Głębokie korzenie polityki Fed

Powiązanie polityki monetarnej amerykańskiego banku z kondycją rynku pracy a dokładniej dyskusje o jej zasadności wydają się pomijać szerszy kontekst, w jakim przyszło działać Fed. Jest nim system gospodarczy, w którym sukces finansowy rodziny z kolejnym pokoleniem włącznie i siła gospodarki zostały w dużej mierze połączone ze rewolucyjną zmianą, jak zaszła na przestrzeni ostatnich 200 lat. Inaczej mówiąc rzecz będzie o pomijanym w dyskusji trendzie.

Odnoszę wrażenie, że spora część krytyki rzucanej na działania Fed wynika z pewnego, delikatnie mówiąc, wyobrażenia, iż świat można przywrócić do punktu, w którym na rynku będą tylko mali przedsiębiorcy a każdy będzie mógł odnieść sukces prowadząc drobną działalność gospodarczą opartą o złote monety. W tak postawionej diagnozie pracobiorcy jawią się, jako osoby mało twórcze, które czekają tylko na to, by ktoś ich zatrudnił a Fed, jako wspierający nieudaczników oraz okradający oszczędzających. Czyżby?

Jeśli spojrzeć na statystyki zmian na amerykańskim rynku pracy, to nie ma wątpliwości, iż pełne zatrudnienie, do którego dąży Fed poprzez sterowanie polityką monetarną, ma swoje korzenie w kilku banalnych faktach. Ich zapamiętanie ułatwi zrozumienie, dlaczego Fed jest wstanie pogodzić się z inflacją, by ożywić rynek pracy i dlaczego część ekspertów przyklaskuje kolejnej rundzie luzowania ilościowego pomijają krzyki o psuciu dolara. Czytelnicy zechcą wybaczyć mi brak źródła, ale niestety nie zanotowałem sobie skąd mam poniżej cytowane dane – ufam im, ale z racji pewnego zabiegania nie będę teraz szukał ich potwierdzenia.

Wedle szacunków w 1800 roku amerykański rynek pracy wyglądał tak, iż ledwie 20 procent ludzi pracujących było pracobiorcami. Sto lat później na cudzy rachunek pracuje już połowa siły roboczej. Liczba ta powiększa się do 90 procent w roku 2000. Tylko ten trend pokazuje, że działania Fed zmierzające do ożywienia rynku pracy wydają się diagnozą wartą rozważenia, bo godzą się z faktami. Może zatem warto zerwać z przekonaniem, iż Ameryka to kraj przedsiębiorczości, którą Fed niszczy swoimi działaniami kupując łatwiejsze życie dla najsłabszych pracobiorców.

Warto dołożyć do tego kolejne fakty. Powszechnie znany, iż większą część PKB USA stanowi konsumpcja indywidualna i mniej znany – znów nie zanotowałem źródła, chyba to samo, co poprzednio – iż w roku 1800 ledwie 1 procent ludzi pracujących na etacie znajdowało zatrudnienie w przedsiębiorstwach o załodze większej niż 500 osób. W roku 2000 pracodawcy zatrudniający więcej niż 500 osób dawali pracę przeszło połowie pracobiorców. Dane nie pozostawiają – jak sądzę – wątpliwości, gdzie leży geneza działań Fed i na co jest naprawdę skierowana obecna polityka amerykańskiego banku centralnego.

W świecie, w którym większość ludzi to pracobiorcy a nie żyjący z kapitału lub własnej przedsiębiorczości, nie trudno zrozumieć dlaczego bank centralny sięga po narzędzia, które u monetarystycznie nastawionych ekonomistów wywołują zawroty głowy. Osobiście – uprzedzając ataki – jestem zwolennikiem dyscypliny w finansach państw, zakazu uchwalania deficytów budżetowych i wspierania oszczędzających zamiast przesadnie konsumujących, ale to nie powinno być bazą do zamykania oczu na fakty.

Dziś siła gospodarki zależy od tego, czy owe 90 procent społeczeństwa będzie funkcjonowało na rynku pracy, który nie przechyla się zbytnio w stronę rynku pracodawcy. Przy wysokim bezrobociu i takiej a nie innej strukturze zatrudnienia z natury mechanizmu rynkowego pracodawcy będą mieli tendencję do ograniczania płac i zwiększania wydajności kosztem pracowników. Okresowo takie recesyjne strzepnięcie jest oczyszczające, ale przy utrwaleniu efektem będzie spadek siły konsumentów a to przepis na katastrofę każdej gospodarki opartej o konsumpcję indywidualną. W sytuacji obecnej zduszenie konsumpcji indywidualnej jest idealną droga do drugiej fali recesji.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

4 Komentarzy

  1. deli deli

    Czy Ameryka przechodzi swobodnie rozluźniając politykę monetarną i utrzymując “bezpieczny” poziom zatrudnienia? Prawdopodobnie tak. Nie widzę na dziś mocnych faktorów recesji “dojrzewających” w gospodarce wewwnętrznej Stanów Zjednoczonych.
    Póki co, kipiel muzułmańska osiąga kulminację około czwartego października. Zagrożona sieć elektroniczna, technologie nie najnowszej generacji, o czym szczegółowo “opowie” Nasdaq 4. i 5. października.

  2. Olo

    Czy aby na pewno środki z QE idą na zwiększenie zatrudnienia? Wydaje mi się, że nie.

  3. astanczak (Post autora)

    @ Olo

    Fed nie ma żadnego narzędzia pozwalającego kreować miejsca pracy, ale ma podwójny mandat, który wymusza na nim branie pod uwagę kondycję rynku pracy.

  4. _dorota

    “W świecie, w którym większość ludzi to pracobiorcy a nie żyjący z kapitału lub własnej przedsiębiorczości”

    Należy też odnotować pojawienie się (i wzrost liczebny) nowej kategorii: obywateli zależnych od pomocy państwa. Szacowani są w tej chwili na 20% populacji amerykańskiej (nie licząc pracowników rządowych, mówimy o samych beneficjentach programów pomocowych)- bardzo ciekawy link:
    http://www.heritage.org/research/reports/2012/02/2012-index-of-dependence-on-government

    “Dziś siła gospodarki zależy od tego, czy owe 90 procent społeczeństwa będzie funkcjonowało na rynku pracy, który nie przechyla się zbytnio w stronę rynku pracodawcy.”
    Ponieważ państwo staje się nie tylko coraz istotniejszym pracodwacą, ale wręcz żywicielem, to sytuacja staje się jeszcze bardziej jednoznaczna.

    Jesteśmy coraz bliżej wyeliminowania przedsiębiorców z gospodarki 🙂 Po co nam oni, skoro można dystrybuować wykreowane wirtualnie pieniądze przez programy pomocowe i w ten sposób stymulować popyt.
    Nazwiemy to komunizmem? Ależ skąd…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *