Listopadowa przecena na WallStreet wprowadziła nieco nerwowości na rynkach. Analitycy i komentatorzy przerzucają się tezami, co stoi za słabością rynku, więc warto rzucić okiem na jeden z elementów, który wiosną był wynoszony do rangi fundamentu byczych sukcesów a dziś jest pomijany, gdy ocenia się słabość rynku. Tym elementem jest zachowanie spółki Apple.
Uważni obserwatorzy rynków amerykańskich musieli zapamiętać szum, jaki na wiosnę wzbudził jeden z amerykańskich analityków, który pozwolił sobie wyłączyć z indeksu S&P500 spółkę Apple. Jonathan Golub sam stwierdził, iż od lat nie doświadczył tak dużego zainteresowania, jakie stało się jego udziałem po prostym zabiegu ilustrującym stan potencjalnie niemożliwy, czyli kondycję indeksu bez Apple. Szybko powielono jego pomysł a grafika z jabłkiem nabrała statusu rynkowego mema.
Od wiosny Apple zdążył pomaszerować na nowe maksima wszech czasów, powiększyć kapitalizację do nowego rekordu, zająć pierwsze miejsce wśród spółek o największej kapitalizacji na świecie i wreszcie doświadczyć dynamicznej korekty w momencie, w którym na rynek trafiały nowe produkty. Mimo sygnałów, iż popyt jest większy od możliwości produkcyjnych cena akcji osunęła się o blisko 200 dolarów. Większość przeciera oczy ze zdumienia, bo wycena spadła do poziomów, które trudno uzasadnić na gruncie analizy fundamentalnej.
Pogodzeni z rynkiem nie mają takich dylematów i mówią cena akcji spadała, bo kupujących było mniej niż sprzedających. Niemniej graczy świadomych wpływu Apple na wartości indeksów mocna przecena spółki stawia wobec pytania, jak zachowa się jeden z silników zwyżek roku 2012 w finałowych tygodniach. Wykres pokazuje, iż ostatnie sesje przyniosły odbicie, które po mocnej przecenie i radykalnie niskich wycenach fundamentalnych są wezwaniem nawet dla graczy nie potrafiących ulokować spółki w portfelu ze względu na krótki cykl życia produktu.
Osobiście – mimo tego, iż mój kontakt ze spółką, jako konsumenta ogranicza się do iPoda w wersji Classic – w komentarzach dla klientów biura dawałem już wyraz przekonaniu, iż w okresie przedświątecznym nowe produkty spółki będą hitem w sprzedaży detalicznej. To właściwie przekłada się na tezę, iż kolejne wyniki będą zaskakująco dobre i raczej kwestią tygodni niż miesięcy jest wizyta Apple na nowych, historycznych maksimach. Już dziś na rynku pojawiają się wyceny mówiące o 1000 USD za akcję.
Zostawiając na boku prawdopodobieństwo tego, czy Apple dojdzie do 1000 dolarów za akcję, trzeba zadać pytanie, gdzie byłyby indeksy S&P500, Nasdaq100 i NasdaqComposite, gdy Apple wróciłby w rejon 700 dolarów za akcję. W okresie letniego optymizmu Apple pozwolił zwiedzać indeksom szczyty hossy. Trudno nie wspomnieć o tym, gdy Apple zdaje się szykować do mocnej korekty dwumiesięcznej przeceny. Krótko mówiąc, nie bądźcie zaskoczeni, kiedy w końcówce roku to Apple zaprzęgnie byki do sań Świętego Mikołaja.
PS. notkę przygotowywałem po poniedziałkowej zwyżce akcji Apple o 7 procent. Od tego czasu szum wokół Apple nie słabnie a częścią zamieszania jest raport badawczy sygnalizujący, iż Apple może mieć przed sobą kilka naprawdę dobrych tygodni.

