Kasandrycy, pesymiści i inne niedźwiedzie

Początek roku sprzyja prognozom i wizjonerom. Nie ma właściwie medium branżowego, które nie zadałoby pytania o perspektywy na kolejne miesiące a analitycy czują się zobowiązani do snucia scenariuszy na finał 2013 roku.

Z zawodowych obowiązków, jak i z potrzeby przyjrzenia się argumentom innych, przyjąłem całkiem sporą dawkę treści, czego owocem była blogonotka o zgodzie optymistów. Czas na obóz przeciwny, którego członków można określić mianem czarnowidzów. Tym razem jednak nie będę wchodził w spór o zasadność pewnych mrocznych tez, jakimi raczą nas niedźwiedzie. Ciekawszym wydaje się ogólny klimat, który towarzyszy tym kasandrycznym treściom.

Zacznijmy od tego, iż część niedźwiedzi zdaje się nie wyczuwać pewnego schematu kulturowego, w jaki popadają pisząc swoje czarne scenariusze. Przy dominującym na rynku średniookresowym optymizmie pesymistycznym prognozom towarzyszy klasyczne wyobcowanie, jakie do kultury europejskiej wprowadziła postać Kasandry. Gwoli przypomnienia, Kasandra obdarzona została darem widzenia przyszłości, który miał wadę w postaci braku reakcji otoczenia na jej proroctwa – w skrócie mówiąc proroctwa były ignorowane.

Z postacią Kasandry wiąże się zjawisko kompleksu Kasandry, którym można określić sytuację wyobcowania wieszczącego czarne scenariusze. Wszyscy znamy przykłady takich ludzi na rynku i znamy też presję, jakiej poddane są osoby, które pozwalają sobie na mroczne proroctwa. Nawet w Polsce mieliśmy przykłady, w których były prezes Giełdy Papierów Wartościowych chciał rozliczać analityków operujących metaforami – efekty widzimy do dzisiaj. Od wielu miesięcy w analogicznej roli obsadził się i obsadzony został Krzysztof Rybiński, który konsekwentnie rysuje przed gospodarką raczej ciemne scenariusze.

Ciekawostką jest to, iż większość kasandryków zdaje się modelowo wypełniać kulturowy wzór, jaki towarzyszy figurze Kasandry. Mamy standardowy zestaw odrzucenia przez środowisko i ignorowania lub wymownego przemilczania przez otoczenie przy zainteresowaniu mas(s mediów). Całości towarzyszy pewna stereotypowa dawka ekscentryzmu w wypowiedziach i autoprezentacjach, które przyciągają również grono wyznawców i rodzą dawkę sympatii. W efekcie wokół rynkowych kasandryków czy delikatniej mówiąc permanentnych niedźwiedzi rodzi się coś na kształt kultu ocierającego się o sekciarstwo a analiza zmienia się proroctwo.

Z punktu widzenia inwestora indywidualnego, który na rynku poddany jest  presji opinii ze strony tak zwanych autorytetów, wątek wiary w wizję wiedzących więcej i widzących dalej jest najbardziej niebezpieczny. Lata praktyki lub założony plan działania na wybraną jednostkę czasu są najlepszym lekarstwem na hurraoptymizm i skrajny pesymizm komentatorów. Brak tych dwóch czynników powoduje, że znacznie łatwiej o poddanie się pewnym wizjom układu sił w gospodarce i na rynkach, ale nie znaczy to, że nie można się przed tym bronić.

Zawsze najlepszym remedium jest próba prześledzenia argumentacji prezentującego opinię przez próbę wyciągnięcia analogicznych wniosków z tej samej paczki danych. Jeśli nasza wieszczka prezentuje jakieś zmienne, to zwykle daje się zrekapitulować jej tok myślenia i wyciągnąć własne wyniki. W wielu przypadkach będą one odmienne, bo mocne analizowanie danych pozwala dostrzec w nich nawet ślad obcych cywilizacji lub ingerencję mrocznych sił związanych ze światowym spiskiem. Dobrym przykładem do ćwiczenia się w krytycznej analizie jest tekst Wojciecha Białka, który nie kryje zmiennych, na jakich opiera tezy. Można się zgadzać lub nie, ale to kawał solidnego tekstu do przedyskutowania.

Przeciwieństwem do tego jest spotkanie z prognostami, którzy z całą powagą prezentują własne wizje nie siląc się na jakiekolwiek merytoryczne argumenty. Wrażliwsi na językowe ekspresje wyczują, iż twarde dane zastępowane są różnymi osobistymi przymiotami piszącego a tezy roją się od zdań wypełnionych zaimkiem ja. Osobiście szukam wówczas zdań, które obrażają innych uczestników dyskusji i prezentujących odmienne punkty widzenia. W takim przypadku jedynym lekarstwem na obdarzenie nadmiernym zaufaniem jakiegoś proroka jest wbicie sobie do głowy zalecenia W. E. Deminga, iż zaufać można Bogu, ale wszystkiego innego trzeba szukać w danych (In God we trust, all others bring data).

[Głosów:0    Średnia:0/5]

6 Komentarzy

  1. Piętaszek

    Wyobcowanie towarzyszące niedźwiedziowaniu wiążę raczej z odrzuceniem środowiska, niż odrzuceniem przez środowisko. Nasuwa mi się tutaj postać prof. Rybińskiego, lekceważąco odnoszącego się do środowiska ekonomistów, piszącego o np. “uczonych w excelu”.
    Mnie zawsze ciekawi, że próżno czekać na merytoryczną i zdecydowaną krytykę przepowiedni zarażających masy, jakby nikomu nie zależało na krzewieniu normalności w opinii publicznej.

  2. astanczak (Post autora)

    @ Piętaszek

    Zostawmy Krzysztofa Rybińskiego – to ciągle relatywnie młody człowiek na karierę, jaką zrobił. Na jednym z zakrętów wpadł w poślizg (NBP). Później miał nieudany flirt z polityką. Teraz – jak sądzę – staje wobec najpoważniejszego wyzwania, jakie miał w swoim publicznym życiu i za jakiś czas zobaczymy, jak z niego wybrnie.

    > próżno czekać na merytoryczną i zdecydowaną krytykę przepowiedni zarażających masy

    Dyskutowałbym, czy jakiekolwiek tezy o gospodarce w Polsce zarażają masy – raczej wzbudzają szum w massmediach, ale i to raczej w tych niszowych.

  3. deli deli

    @a.stańczak
    “zaufać można Bogu, ale wszyskiego innego trzeba szukać w danych”

    Sęk w tym, że znakomita większość danych jest tym, co już było, jest historyczna, jest balastem. Jeśli do tego dodać radosne dobieranie danych pod okolicę i okoliczności, zwoje przyczynowo- skutkowe pętające się pod nogami, walące z góry w nurcie tzw. bieżączki…
    W tej matni mały inwestor obdarzony wyobraźnią będzie się uczył chodzić w przyszłość, w tym obszarze będzie szukał samodzielnego przejścia. Będzie to osiągał węsząc pośród danych ekonomicznych albo sięgnie do tradycji humanistycznej.
    Oczywiście potrzebuje on jak powietrza dobrej, rzeczowej informacji.
    Preferuje źródło np. takie, które ogłasza swoje zestawy o właściwej porze. Czasem autor danych zestawia tak, że inspiruje.
    Taką umiejętność opracowania materiału informacyjnego trudno sklasyfikować jako ekonomiczną i racjonalną bez reszty.

    1. astanczak (Post autora)

      @ deli deli

      Osobiście nie cierpię od nadmiaru informacji – giełda i serwisy informacyjne na masową skalę pozwoliły mi wyrobić nawyk selekcjonowania treści po tytułach – ale rozumiem, że nadmiar może być przekleństwem. Mam pomysł na notkę nawet.

  4. Harry

    A zastanawialiście się kto by najwięcej stracił po rozpadzie EU? Po pierwsze kraje z EU wróciłyby do swoich walut narodowych, co w przypadku kilku z nich oznaczałoby dalszą utratę ich wartości (o agencjach ratingowych będących znów w centrum uwagi nie wspomnę). Po drugie Niemcy, którzy korzystają jak nikt ze słabego Ojro, wróciliby do swojej marki, która, będąc prawdopodobnie najsilniejszą walutą w Europie, doprowadziłaby do znacznego spadku ich eksportu. Pomijam cały ten chaos który by zapanował. Nie wieszczę tu rozpadu, natomiast cały ten optymizm jest chyba trochę sztuczny. Kraje, które były pogrążone w długach i recesji (że o 25% bezrobociu nie wspomnę), przez dłuższy czas z nich nie wyjdą, a obecnie zaczynają się szykować rozpady wewnętrzne. Anglicy (którzy oczywiście nie są Europejczykami!) chcą odzyskać swoje uprawnienia od EU grożąc wyjściem (pomijam fakt, że za rok lub dwa Szkocja prawdopodobnie odłączy się od GB, a w ostatnim spisie ludności parę lat temu prawie całe Kernov zaznaczyło swoje obywatelstwo jako nie English – szopka jak ze Ślązakami, z tą różnicą, że na Śląsku mają swój język), a w Hiszpanii regiony myślą o niepodległości (pomijam ludzi z Kanarów, który wiecznie są niezadowoleni, bo wakacje typu all-inclusiv zniszczyły im przemysł turystyczny). Mimo całego tego bullshitu o współpracy między krajami, coraz częściej widać protekcjonizm i ochronę własnych rynków w duchy stymulacji monetarnej Keynesa. Pamiętam jak kilka lat w 2009, gdy kryzys szalał w UK na każdym możliwym produkcie była extra nalepka – ‘made in GB’ Byliśmy na zakupach z koleżanką z Finlandii i w pewnym momencie Iida spytała: ‘ To co teraz, czy my tez powinniśmy kupować tylko to co jest made in Finland i Poland?’ Ale cóż… Jak spytacie przeciętnego Angola kim był Adam Smith, to usłyszycie: ‘mate, we’ve got so many famous Smiths in this country that it’s impossible to remember all of them!’ Jak stwierdził kiedyś mój promotor: ‘Wie Pan, nie trzeba wiedzieć kim był Władysław Chrobry, żeby zarabiać pieniądze, prawda?’

  5. deli deli

    Dolne pasmo dużego spreadu uruchomione wczoraj może przemieszczać się, bądź tylko dotknąć poziomu, powiedzmy,2525F20H13 z symetrycznie kreślonym górnym brzegiem 2575pkt.
    Ale to dopiero po reakcji poniedziałkowej w odpowiedzi na koszącą stop-lossy byków akcję niedźwiedzia.
    Jeszcze w przyszłym tygodniu kanał wytraca szerokość do 7 lutego zachowując poziom trendowy 2550, nicując go pracowicie na wszystkie strony. 7 lutego wpada do nas z Brukseli i rynku globalnego porcja prowzrostowych informacji. Dotyczy prawdopodobnie ulgi dla banków, stymuluje popyt wewnętrzny przez nowe zasady polityki kredytowej dla przedsiębiorstw tradycyjnej gospodarki. Za ulgą idzie jednak bezwzględna ofensywa ponadnarodowego regulatora. Budzące się na zimowym rynku spready są przejawem reorientacji postaw radykalnych na postawy zachowawcze, fundamentalne, uniwersalne. Taką bazą strukturalną będzie się charakteryzował kontynuujący trend wzrostowy u nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *