Adam poruszył w ostatnim swoim wpisie sprawę strachów związanych z prywatnością i dostępem do informacji, które kolekcjonują przez nas Wielcy i (ostatnio) Źli – czyli Google oraz Facebook. Kilka wpisów wcześniej Tomek, sygnalizował pojawienie się polskiego tłumaczenia książki „Siła nawyku” Ch. Duhigga. Dobrze się więc stało, bo można połączyć te dwa wpisy. Jednym z bohaterów książki Duhigga, jest (prawdopodobnie) nieznana w Polsce firma Target Corporation – drugo co do wielkości dyskont detaliczny w USA (na pierwszym miejscu jest Wal-Mart).

Tak wygląda kurs tej spółki na giełdzie na tle indeksu SP500 oraz Wal-Mart.

Target Corp na tle Wal Mart

 

Dlaczego ta spółka jest tak ważna w świetle różnych strachów, które mamy w kontekście znanych nam Google oraz Facebook.  Oddajmy głos autorowi:

„W roku 2002, kiedy Andrew Pole dowiedział się, że Target szuka analityków, postanowił spróbować. Wiedział, że jeśli chodzi o zbieranie danych, Target był w zupełnie innej lidze. Każdego roku miliony zakupowiczów wchodziło do jednego z tysiąca stu czterdziestu siedmiu sklepów, dostarczając terabajtów informacji o sobie. Większość z nich nie miała bladego pojęcia, że tak się dzieje. Korzystali ze swoich kart lojalnościowych, wymieniali kupony, które otrzymywali pocztą, albo płacili kartami kredytowymi, nieświadomi, że Target był w stanie połączyć ich zakupy z indywidualnym profilem demograficznym.

Dla statystyka te dane były magicznym oknem, przez które można zaglądać w preferencje klientów.

[…]

Zaskakującym aspektem tych badań było jednak to, że pomimo faktu, iż niemal każdy, robiąc zakupy, kierował się nawykami, to nawyki każdej z osób były odmienne. 

[…]

Nawyki były wyjątkowe dla każdego człowieka.

Target chciał wykorzystać te indywidualne dziwactwa. 

[…]

Firma jest w stanie połączyć ponad połowę wszystkich zakupów dokonywanych w sklepie, niemal wszystkie zakupy dokonywane on-line i około jednej czwartej wizyt na stronach internetowych z konkretnymi osobami.

[…]

Firma jest w stanie połączyć ponad połowę wszystkich zakupów dokonywanych w sklepie, niemal wszystkie zakupy dokonywane on-line i około jednej czwartej wizyt na stronach internetowych z konkretnymi osobami. Anheuser-Busch, U.S. Postal Service, Fidelity Investments, Hewlett-Packard, Bank of America, Capital One i setki innych mają działy „analiz predyktywnych”, których zadanie polega na odkrywaniu preferencji klientów. „Ale Target zawsze był w tym obszarze jednym z najmądrzejszych”, powiedział Eric Siegel, organizator konferencji Predictive Analytics World. „Dane same w sobie nic nie znaczą. Target jest znakomity w wymyślaniu naprawdę dobrych pytań”.”

 

Ten krótki wybór cytatów pokazuje dlaczego uśmiecham się w obliczu modnych medialnie (w Polsce) strachów przed Big Data i tymi korporacjami, które każdy z nas zna.

Jest takie stare powiedzenie, wśród studentów mieszkających w akademikach, że na każdego zauważonego karalucha jest siedem, których nie widzisz. I tak jest wydaje mi się w przypadku właśnie tych wielkich firm. Gdzieś do powszechnej świadomości zaczyna się przebijać, jak to wielcy zaczynają wiedzieć o nas coraz więcej, a tymczasem jest już pozamiatane. Firmy wiedzą już o nas. Co więcej, jestem przekonany, że część z nich jest bardzo zadowolona, że uwaga medialna koncentruje się wyłącznie na tych znanych markach, bo one w spokoju mogą działać sobie dalej.

Polecam ogromnie lekturę „Siły nawyków” – nie tylko ze względu na rozdział o Target Corp, bo jest niesłychanie inspirująca.

Na zakończenie jeszcze jeden fragment z książki:

Podczas ostatniej rozmowy z Andrew Pole’em wspomniałem, że moja żona jest w siódmym miesiącu ciąży z naszym drugim dzieckiem. Pole też ma dzieci, więc przez chwilę o nich rozmawialiśmy. Moja żona i ja czasami robimy zakupy w Targecie i jakiś rok wcześniej daliśmy firmie nasz adres, żeby otrzymywać kupony rabatowe. Niedawno, kiedy ciąża mojej żony była coraz ardziej zaawansowana, zauważyłem delikatny wzrost reklam pieluch, balsamów i dziecięcych ubranek w naszej poczcie.

Powiedziałem mu, że planowałem wykorzystać część tych kuponów w nadchodzący weekend. Myślałem też o zakupie łóżeczka i zasłon do pokoju dziecięcego, i może kilku zabawek z Bobem Budowniczym dla starszego szkraba. To było naprawdę pomocne, że Target przysyłał mi kupony dokładnie na te produkty, które zamierzałem kupić.

„Poczekaj, aż dziecko przyjdzie na świat”, powiedział Pole. „Będziemy ci przysyłać kupony na rzeczy, których pragniesz, zanim w ogóle będziesz wiedział, że chcesz je kupić”.

PS. Od kilku już lat korzystam z serwisu internetowego spółki giełdowej PowerMedia (PWM) do prowadzenia księgowości. Wiedzą wszystko o moich podatkach, przychodach – przynajmniej w tej części, która przez nich przechodzi.

Godzę się na to, bo to dla mnie fantastyczne narzędzie. Proste i skuteczne. Czy mam się bać, że ktoś wie coś o mnie za dużo? Na tym etapie to mój świadomy wybór.

 

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

28 Komentarzy

  1. pit65

    Jest jednak subtelna róznica w celu zbierania informacji o klientach /komercyjna/ o podłożu ekonomicznym i klient internetowy wyklikiwując sie w sklepie chcąc nie chcąc ujawnia swoje preferencje.
    A czymś zgoła odmiennym świadome zbieranie tych informacji przez służby rządowe.Tu już nie ma interakcji klienta z firmą która łączy wspólny deal, ale brutalne włażenie osób trzecich w czyjes “pierdołowate” życie.
    Zadajmy sobie pytanie skoro to są nie znaczące pierdoły to po co to komu.
    Widocznie jest w tym wartość.
    Hak sie zawsze znajdzie w archiwum jak zajdzie potrzeba.
    W sytuacji Patriot Act każdy może trafić za kratki nawet bez sądu, wystarczy ,że tak wskaże statystyczna siatka powiązań nie muszą znac treści informacji nawet i wtedy te wszystkie nic nie znaczące “pierdoły” z życia nabierają znaczenia.

  2. astanczak

    @ GZ & pit65

    Najważniejsza różnica jest taka: po okresie splotu lobby przemysłowo-militarno-rządowego miał nastać okres nowego, gdzie firmy typu Google czy Facebook będą oderwane od Waszyngtonu. Myślicie, że po tym co się stało Obama i Zuckerberg będą chcieli sobie razem debatować bez marynarek, jak fajny prezydent z fajnym CEO? Ludzie już tego nie kupią. Zuckerberg z takiego spotkania wychodzi z łatką szpicla Waszyngtonu a Obama kolejnego polityka, który podlizuje się młodym wyborcom jednocześnie ich oszukując. Mleko się rozlało i wszyscy są pochlapani.

  3. lesserwisser

    “Mleko się rozlało i wszyscy są pochlapani”

    Amen (czyli niech tak się stanie), dzięki Bogu proces chyba proces uświadamiania sobie wszechobecnej inwigilacji chyba zaczął właśnie przyśpieszać.

    I taki kurs trzymać, ahoj. I na pohybel tym s.synom!

  4. _dorota

    Rzecz (ze szpiegowaniem rządowym) jest dużo bardziej złożona niż prosta konstatacja: szpiegują nas s.syny. Mamy sytuację pełnowymiarowej cyberwojny na wielu frontach i agencje rządowe nie mogą być bezczynne.

    Myślę, że problem tkwi raczej w gówniarskiej mentalności społeczeństw Zachodu, które żądają bezpieczeństwa (także np od terroryzmu), ale jednocześnie żądają, żeby było osiągane bez zbierania danych. To jest sposób myślenia nastolatka, który chce jednocześnie być bezpieczny i całkowicie nieskrępowany kontrolą.

    Społeczeństwo chińskie nie ma obiekcji co do zakresu zbierania danych, dlatego aferki z kolejnymi “panami przeciekami” są możliwe tylko w Stanach i innych krajach demokratycznych. W ten sposób cywilizacja oddaje kolejne pole zamordyzmowi, tym razem pod pretekstem obrony przed inwigilowaniem.

    1. astanczak

      http://www.bloomberg.com/news/2013-06-14/u-s-agencies-said-to-swap-data-with-thousands-of-firms.html

  5. GZalewski

    @pit65 & astanczak
    Wlasnie chcialem to napisac, ze nie wierze, ze firmy nie są “zmuszane” do wymiany informacji.

  6. brysio

    @_dorota
    Owszem tyle że w tej sytuacji krytykowanie np. Chin za kontrolę internetu i szpiegostwo sieciowe zaczyna już nawet nie pachnieć ale wręcz cuchnąć hipokryzją.

  7. astanczak

    @ GZ

    Z uporem będę trzymał się punktu widzenia, że Wielki Brat wyjdzie z tego obronną ręką i reflektor przesunie się na firmy:

    http://www.economist.com/blogs/democracyinamerica/2013/06/surveillance-0

    Cytat z tego tekstu o pięknym tytule “Should the government know less than Google?”: The problem isn’t so much that we haven’t set up a legal architecture to preserve our online privacy from the government; it’s that we haven’t set up a legal architecture to preserve our online privacy from anyone at all. If we don’t have laws and regulations that create meaningful zones of online privacy from corporations, the attempt to create online privacy from the government will be an absurdity.

  8. blackswan

    “If we don’t have laws and regulations that create meaningful zones of online privacy from corporations, the attempt to create online privacy from the government will be an absurdity.”

    Ciekawa jest ta negatywna definicja prywatności (“privacy from”). Przyjmując takie podejście, możemy przecież mówić o: privacy from media, from neighbors, from government, from Big Pharma, Big Money etc. (from Big Data), Google, Yahoo, etc. (from Meta Data) itd. itp.

    Zbyt dużo komplikacji przy takim definiowaniu prywatności. Definicja powinna być prosta, aby mogło być zrozumienie i porozumienie. Największy wspólny dzielnik z jednej strony czy meta-zasada z drugiej? Wpisanie prawa do prywatności do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka? Jakieś pomysły?

  9. _dorota

    http://wyborcza.pl/1,76842,7751772,Targowisko_prywatnosci.html?as=1

    @ brysio
    Tak, to jest hipokryzja, ale trzeba też zauważyć, że taka dyskusja (i tacy Snowdonowie) w Chinach nie zdarzą się w przewidywalnej przyszłości, a może nigdy. Wtedy słowo “hipokryzja” staje się jakby mniej adekwatne.

  10. astanczak

    @ blackswan

    > Jakieś pomysły?

    Zawsze działało w takich sytuacjach najprostsze rozwiązanie – złamanie monopolu. Powiedzmy szczerze – Google, FB czy MS dlatego są groźne i atrakcyjne dla rządów, bo są w pewnym sensie monopolistami. Gdyby miały po 20 procent udziału w rynku, to ich wiedza o ludziach miałaby wartość próby statystycznej a nie konkretu.

    Na szybko – zakaz kierowanej reklamy do konkretnej osoby rozwiązuje problem. Google nawet ucieszyłoby się z tego, bo budżety musiałby być wtedy większe.

    Prostszym rozwiązaniem jest potraktowanie sieci, jako dobra uniwersalnego i zbudowanie wyszukiwarki pod auspicjami np. fundacji, która nie gromadziłaby informacji o wyszukujących.

    Kolejne rozwiązanie to wyszukiwarka wbudowana w maszynę odbiorcy, która uczy się z odbiorcą rankując strony na bazie tego, co wyszukiwaliśmy wcześniej. Tu widzę najszybszy sposób – zwyczajnie pojawi się jakiś soft, który na zasadzie otwartego kodu będzie kontrolowany przez społeczność sieciową i będzie korzystał z rozproszonych baz danych o sieci, jako takiej.

  11. brysio

    @_dorota
    Paradoks polega na tym że w Chianch żaden Snowden nie jest potrzebny. Władze ingerują tam w internet jawnie łącznie z blokowaniem haseł w największej wyszukiwarce, więc nie ma tam czego demaskować.

  12. Ekonom polityczny

    Odkąd zacząłem czytać Philipa K. Dick’a (a było to już solidne lata temu) jakoś pozbyłem się złudzeń co do tego, że żyjąc w obrębie cywilizacji technicznej uda mi się zachować prywatność w takim stopniu, w jakim tego bym chciał.
    Od dość dawna uważam, że mogę jej strzec jedynie w zakresie, w jakim mi pozwolono to robić i że pole tego pozwolenia jest systematycznie zawężane. A czy mi to przeszkadza? Trochę tak (coraz mniej), trochę nie (coraz bardziej). Gdy nie możesz czegoś zmienić, musisz się z tym pogodzić. Alternatywa jest stosunkowo prosta – wyrzuć całą elektronikę i leć do amazońskiej dżungli albo do buszmeńskich plemion. Jesteś na to gotowy, by aż do tego stopnia bronić swej prywatności?
    Jeśli nie, to pogódź się z plakatami reklamowymi na ścianach, krzyczącymi tylko do Ciebie to, o czym właśnie niedawno zacząłeś myśleć jako o interesującym Cię celu zakupów (fantastyczna scena z filmu “Raport mniejszości”!)One i tak przyjdą, a swoimi protestami nawet nie opóźnisz ich nadejścia o minutę – zbyt wiele pieniędzy idzie teraz w kreację tego typu mediów reklamowych.

    Tu spoczywa Śp. Prywatność. Była kiedyś wielką wartością dla wielu. Odeszła cicho i niezauważenie…

  13. GZalewski

    “obrębie cywilizacji technicznej uda mi się zachować prywatność w takim stopniu, w jakim tego bym chciał.”
    Ale za to jak zabawnie bywa w momencie różnych błędów 🙂

    Przygotowując jakis czas temu Leksykon formacji świecowych, poszukiwaliśmy źródeł japońskich, korespondowałem też z Japońskim Stowarzyszeniem AT. W efekcie przez kilka tygodni poźniej miałem na polskich stronach wyświetlane przez google reklamy japońskie. To fajne doznanie, bo zupelnie nic mnie nie rozpraszało – wszystko generalnie było niejasne (no dobra, kiedys dawno temu troche probowalem sie uczyc, wiec coś tam czasem mnie przyciągało, aleto promil).

    ps. nie jest zabawne, gdy w wyniku błedu wpadasz w tryby “systemu”

  14. _dorota

    Z prywatnością w internecie jest m.zd. ten podstawowy problem, że ludzie traktują przestrzeń publiczną (którą on w przeważającej częsci jest) jako prywatną i żądają poszanowania prywatności (= prawa do tego, żeby informacje nieujawnione publicznie takie pozostały, inaczej: prawa do dysponowania informacją o sobie).

    Dlatego rewelacje kolejnego Snowdona wywołują falę gęgania w mediach. Pomogłaby solidna dyskusja fundamentalna: które obszary internetu traktowac jako przestrzeń prywatną a które są przestrzenią publiczną.

    Pit niedawno porównał przesyłanie nieszyfrowanego maila do listu w niezaklejonej kopercie. No właśnie.

  15. Ekonom polityczny

    @ GZ

    Pewnie, że nie jest zabawnie, gdy dostajesz się w tryby Systemu w wyniku pomyłki. Co gorsza, to jest nie do uniknięcia, tak przynajmniej wynika z faktu, że System jest konstrukcją omylnego Człowieka.
    Historia uczy też, że wszelkie tego typu nowe konstrukcje tworzą wspaniałe pola do nadużyć – w sprawie nowych technologii tak przynajmniej wynikałoby z prawie połowy antyutopijnej literatury SF i nie tylko (te wszystkie “Nowe Wspaniałe Światy” itd.)
    Nie mam złudzeń co do tego, że Ktoś, kiedyś spróbuje to wykorzystać dla swego zysku. To tylko Fukuyama uważał, że Historia się skończyła (ostatnio cuś jakby zmienił zdanie). Historia się nie skończyła. Ale o ile się raczej nie powtórzy, o tyle bedzie się w jakiś sposób rymować z przeszłoscią (to Twain z kolei 🙂 )

    Z literatury SF (jeśli przypisać jej częściowo profetyczną moc) i faktu kreacji Systemu przez omylnego Człowieka wynika jednak jeden, w sumie pokrzepiający wniosek – co stworzył omylny Człowiek, inny Człowiek może “rozpracować” i znaleźć w tym luki.
    Może więc nie jest aż tak źle?

  16. blackswan

    “zakaz kierowanej reklamy do konkretnej osoby rozwiązuje problem.”

    Średnio. Rozwiązuje to jedynie problem reklamy kierowanej do konkretnej osoby, niewiele więcej.

    Nie tak dawno oglądałem wywiad z Laszlo Barabasim, w którym zwrócił on uwagę na ciekawą kwestię: jedną ze stron żywotnie zainteresowanych uzyskaniu dostępem do danych przechowywanych przez Google&Co. jest świat naukowy.

    Szczypta koncepcji “open science”, kilka kropel “Big Data”, przyprawione o wątek prywatności i otrzymujemy ciekawą mieszankę wybuchową.

  17. blackswan

    “Prostszym rozwiązaniem jest potraktowanie sieci, jako dobra uniwersalnego i zbudowanie wyszukiwarki pod auspicjami np. fundacji, która nie gromadziłaby informacji o wyszukujących. ”

    Ej,chyba w to nie wierzysz? Ta koncepcja domaga się arbitrażu (fundacja vs “dobro uniwersalne”).

    1. astanczak

      @ blackswan

      Naprawdę to bardzo chciałbym się zaangażować w ten ruch sprzeciwu, ale nie potrafię znaleźć w sobie emocji. Nie czuję się zaskoczony śledzeniem w sieci, bo było to dla mnie oczywiste. Nie czuję się zaskoczony apetytem państw na informacje – zaskoczony byłbym brakiem tego apetytu.

  18. Deo Gratias

    @_dorota:
    “Myślę, że problem tkwi raczej w gówniarskiej mentalności społeczeństw Zachodu, które żądają bezpieczeństwa (także np od terroryzmu), ale jednocześnie żądają, żeby było osiągane bez zbierania danych. To jest sposób myślenia nastolatka, który chce jednocześnie być bezpieczny i całkowicie nieskrępowany kontrolą.”

    Nawiązując do twojej stylistyki:
    S… w banię z tym bezpieczeństwem. Wciskanie kitu frajerom – większe niż na giełdzie. Jelonek Bambi zabija więcej osób (w samochodach) niż terroryści, a samobójcy to prawdziwe weapon of mass destruction, nie wspomnę o wszystkich skutkach kryzysu spowodowanego rozpasaniem polityko-finansjery.

    Zresztą, terroryści byli kiedyś “bojownikami w słusznej sprawie” a rząd USA sam ich sponsorował. Teraz z kolei są źli.
    Walka z terroryzmem to jakaś bajka, pod której płaszczykiem zniewala się ludzi, robi niezły biznes na sprzęcie i usługach do prześwietlania, podsłuchiwania, monitorowania i innego zbierania danych.

    Społeczeństwo ma być głupie, pracować, mnożyć się i brać kredyty, oraz żyć w strachu, aby łatwiej było nim manipulować. Zacznijmy w końcu rzeczy nazywać po imieniu.

  19. lesserwisser

    Dorota, myślę że dałaś się wkręcić, jak wielu zresztą, w tę rzekomą
    walkę z terroryzmem (ba, wojnę nawet), w celu zwiększenia bezpieczeństwa obywateli. Nawet trzeba przy tym ograniczyć prawa obywatelskie, bo tak wzniosły cel uświęca nawet niecne środki.

    W pełni zgadzam się z Deo Gratias-em i faktycznie najwyższy czas zacząć nazywać rzeczy po imieniu.

    To wszystko jest pic na wodę fotomontaż, dobra przykrywka, wygodny pretekst by kompleks wojskowo-przemysłowy ramię w ramię z sitwą polityczno-finansową mogli robić bardzo grubą kasę, z pominięciem przetargów, budżetów, kontroli bo wszystko jest hush hush i top security.

  20. _dorota

    @ Deo Gratias
    Walka z terroryzmem jest faktem, ale z pewnością i pokusą nadużycia dla władzy. Faktem jest też jednak ewidentna asymetria kontroli służb przez opinię publiczną (i opozycję) – istnieje w krajach demokratycznych a całkowicie jej brak w takich np. Chinach. Dlatego można wykonać kolejny numer z “przebudzeniem” agenta i sprowokować falę gęgania.

    W ten sposób (przez własne, spenetrowane lewicowo media) Amerykanie przegrali wojnę w Wietnamie. Na szczęście teraz rząd amerykański będzie robił swoje. Cyberwojny nie chcą przegrać tak głupio.

  21. _dorota

    @ Less
    odróżniaj walkę z terroryzmem od cyberwojny, która jest w toku, a trupy czasem wypływają na powierzchnię (kilka lat temu np. sparaliżowania Estonia).

    Jak już lewicowi aktywiści zwalczą “kompleks wojskowo-przemysłowy” i “sitwę polityczno-finansową” to nastanie jutrzenka swobody dla postępowej ludzkości pod światłym przewodnictwem KPCh 🙂

  22. lesserwisser

    @ Dorota

    Odróżniam, ale pamiętam też zamęt medialny jaki został zrobiony z rokiem 2000, kiedy miała nastąpić mała apokalipsa z komputerami, które miały się nie lub źle przestawić. No i co, rozeszło się po kościach, była to burza w szklance wody ale i dobry pretekst by wyciągnąć kupę kasy.

    Czuję potencjalne zagrożenia związane z cyber-wojną, ale po obejrzeniu na Discovery programu o chińskich ośrodkach jestem też, można powiedzieć, pewien podziwu dla ich zmyślności ( i nie tylko ich bo koleżeństwo w Izraelu i Rosji też nie próżnuje, a USA też nie śpi).

    Jednak stawiam pytanie, kogo to przede wszystkim dotknie – wielkich firm firm i koncernów (szpiegostwo przemysłowe), państw (wykradanie wiadomości), programów zbrojeniowych (modyfikacja programów no i pewien chaos gospodarczy (zamknięte kina i restauracje bo będą problemy z dostawą prądu) etc.

    A jak będzie wojna, to i tak wszystko pójdzie w niwecz.

    Zresztą i obecnie niewiele trzeba aby sparaliżować giełdy, infrastrukturę informatyczną, media (prąd, wodą, gaz) i publikatory.
    Wystarczy mała walizka z generatorem silnego impulsu elektromagnetycznego umieszczona gdzieś w centrum miasta i mamy kompletny blackout i paraliż, niewielkim kosztem.

  23. _dorota

    @ Less
    “Jednak stawiam pytanie, kogo to przede wszystkim dotknie”
    … i tutaj wymieniasz fundamentalnie (!) ważne dziedziny – nasze bezpieczeństwo i zdolność wytwarzania czegokolwiek (własność przemysłowa).

    Być może kontrola sieci jest nadmierna (choć naprawdę trudno rozstrzygnąć jak wiele jest ZA wiele). Ale to jest wybór – nasze s.syny czy ich s.syny. Ja wolę jednak naszą “sitwę”, bo jest w podstwowym stopniu kontrolowalna i (przynajmniej w warstwie werbalnej) spętana systemem wartości, który wyznajemy. Chińczyków nie ogranicza nic.

  24. lesserwisser

    No i proszę są reperkusje osobiste. Z ciekawości zadzwoniłem do znajomego informatyka, który u mnie w mieszkaniach instalował routery i zapytałem go, tak ogólnie, jak to jest z tym zdalnym szpiegowaniem.

    A o mi na to tak. A to i pan już słyszał o tych backdoorach w routera TP Linka. No tak mówię, właśnie czytałem (choć wcale nic nie słyszałem) i szybko wchodzę w net, gdzie czytam – ” Popularne routery TP-Link pozwalają na… zdalne i nieuwierzytelnione uzyskanie uprawnień administracyjnych (root) w systemie operacyjnym, na którym działa urządzenie”

    Okazuje się, że programiści firmy zostawili sobie furtkę programową, umożliwiającą im zdalne i nieautoryzowane przejęcie kontroli nad komputerem via router. Ktoś to wykrył i opublikował ten kod.

    Mówię mu więc tak – Sprawdź pan te moje urządzenia. No to sprawdził i w jednym lokalu bez trudu wszedł a w drugim z problemami ale mu się udało.

    O mówię, polecał pan te TP Linki no to teraz w te pędy wymieniaj pan na inne. O 18 będę z nowym sprzętem pada odpowiedź.

    A o to jaki komentarz wyczytałem pod jednym z artykułów na ten temat:

    “biorąc pod uwagę, że firma tp-link ma chinskie dotacje rządowe do produkcji to nie jest to .. jak mówią klasycy: its not bug, its a feature.”

    A informatyk mówi mi tak, nie jestem pewien czy w tym nowym sprzęcie czegoś podobnego nie ma tylko na razie nikt tego nie wykrył lub nie nagłośnił. Nawet nowoczesne lodówki, telewizory, radia itp, które łącza się z internetem mogą mieć zaimplementowane podobne furtki.

    No, strach się bać, zaczynam!

  25. pit65

    @lesser

    “its not bug, its a feature” – klasyk Balmer z MS.

    KAżde oprogramowanie może byc podatne na rózne zupełnie niecelowe “bugi” w sofcie/nie wspominam tu o celowym instalowaniu furtek/.

    Ja na TP linki mam taki sposób ,że wyrzucam soft instalowany przez firmę i daje open sourcowy Openwrt . 5 minut roboty.
    Oczywiście nie załatwia to kompleksowo bezpieczeństwa jako takiego , ale w jakiś sposób chroni przed zainstalowanymi tylnymi furtkami przez producenta.
    Nie wspominał Ci o tym znajomy ???

    A tak przy okazji routerów to przypomniało mi się , że dawno temu w demokratycznym kraju USA był taki okres ,że prawie na każdym routerze infrastruktury internetu zainstalowany był tzw. sniffer.
    Pokusa zawsze istnieje i istniec będzie.

  26. lesserwisser

    @ pit

    “Nie wspominał Ci o tym znajomy ???”

    Wspomniał, ale zażyczyłem sobie inne modele a do nich dodatkowo właśnie Openwrt, jak sugerował. Tak na wsiakij pożarnyj słuczaj.
    Bo lepsze jest wrogiem dobrego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *