oferuje ETF-ów w Polsce, ale mogę się mylić). Osobiście nie byłem zainteresowany egzotycznymi produktami jak lewarowene ETF-y, ale doprawdy dziś nie wychodząc z domu można kupować najlepsze ETF-y świata, w które inwestują największe fundusze emerytalne a najwięksi zawierzają im przyszłość swoją i swoich dzieci. Oczywiście można kupować też dziwactwa, które pewnie nie przeżyją. Nie wiem, czy kiedykolwiek, ktokolwiek w Polsce mógł tak łatwo być częścią mainstreamu globalnych finansów. Osobiście czułbym się grzesznikiem bez zapukania do otwartych już drzwi.

Literatura obca

Większość inwestorów w Polsce jest prowincjuszami. Uczyliśmy się rynku z zagranicznych książek, zagranicznych gazet i zagranicznych serwisów. Większość książek, tekstów popularnych i naukowych bazuje na tym, co wydarzyło się na rynkach niedostępnych Polakom przez lata. Wskaźniki, systemy, obietnice i badania, za które później dostawano Noble, odnosiły się do rynków tam a nie tu. W efekcie zawsze można było mieć poczucie bycia skolonizowanym przez metropolię. Do dziś nie dorobiliśmy się nie tylko polskich pojęć, które tam nabierały mięsa, ale również zjawisk trwale wpisanych w najważniejsze rynki. Nawet dzień trzech wiedźm na GPW ma swoją karykaturalną postać znaną jako godzina cudów, czy godzina koszykarzy. Przesunięcie części aktywności na rynki zagraniczne powoduje, iż VIX przestaje być już abstrakcyjnym wskaźnikiem z luźnym lub zerowym związkiem z własnym doświadczeniem. Takich obcych-zmiennych jest masa i aż prosi się, żeby z nimi się zmierzyć. To zwyczajnie jawi się jako jazda obowiązkowa, bez której trudno myśleć o budowaniu doświadczenia.

Ponieważ istnieją

Oczywiście w swojej masie możemy znaleźć wiele bardziej obiektywnych wezwań do wymarszu na rynki zagraniczne. Daleko nie szukając, potrzebą może być doświadczenie świata, w którym dywidenda jest dywidendą, buy-back prawdziwym buy-backiem a split akcji splitem dającym realną zmianę. Nie wiem jednak, czy można znaleźć bardziej subiektywne wezwanie niż to, które do historii świata motywacji wprowadził George Mallory. Znający historię zdobywania Himalajów wiedzą, iż Mallory zginął w 1924 roku próbując wejść na Everest, więc może nie jest to najlepsza puenta tekstu zachęcającego do gry na rynkach zagranicznych, ale do mnie zawsze przemawiała jego odpowiedź na pytanie po co idzie na Everest – „Ponieważ istnieje”. Wyrównam zatem inną dobrą myślą, Johna Augustusa Shedda, która pasuje do wyprawy za morza – “statek jest bezpieczny w porcie, ale przecież nie po to budujemy statki”.

(I jeszcze podziękowania dla PSB za inspirację w tytule Go West)

[Głosów:40    Średnia:4.1/5]

3 Komentarzy

  1. andres

    Witam,
    Zgadzam się z ogólną tezą, że warto wyjść w inwestycjach poza PL. Właśnie szukam jakiegoś brokera, który mi to umożliwi. Inwestowanie przez Bossa? Drogo – prowizja 0,38%. Tak wiem, że do końca roku jest 0,29%. Taka prowizja zadowoli jedynie kogoś, kto stosuje strategię Buy and Hold. Spójrzcie jakie stawki prowizji oferują amerykańscy brokerzy.

  2. Jac-

    W porównaniu do tego co proponują inne polskie BM to oferta Bossy i tak jest bezkonkurencyjna.
    Dla mnie najlepsza byłaby możliwość otwarcia konta na TradeStation, ale trzeba chyba ze 12 stron formularzy wypełnić, wydrukować, podpisać i wysłać na adres brokera w Stanach. No i potem płacić 99 dol na miesiąc.

  3. kajet

    @andres – proszę bardzo, otwieraj rachunek u amerykańskiego brokera. Nie zapomnij tylko opowiedzieć o tym, jak poszło 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *