Dalej będzie wprawdzie jak w tytule, ale dość retorycznie.
Sam bowiem nie odpowiem na to pytanie, podobnie jak na żadne pytanie nie odpowiedzieli jednoznacznie i z jakąkolwiek mocą ekonomiści biorący udział w dyskusji zorganizowanej w ostatni poniedziałek przez PiS. Co zresztą mogło wyjść z takiego wielogłosu różnych szkół ekonomii i reprezentantów kilkunastu specjalizacji, głosu wydanego na taką wielość tematów i w minimalnym okienku czasowym? Wyszła wieża Babel zamiast konsensusów, co zresztą i tak jest bez znaczenia dla organizatorów tego spotkania.
Chwilę po owej debacie przysłuchiwałem się krótkiemu wywiadowi z jedną z jej uczestniczek – prof. Leokadią Oręziak, która ma prostą receptę na kryzys:
http://bi.gazeta.pl/im/2/12545/m12545952.mp3
Czyli węgierski premier Orban i zwolennicy likwidacji OFE mają rację ???
Pani profesor, żeby było jasne, nie jest politykiem, jest natomiast specjalistką (choć chwilami trudno w to uwierzyć) od finansów, w tym międzynarodowych na SGH (kieruje Studium Doktoranckim w Kolegium Gospodarki Światowej SGH, jest również kierownikiem Zakładu Finansów Przedsiębiorstw i Ubezpieczeń jak podaje Wiki). Nie mam wątpliwości, że na debacie pojawiła się w jednym, bardzo konkretnym celu, o który w mediach walczy od lat – wykrzyczeć, że OFE powinny zostać definitywnie zlikwidowane. A może i ona również ma w tym apelu rację…?
Faktem jest, że wpływy do ZUS są zbyt małe by pokryć bieżące zobowiązania wobec emerytów, nawet gdyby OFE nie istniały dziura nadal by istniała, choć mniejsza. A będzie gorzej ze względu na demografię. Potrzeba więc pieniędzy by tę lukę zasypać, państwo więc je pożycza emitując w tym celu obligacje, które kupują za pieniądze przyszłych emerytów OFE, pieniądze „wykreowane” z emisji obligacji dodajmy. Ostatnia batalia Rostowski-Balcerowicz i obniżka kwoty naszych ubezpieczeń przeznaczanych do OFE była tych właśnie obligacyjnych zapętleń i roszad konsekwencją.
Fakt kolejny – niemal połowa naszego niebezpiecznie rosnącego długu wraz z obsługą powstała właśnie z powodu wspomnianych wyżej pożyczek (od 1999 roku 270 mld PLN). Trzeba jednak dodać, że to wynik dość niekorzystnego, nakazanego zresztą przez UE przepisu, który wymaga każdego złotego przeznaczonego dla OFE zaliczać do długu, podczas gdy ten sam złoty przelany do ZUS długu nie powiększa! W ZUS-ie jednak od razu wydatkuje się go na wypłaty podczas gdy w OFE zatrudnia się go do pracy. Czy rzeczywiście tam jednak pracuje? Wspomniana pani profesor twierdzi stanowczo, że nie, że nic nam OFE nie zapewnia, nic z tego nie mają przyszli emeryci.
Na pewno jednak kapitał „ofowski” pracuje – fakt trzeci – na prowizje dla Towarzystw Emerytalnych. Czyli kolejny argument przeciw, w sensie finansowym oczywiście, nie uwzględniam w tych rozważaniach praw do własności składek i oczekiwanej stabilności, uporządkowania oraz dywersyfikacji systemu emerytalnego. Gdyby bowiem o te ostatnie sprawy chodziło to przecież ZUS jest swego rodzajem OFE, ponieważ mamy tam księgowy zapis do naszej własności, tyle że jedynym aktywem za nim stojącym jest zapewnienie państwa o przyszłych wypłatach.
Skoro, jak twierdzi pani profesor, 2/3 chilijskich OFE nie wypracowało nic dla emerytów to czy warto spodziewać się czegoś po naszych zarządzających tymi pieniędzmi ?
OFE zarabia na obligacjach, które trzeba emitować na pokrycie dziury w wypłatach bieżących, de facto jednak na te zyski (odsetki) składamy się za pośrednictwem podatków my a więc przyszli beneficjenci tych przychodów! Kwadratura koła jednym słowem i trudno powiedzieć, że jest to jakiś efektywny wkład tych środków w rozwój i pobudzanie gospodarki. Nieco przesadnym wydaje mi się argument pani profesor, że zarządzającym OFE tak bardzo zależy by oprocentowanie obligacji czyli koszty, które ponosimy jako podatnicy, było jak najwyższe. Na szczęście rynek jest nadal na tyle duży i płynny, że udaje się sprzedawać obligacje bez dyktatu OFE.
Jeszcze bardziej emocjonalnie, albo wręcz histerycznie brzmi wypowiedź szanownej pani na temat zmienności giełdy. Nie wierzę, że specjalista od finansów nie odróżnia jej od typowej dekoniunktury. Jeśli coś rośnie np. 100% a potem spadnie o np. 30% to nie jest to powód do lamentów nad tym, ile środków stracili przyszli emeryci. Taką oderwaną od realiów argumentację zrozumiem co najwyżej z ust laika albo polityka. Biorąc pod uwagę dotychczasową historię rynków, inflację i wzrost firm to nieracjonalnym wydaje się nie inwestowanie w akcje o czym profesor ekonomii wiedzieć chyba powinien.
Czy jednak sama inwestycja w akcje może być uważana za jedyny w miarę sensowny i niepodważalny motyw istnienia OFE (to bowiem chyba jedyny powód by zatrudniać do tego fachowców najwyższego rzędu)?
Liczenie na zyski ze spekulacji akcyjnych to miraże. Takimi aktywami nie da się tego robić, nie mówiąc o tym, że udaje się to jedynie wybitnym inwestorom. Kiedyś sporo zysków OFE pochodziło z giełdy ponieważ dekadę temu to one były rynkiem i już sam ten fakt napędzał wzrosty. Potem przyszły okresy kupowania na szczycie, sprzedawania w dołkach i trzymania rynku wbrew koniunkturze. Reputacja zarządzających zwiędła a rynki wróciły do tendencji ogólnoświatowych, z naturalnymi i nienaturalnymi (jak obecnie) bessami włącznie. Nie ma już także potrzeby utrzymywania OFE jako gwarantów emisji na rynku pierwotnym – na sprzedaż pozostało niewiele zakładów a popyt wydaje się wystarczający. Nie biorą one również nazbyt aktywnego udziału w zarządzaniu przedsiębiorstwami, nie tworzą tysięcy miejsc pracy, nie napędzają budowy infrastruktury czy innych pro rozwojowych przedsięwzięć.
Po co więc nam dziś OFE? Niemal w każdym wymiarze ich istnienie wydaje się być zgniłym kompromisem…
—*** Kat ***—-


Dodaj komentarz