Po 2 tygodniach spędzonych na krańcach Europy z przyjemnością poczytam czym żyją dziś polscy inwestorzy 🙂
—Kat—
Przy okazji przeproszę za nie odpowiedziane maile (nadrobię w weekend) i brak udziału w dyskusjach. Wpisy wrzucałem za pomocą telefonu i tableta, ale transakcje i inną aktywność okołogiełdową zawiesiłem na kołku. Miałem przynajmniej dużo czasu by wrócić myślami do dni, gdy takie rzeczy nie były możliwe.
Między innymi dlatego, że przed wyjazdem robiłem porządki i znalazłem kilka zapomnianych zabytków sprzed 10-15 lat. Ktoś pamięta gazetę „Cash”, której jeden numer zachowałem? Albo miesięcznik „Profesjonalny Inwestor”, którego naczelnym był mój wielce szanowny kolega Grzegorz Zalewski ? 🙂 Dziś ten magazyn trąci lekko myszką i archaizmem, ale lata temu był hitem, pamiętam, że na usnetowym forum pl.biznes.wgpw (chyba jedynym niegdyś miejscem swobodnych opinii branżowych w necie) narzekaliśmy nawet na jego małą dostępność. Goniliśmy dopiero wtedy USA w zakresie myśli i technologii giełdowej. Z perspektywy czasu widzę, że uniknęliśmy kilku błędów, przejawiając większy, wrodzony narodowo sceptycyzm co do różnych wynalazków, które były jak się okazało zwykłym mamboo- jamboo i conartismem. A może to nie był realizm, ale tak jak w innych sprawach – zapóźnienie? Z drugiej strony poruszaliśmy się jedynie po obrzeżach i wiedza ta była bardzo fragmentaryczna…….
Znalazłem również tokena z logo Woodstock, który umożliwiał składanie zleceń. To były już lata luksusu! Na początku żródłem notowań były dla nas opóźnione o 15 minut dane w telegazecie a potem gdy zrobiły się modne czaty i IRC nieliczni posiadacze łącza Reutersa wrzucali tam aktualne notowania, głównie kontraktów terminowych, świeżo wypuszczonej zabawki dla adrenalino-poszukiwaczy. Sam się dziwię, że w oparciu o to mogliśmy robić jakiś daytrading! Nie za bardzo wiedzieliśmy co to jest ów „edge”, uczyliśmy się dopiero topornego Metastocka i pierwszych systemów, płynność liczona była w sztukach a nie tysiącach, ale w porównaniu do niedawnych jeszcze fiksingów raz dziennie czy raz w tygodniu to był odlot!
„Edge” to było wówczas wywalczenie po kilku dniach w kolejce kilku akcji z pierwotnej oferty tylko dla pierwszych zapisanych albo sprzedanie papierów po kilku dniach „oferty kupna” czyli zawieszonych notowań po 10% wzrostach na widełkach (zupełnie jak na amerykańskich kontraktach towarowych). Nie wiem czy te reminiscencje warte są w ogóle wspominania czy opisywania, dla nas piszących te blogi były ważne i kształtujące. Nawet jeśli dziś wszystko jest technologicznie łatwiejsze to kwestia poszukiwania przewagi nadal nadal staje się kluczowa, nie ma nic ważniejszego w tym bizniesie, ten cel często ginie jednak w zalewie nadmiaru informacji, najłatwiej przekonać się o tym właśnie na urlopie 🙂


Dodaj komentarz