Zostałem przekonany, że książki „Flash boys”, która zrobiła dużo szumu w branży, nie można skwitować na naszych blogach jedynie dwoma zdaniami, co udało mi się w niedawnym wpisie.

 

Bestsellery bardzo popularnego, również w Polsce, Michaela Lewisa to niemal reportaże z barwną fabułą gdyż opisują rzeczywiste wydarzenia. Część z nich dzieje się w świecie amerykańskich finansów – giełd, banków, brokerów, funduszy i najczęściej eksploruje techniczne kulisy tego ekosystemu. Nie inaczej ma to miejsce i tym razem, choć czuję obawy, że o ile zostanie ta pozycja przetłumaczona na język polski to nie wywoła nadmiernego oddźwięku, gdyż potencjalne grono odbiorców jest dość wąskie ze względu na dość specyficzny i poniekąd hermetyczny w opisie temat. Osią akcji są bowiem ultrakosmicznie szybkie automaty transakcyjne, które zmieniły wprawdzie krajobraz giełd całego świata, ale ani naszego rynku jeszcze bezpośrednio nie dotknęły, ani trudno nawet znaleźć jakiekolwiek paralele środowiska ich demonicznego działania tu u nas Wisłą. Ponieważ jednak wygenerowały dość gwałtowną debatę w USA a skutki ich działań poniekąd w jakiś sposób możemy kiedyś odczuć więc temat powinien być i u nas zaznaczony. Tym bardziej, że mamy tu na blogach aspiracje by śledzić na bieżąco wszystkie trendy, które przekształcają giełdowy czy szerzej finansowy świat. Książkę więc ściągnąłem na czytnik natychmiast po ukazaniu się i w 2 doby z przyjemnością pochłonąłem w całości.

Lewis uwinął się z tekstem w kilka miesięcy, wplatając weń również kilka publikowanych wcześniej swoich artykułów. Nie jest on bezstronnym obserwatorem lecz wrogiem zbyt liberalnego braku restrykcji wobec algorytmów tradujących. Kiedy książka weszła do sprzedaży przekaz, który poszedł za nią w świat brzmiał „market is rigged!” czyli „rynek jest zmanipulowany!”. Zwolennicy i przeciwnicy robotów transakcyjnych natychmiast zbudowali barykady, nawzajem ostrzeliwując się w mainstreamowych mediach i w internecie pociskami wszelkiego kalibru. Sam Lewis zresztą dał sygnał do wojny kiedy zrobił rajd po mediach zanim jeszcze sama książka została w całości przeczytana przez biorących udział w tym konflikcie słownym.

W zasadzie jednak skłonny byłbym przyznać, że problem ów i tak musiał w końcu znaleźć swoje miejsce i czas gwałtownej erupcji, gdyż ciśnienie rosło od lat w formie pojedynczych, drobnych wylewów, jednak nie na tyle silnych, by wreszcie przebić się do czołówek debat. W tym sensie książka okazała się dobrym wyzwalaczem, a przy okazji źródłem faktów, które zaszokowały sporą część tych graczy, którzy nie zdawali sobie do końca sprawy co rzeczywiście owe niewidzialnie na co dzień roboty czynią z giełdowym i pozagiełdowym obrotem.

Żeby nadać opiniom i dyskusjom właściwą optykę trzeba mieć świadomość, że Lewis w swojej książce sięga tylko do jednego, ale za to mrocznego zakamarka działania maszyn tradingowych. Opisuje on mianowicie tylko mechanizm transakcji opartych niemal wyłącznie na analizie zleceń i ruchu pieniądza na elektronicznych parkietach, który swoją dominującą przewagę nad resztą inwestorów czerpie z szybkiego dostępu do notowań i jeszcze szybszego czasu reakcji na wszelkie zmiany w karnecie. Może więc budzić poczucie oporu, niesprawiedliwości, braku pewności i bezpieczeństwa, czy po prostu oburzenie. Świat algorytmów jest bez wątpienia dużo bogatszy, skoro jednak pojawiła się okazja do pewnych zysków z wykorzystaniem jedynie przewagi szybkości, a przy tym bez protestów nadzoru, co zresztą dość sugestywnie a wręcz czasami bulwersująco opisuje książka, to wykorzystano skwapliwie tego rodzaju możliwość. Dziś, po publikacji, nie tylko nadzór, ale i FBI zajmuje się wyjaśnianiem legalności źródeł owych błyskawicznych zysków.

A największa ich część pochodziła z eksploatacji niewydolnej w pewnym zakresie, specyficznej architektury synchronicznego działania wszystkich giełd w USA. Obecne regulacje amerykańskie wymagają bowiem by każdy inwestor miał dostęp do identycznej i najlepszej przy tym oferty cenowej danej akcji, nawet jeśli jest ona notowana na kilku parkietach jednocześnie. W związku z tym wymyślono specjalny rodzaj meta-kursu, zwanego NBBO czyli National Best Bid and Offer (w tłumaczeniu: narodowy najlepszy kurs kupna i sprzedaży). Desygnowany do zbierania jednoczesnego streamingu kursów z wszystkich giełd w jednym, centralnym miejscu procesor zwany SIP (Securities Information Processor) wypluwa z siebie najwyższą aktualnie cenę kupna i najniższą cenę sprzedaży wszystkich papierów, które z kolei brokerzy muszą przesyłać dalej do wiadomości swoich klientów. Zlecenie kupna lub sprzedaży z ich strony jest potem kierowane do tej giełdy, która najlepszą wartość podała.

I w tym miejscu do gry wkraczają właśnie roboty. Umieszczone w pobliżu serwerów giełdowych by skrócić czas reakcji do tysięcznych części sekundy, nierealny do uzyskania przez człowieka, umożliwiają tzw. „slow market arbitrage” czyli zarobek już na 1 tiku spreadu spowodowany opóźnieniem w przesyłaniu zlecenia od zwykłych inwestorów do giełdy. Szybciej niż w mgnieniu oka kupują akcje na jednej giełdzie by przesłać je z kosmiczną prędkością w miejsce gdzie czeka na nie klient gotów zapłacić cent więcej. Jeden z zarządzających wykonał operację testującą ów manewr. Na tę samą akcję wystawił zlecenie kupna i sprzedaży z różnicą 4 tików, które powinno zostać zrealizowane po kursie zlecenia kupna jego własnymi akcjami, jednak każde zostało zrealizowane z różną ceną, właśnie o owe 4 tiki, co łamie teoretycznie zasady kursu NBBO.

Uprzedzanie zleceń zwykłych inwestorów (front-running) i generowanie fałszywego obrazu aktualnych kursów to tylko część „manipulacyjnych” działań. Inne źródło zysków to prowizje od giełd za wystawianie lub zbieranie zleceń na widełkach, co powodowało odpowiednią „regulację” zleceń reszty klientów przez algorytmy. Nawet prywatne platformy obrotu banków czyli „dark pools” były łowiskami robotów, za wiedzą oczywiście organizatorów owych mini parkietów, ale jednocześnie bez wiedzy ich niekomputerowych klientów. Do tego cała gama nowego rodzaju zleceń (ok. 150), czasem niesamowicie odjechanych w konstrukcji, które faworyzowały w transakcjach roboty. Nie sposób wymienić i opisać całość w jednym, krótkim wpisie.

I wprawdzie drobni inwestorzy nie odczuwają różnicy, to fundusze, często jak się okazało nieświadome procederu, płaciły dzięki temu milionowe, dodatkowe, choć gołym okiem niewidzialne prowizje. Bohater całej akcji, były już trader z kanadyjskiego banku – Brad Katsuyama – dzięki swojemu uporowi, i przy pomocy oddziału zdolnych i nonkonformistycznie nastawionych fachowców od technologii, po kolei odsłania wszystkie zakamarki tego procederu by w finale utworzyć nowy rodzaj platformy obrotu połączonej z wszystkimi giełdami – IEX, zresztą za pomocą pieniędzy pochodzących od manipulowanych dotąd funduszy. Jej zasada działania jest prosta: błyskawiczny dostęp do notowań z wszystkich giełd po łączach wykorzystywanych dotąd przez roboty i wszystkie zlecenia wchodzą dokładnie co do nanosekundy o tym samym czasie niwelując przewagę algorytmów o dużej częstotliwości (do tej pory zlecenie dochodziło do/z giełd z różnym poślizgiem, powodując „znikanie” ofert). To kładzie źródła zysku tego całego algorytmowego biznesu, stąd bardzo duży opór materii, kłody rzucane pod nogi i działania dywersyjne. Jednak IEX przetrwała i rośnie na potęgę. Co jednak nie rozwiązuje wszystkich problemów z katalogu ryzyk związanych z automatami.

Co ciekawe, pomoc w zbudowaniu IEX okazał również Goldman Sachs. Ale tylko dlatego, że ich własny system robotów okazał się niewydolny i przestarzały, przedstawieni zostali więc w tej historii nieco jak „pies ogrodnika”.

Skoro omawiamy temat to pojawia się okazja by zapytać: czy mamy się czego bać w lekko opóźnionej technologicznie Warszawie? W kwestiach poruszanych wyżej raczej nie. Nasz rynek to póki co jedna giełda, nie istnieją również platformy prywatne w stylu tamtejszych „dark pools”, nie ma więc szans na arbitraż powodowany szybkością dostępu. Czy zlecenia inwestorów mogą być uprzedzane? Próbowaliśmy w gronie blogerów wymyślić w jaki sposób, ale nic szczególnie praktycznego nie przychodzi nam do głowy w polskiej rzeczywistości. Jednak akurat w tym temacie wyobraźnia znacznie wyprzedza życie, więc zobaczymy…

-kat—

[Głosów:44    Średnia:4.3/5]

7 Komentarzy

  1. Jac-

    Zacytuję fragment artykułu sprzed 3 lat na ten temat z
    http://www.pb.pl/2494540,58681,hft-niebezpieczna-predkosc

    Amerykańskie giełdy rozsyłają swoje zlecenia przez zbiorczy mechanizm – Consolidated Quote System (CQS). System ten charakteryzuje się określoną przepustowością, w chwili obecnej jest to 1 mln notowań na sekundę (1 tys. notowań na milisekundę) dla wszystkich 12 szerokopasmowych linii przesyłających dane z poszczególnych giełd.

    Jednakże niektórzy gracze są w stanie zalać system olbrzymią ilością zleceń, co powoduje nasycenie CQS i występowanie anomalii, na których można zarabiać. Zatkanie CQS powoduje desynchronizację notowań na poszczególnych giełdach. Notowania, które obserwują gracze mogą być znacznie opóźnione z powodu tworzenia się wielkich zatorów przesyłanych zleceń. Podczas Flash Crasha indeks Dow Jones obliczany przez NYSE znajdował się momentami aż 30 sekund za wydarzeniami giełdowymi. Oznacza to, że gracze korzystający z CQS otrzymywali przedawnione dane.

    Jest też druga strona. Poprzez CQS rozprzestrzeniane jest ok. 95 proc. notowań. Jednakże firmy specjalizujące się w HFT posiadają własne sposoby na omijanie CQS. Przede wszystkim korzystają z tzw. kolokacji oraz konta premium na NYSE. Kolokacja polega na ustawianiu komputerów grających na giełdzie jak najbliżej jej serwerów. Krótsze światłowody łączące giełdę z komputerami HFT dają tym drugim przewagę kilkuset milisekund nad resztą rynku. Do tego dochodzą specjalne produkty oferowane przez NYSE. Jednym z nich jest usługa OpenBook, która pozwala na bezpośredni dostęp do danych giełdy, jeszcze przed ich wysłaniem przez CQS.

    Koniec cytatu

    To chyba bardziej wyjaśnia zasadę manipulowania za pomocą HFT niż książki M. Lewisa…

  2. ekonom polityczny

    Czy Lewis pisze też coś o “algorytmach – drapieżnikach”?
    Bo to kolejny sposób manipulowania przez HFT rynkiem, w skrajnych przypadkach będacy wręcz “pump and dump” w mikroskali.

    Sprawa znana od 6 lat….:
    http://www.themistrading.com/article_files/0000/0524/Toxic_Equity_Trading_on_Wall_Street_–_FINAL_2__12.17.08.pdf

  3. ed

    Inna dobra książka która się nie przebiła: “Dark Pools”.

    Co do tekstu: “specyficznej architektury synchronicznego” – raczej asynchronicznego. Brak synchronizacji wykonywanych zleceń dawał możliwość arbitrażu w skali mili(mikro)sekund.

    Jeśli chodzi o Warszawską giełdę, uważam że jest czego się obawiać, bowiem w momencie w którym powstanie “prosty” świadłowód z Wa-wy do Londonu (o ile już takiego nie ma) problem USA wystąpi w skali Europy.
    Posiadamy już UTP, teraz potrzeba tylko odpowiedniego kabla.

  4. kajet

    Dobre podsumowanie znakomitej książki. Ciekaw jestem, co z HFT w Warszawie – ten pomysł od początku wydawał się humorystyczny.

  5. kathay (Post autora)

    @Jac-
    > To chyba bardziej wyjaśnia zasadę manipulowania za pomocą HFT niż książki M. Lewisa…

    Rozumiem, że czytałeś Lewisa więc możemy porozmawiać rzeczowo. Co powiesz więc na to, że w książce “quote stuffing” w ogóle nie odgrywa żadnej roli z prostego powodu: brokerzy sami sprzedają zlecenia algorytmom, które stały się współczesnymi market makers, i nawet nie mają żadnej potrzeby opóźniania zleceń skoro wszystko dostają na złotej tacy?

  6. kathay (Post autora)

    @ekonom
    > Czy Lewis pisze też coś o „algorytmach – drapieżnikach”?

    well, powiedziałbym, że innego słowa wręcz nie używa 🙂
    Ale trzeba mieć świadomość, że ich łowy dotyczą głównie instytucji i dużych zleceń, które często trzeba rozkładać na raty co już daje niezły asumpt by je przejąć i nakarmić po cenach “z dodatkowym podatkiem”

  7. kathay (Post autora)

    @ed
    > Jeśli chodzi o Warszawską giełdę, uważam że jest czego się obawiać

    Na pewno nie w stylu USA. Tamtejsze manipulacje ułatwia właśnie poszatkowany na wiele giełd rynek, który umożliwia arbitraż. U nas z kolei sporo transakcji robi się w pakietówkach, a to duże zlecenia są najlepszym pokarmem dla algorytmów. Giełdowi poplecznicy twierdzą, że algo już śmigają na GPW , ale chyba kosmicznie szybko bo nikt inny ich nie zauważył…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *