Co prawda, uruchomienie programu LTRO przez Europejski Bank Centralny zmniejszyło zagrożenie wystąpienia Lehman-type event w europejskim systemie bankowym ale nie wyeliminowało ryzyka negatywnego szoku ekonomicznego w sektorze finansowym. Kryzys na rynku długu rządowego państw peryferyjnych strefy euro wciąż zagraża europejskiej gospodarce. Co więcej, część gospodarek (Wielka Brytania, Hiszpania) ponownie wkracza w recesję pod ciężarem wewnętrznych problemów fiskalnych i strukturalnych.

Z powyższych powodów warto się zastanowić jak dużym polem manewru dysponują rządy i banki centralne poszczególnych państw na wypadek wystąpienia kolejnej fali kryzysu. The Economist przygotował takie zestawienie dla gospodarek wschodzących (od Egiptu, przez Środkową i Wschodnią Europę – CEE, po Singapur).

The Economist postawił sobie pytanie: jakimi rezerwami dysponują gospodarki państw wschodzących na wypadek wystąpienia kolejnej fazy kryzysu? Analizie poddano dwa sektory polityki makroekonomicznej – politykę fiskalną i politykę monetarną. W gruncie rzeczy zbadano jak duży może być bodziec monetarny (poluzowanie polityki monetarnej) i bodziec fiskalny (poluzowanie polityki fiskalnej) w poszczególnych państwach.

W przypadku polityki monetarnej uwzględniono poziom inflacji, poziom realnych (nominalne minus inflacja) stóp procentowych, poziom dźwigni finansowej (wzrost akcji kredytowej minus wzrost nominalnego PKB) kurs walutowy oraz bilans rachunku obrotów bieżących (ten ostatni wskaźnik może też wpływać na możliwości finansowania deficytu budżetowego). W kwestii polityki fiskalnej zbadano poziom deficytu budżetowego (lub nadwyżki) oraz poziom długu publicznego (mierzony jako odsetek PKB).

Model zastosowany przez The Economist zaliczył Polskę do państw z najmniejszym polem manewru w kwestii implementowania pro-wzrostowej polityki fiskalnej i monetarnej. Gorzej od Polski sklasyfikowano tylko Egipt i Indie. Nawet Węgry wypadły lepiej w tym zestawieniu.

Poniżej znajduje się interaktywny wykres przedstawiający syntetyczny wskaźnik elastyczności oraz pięć wskaźników, z których go zbudowano:

 

Muszę przyznać, że to jedna z nielicznych analiz, która zalicza Polskę do państw najbardziej narażonych na wystąpienie kolejnej fali kryzysu. Można co prawda argumentować, że ze względu na transfery pieniężne z UE, silny i duży rynek wewnętrzny oraz relatywnie niewielką otwartość polskiej gospodarki (niski udział eksportu w PKB) w przypadku wystąpienia następnej fali kryzysu Polska potrzebować będzie stosunkowo niewielkiego bodźca fiskalnego i monetarnego (ponieważ skutki globalnego spowolnienia będą w Polsce mniej odczuwane niż w innych państwach), nie zmienia to jednak faktu, że podmioty odpowiedzialne za politykę monetarną i fiskalną w Polsce (RPP,NBP i rząd) operują przy bardzo niewielkim dopuszczalnym marginesie błędu. Tak przynajmniej wynika z analizy The Economist.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

9 Komentarzy

  1. blackswan

    Jestm zdania, ze tak naprawde Polska ma olbrzymie pole manewru.
    Niestety, skutecznie, caly czas sobie systematycznie je zmniejsza. Jesli tak dalej pojdzie, to nie bedziemy mieli zadnego pola, poza akceptacja postanowien Brukseli.

    ps. dobry tytul, ale zmienilbym go na “pole do popisu*”

    *popis – nie ma nic wspolnego z PO-PiS 🙂

  2. focus

    A co mogloby zwiekszyc ten margines?
    Czy zmniejszenie zatrudnienia w sektorze publicznym i zwmniejszenie przez to kosztow utrzymania mogloby znaczaco poprawic syttuacje, czy to jedynie marginalne dzialanie?

    1. trystero (Post autora)

      @ focus

      Pytanie bardzo dobre. W kwestii polityki fiskalnej niewiele chyba się da zrobić, tym bardziej, że ‘czają’ się progi konstytucyjne. Ja bym sugerował ‘ucieczkę przez wzrost gospodarczy’. W kwestii polityki monetarnej: obawiam się dużo jest w polskim CPI zjawisk globalnych, na które NBP wpływu nie ma. Tak więc jedyna możliwość to działania regulacyjne (prąd, gaz – ale to nierealne). Tak więc pole manewru rzeczywiście nie jest duże.

      Natomiast w kwestii zmniejszenia zatrudnienia w administracji – jestem jak najbardziej za, natomiast myślę, że efekt takich działań jest niesamowicie przeceniany w powszechnej opinii. Chciałbym zobaczyć wyliczenia o tym ile oszczędności dałoby ścięcie administracji na przykład o 20%. Może ktoś coś takiego widział?

  3. Klondike

    Raport Deloitte przygotowany na zlecenie Ministerstwa Gospodarki podaje, że biurokracja kosztuje 77 mld rocznie, przy czym to zapewne łączny koszt po stronie urzędów jak i petentów – firm, osób fizycznych. Więc gdyby obniżyć koszty po stronie administracji o 20% i dodatkowo zwiększyć obciążenia podatkowe tak aby jednak zgarnąć te 20% oszczędności po drugiej stronie to mamy kilkanaście miliardów rocznie.

    1. trystero (Post autora)

      @ Klondike

      Hm, po pierwsze nie jest łatwo obniżyć koszty administracji o 20% bo nie wiadomo czy zwolnienie 20% urzędników obniży koszty o 20% a tym bardziej czy obniży koszty ‘biznesu’ o 20%, które w dodatku łatwo będzie opodatkować.

      Naprawdę chciałbym zobaczyć badanie, które wskaże jakie decyzje dadzą jakie oszczędności.

  4. terrance

    @Trystero

    Moim zdaniem w przypadku Polski raport nie uwzględnia rezerwy w postaci środków zgromadzonych w OFE, stanowiących ok 13-14% pkb. Samo zawieszenie przekazywania składek do OFE to zysk ok 9 mld zł dla budżetu, a przejęcie przez państwo części aktywów ulokowanych przez OFE w obligacjach i zamiana ich na zapisz księgowy w indywidualnych kontach emerytów w ZUS da jednorazowe zmniejszenie długu publicznego o ok 8.5% pkb i oszczędność ok. 7 mld zł na kosztach obsługi długu. A przykład Węgier pokazuje, że można iść dalej i cały system OFE po prostu zaorać, a środki włączyć do budżetu. Oczywiście na Węgrzech efekt był nieszczególny, ale u nich stosunek aktywów OFE do długu publicznego wynosił 1:10 a u nas to 1:4.

  5. Klondike

    @trystero

    Jeśli chodzi o decyzje, które mają przynieść oszczędności to należy zacząć od zmiany prawa a nie jak Tusk planował od samych zwolnień, nie sugeruję że nie ma przerostów zatrudnienia bo może też są.

    Przykładowo, mamy bardzo wysokie koszty poboru podatków. Dokładnych danych nie pamiętam ale chyba około 2,5% wpływów podatkowych pochłaniają koszty ściągania podatków. To bardzo dużo w porównaniu z krajami lepiej od nas rozwiniętymi, co więcej te koszty podobno w ostatnich latach wzrosły gdy w wielu krajach spadały. To ponad trzy razy więcej niż w Szwajcarii i Norwegii. Można obliczyć ile zaoszczędzilibyśmy na poborze podatków gdyby prawo zmienić tak aby koszty były takie jak w Norwegii.

    Moim zdaniem jest co zmieniać. Kiedyś w Lubinie na Śląsku obliczono, że koszt poboru podatku od nieruchomości wynosi 20% jego wpływów.
    Poza tym już te decyzje związane z upraszczaniem przepisów jakie podejmuje rząd, zresztą nie nagłaśniane specjalnie, mają dać oszczędności w miliardach złotych jak to obliczono.

    1. trystero (Post autora)

      @ Klondike

      Można obliczyć ile zaoszczędzilibyśmy na poborze podatków gdyby prawo zmienić tak aby koszty były takie jak w Norwegii.

      Zgoda. Tylko my mamy styczeń 2012 i chcemy zmniejszyć deficyt w 2012 czy 2013. Łatwo jest powiedzieć: zmieńmy prawo, żeby koszty ściągania podatków spadły do poziomu norweskiego. Moje pytanie brzmi: co konkretnie trzeba zrobić? Czy to w ogóle jest realne przy przywilejach korporacyjnych ‘skarbówki’?

  6. Klondike

    @Trystero
    “Zgoda. Tylko my mamy styczeń 2012 i chcemy zmniejszyć deficyt w 2012 czy 2013.”

    Ale chyba dyskusja nie wynika z naiwnych oczekiwań jak zmniejszyć deficyt z dnia na dzień.

    Co trzeba zrobić? Nie moja w tym głowa, od tego są politycy. Ja jedynie wskazuję, że są możliwości. Jeśli widzę, że w danym kraju coś funkcjonuje lepiej to znaczy, że można coś zrobić. Jeśli przeszkodą byłby opór skarbówki to znaczy, że jest to realne tylko trzeba chęci i woli politycznej żeby coś zmienić. Problem w tym, że w Polsce dominuje myślenie, że “się nie da”.

    W Anglii w ogóle nie trzeba wypełniać pitów a w Polsce trzeba. Kiedyś dostałem z Anglii zwrot podatku na polski adres. Jakie było moje zdziwienie jak brytyjski urząd skarbowy bez mojej wiedzy obliczył, że za dużo pracodawca odprowadził podatku, sam ustalił wysokość zwrotu i wysłał mi na adres polski czek. Skąd oni w ogóle mieli mój polski adres? Musiałem im kiedyś go podać. W Polsce byłoby to możliwe?

    W Szwecji, która słynie z wysokich podatków, deklaracje podatkowe wysyłane do nas przez urząd (tak, to on nam je wysyła a nie odwrotnie) można akceptować sms-em a koszt jego poboru jest znacznie mniejszy niż w Poslce.

    No ale w Polsce to się nie da, bo urzędnicy, bo to bo tamto…
    Taki przykład: był pomysł likwidacji skałdki zdrowotnej
    Problemem jest skomplikowanie polskiego prawa i jak coś trzeba zmienić to okazuje się, że sama zmiana musi być skomplikowana. Tak jest na przykład z likwidacją obowiązku meldunkowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *