Moja kilkudniowa nieobecność w Polsce spowodowała spiętrzenie zapytań w komentarzach pod wpisami i w mailach. Pozbierałem więc całość odpowiedzi w niniejszym wpisie – dla większej przejrzystości i jako zaproszenie do dalszych polemik.

Ponieważ najbardziej z powodu nieobecności „dostało” mi się za tekst o Alessio Rastanim więc w tym właśnie temacie pogłębienie kilku zagadnień wydaje się być najważniejsze.

Na początek chciałbym wyjaśnić sprawę blogów i mojego blogowania w szczególności. Zdaje sobie sprawę, że ogromna rzesza naszych Czytelników posiada wiedzę znacznie przekraczającą moje skromne zasoby umysłowe więc nieskrywanie pochlebia mi to, że chcą poświęcać czas na czytanie i komentowanie tego wszystkiego co wytwarza tutaj od lat te kilka moich szarych komórek, doświadczenie oraz praca nad strategiami i pomysłami. Do tego uwielbiam konstruktywne krytyki i pełne argumentacji komentarze polemiczne – one niesamowicie motywują do pracy i pogłębiania wiedzy, ale i niezaprzeczalnie uczą. To jedna z wartości dodanych, która kiedyś przyczyniała się do mojej decyzji o podjęciu się trudu prowadzenia własnego bloga na gościnnych stronach Bossy. Nie wiem czy była to dobra decyzja, ale trudno stało się i muszę ponieść wszystkie konsekwencje.

Jedna rzecz wydaje mi się warta podkreślenia lub może przypomnienia. Blogi wyróżnia spośród innych internetowych treści wyraźnie personalny charakter, narracja prowadzona w pierwszej osobie, a co z tym idzie – autorskie traktowanie świata czy wybranej dziedziny, osobiste zabarwienie opinii czy interpretatorski wkład w opis i analizę podjętej domeny. Co mówiąc krótko oznacza, że ponad 400 wpisów zajęły moje osobiste poglądy na giełdę, inwestycje i na poglądy o tym innych.

Ale ponieważ poniekąd reprezentuję jednocześnie w pewien sposób swojego mecenasa czyli BOŚ dlatego staram się dzielić się ową wiedzą w sposób możliwie najbardziej obiektywny wszędzie tam gdzie jest to możliwe oraz potrzebne, a także do granic rzetelnie, przesadnie skrupulatnie i bez uprzedzeń. To co z tego wychodzi nadal jednak pozostaje tylko moją najlepszą osobistą wiedzą jaką posiadam, a także poglądami, które mogą i niejednokrotnie różnią się od tych przedstawianych przez Czytelników.

Nie mam jednak żadnych obaw i nie widzę przeciwwskazań by te ostatnie nawet drastycznie pozostawały w rozbieżności, a wchodzę w polemiki w zasadzie tylko wówczas, gdy ustalenie jakiegoś konsensusu jest możliwe lub pogłębienie opinii i argumentów może się do tego przyczynić. O ile nie podejmuję rękawicy to oznacza, że albo uznaję wzajemną różnicę poglądów bez niepotrzebnych ingerencji i pyskówek a moje stanowisko widnieje już we wpisie albo, że mogłem coś przeoczyć lub właśnie mnie nie ma 🙂 Jeśli popełniam błędy językowe zawsze będę wdzięczny za zwrócenie uwagi, jeśli merytoryczne – spróbuję je wyjaśnić. Niejednokrotnie natomiast z różnicy poglądów rodziły się moje kolejne wpisy. Proszę mi jednak wybaczyć ale nie polubię nigdy sytuacji gdy ktoś próbuje wymusić swoje poglądy krzykiem czy innymi środkami nacisku. Lepiej podesłać mi przypominajkę na kathay(w)bossa(kropka)pl .

Nigdy nie kryłem, że wiele z moich wpisów powstało pod wpływem inspiracji osób trzecich – artykułów, blogów, książek. Uznaję to za zdrowe i rozwijające. Ale muszę zaznaczyć przy tym coś istotnego – jeśli odwołuję się do takich źródeł to nie dla prostego „kopiuj-wklej”. Albo poddaję te treści własnym testom albo długo analizuję ich wartość i okraszam własnymi komentarzami czy sugestiami. Ze względu na rzetelne podejście zawsze gdy tylko korzystam z takiej opcji podaję źródło, tytuł, link. Niestety brak czasu powoduje, że mogę tylko pozazdrościć Czytelnikom czytania szerokiej palety innych blogów, ze wstydem przyznam, że czasem po kilku dniach dopiero nadążam z czytaniem naszych tutejszych. Ponieważ jednak komentujemy często w blogosferze aktualną rzeczywistość więc mogą się zdarzyć podobne tematy a nawet podobne opinie. Jak ognia staram się tego unikać ale nie zawsze jest to możliwe.

Przypomina mi się przy tej okazji anegdota z mojej przeszłości. Pracując po studiach w kasynie z nudów układałem scenariusze strategii gry w ruletkę. Jedna z nich wykorzystywała specyficzny ciąg liczb jako powtórzenia zakładu. Jakież było moje zdumienie kiedy po latach odkryłem, że podobną sekwencję liczb setki lat temu odkrył niejaki Fibbonacci…

Ok., wróćmy jednak do pana Rastaniego.

Zacznijmy od dysonansu. Widzę tam przynajmniej dwa, które go męczą:

1. „Jestem zdolnym traderem i w porządku gościem a tu wszyscy się oburzają na to co mówię i myślę”

Szkoda czasu na rozwijanie tego tematu ponieważ nie jest to blog o etyce czy dobrych manierach. Moim zdaniem jego pragnienia świata kryzysu i cierpień są destrukcyjne i nie służą ani trochę społecznemu ociepleniu pojmowania działalności zwanej spekulacją. Nie ma się co dziwić potem artykułom o złotych cielcach i pomysłom o dodatkowych podatkach.

2. „Od 3 lat jestem bez cienia wątpliwości i do szpiku kości przekonany, że rynki się zawalą i czeka nas Apokalipsa, a te robią mi na złość i nawet przez ponad 2 lata rosną. (Racja i tak musi być po mojej stronie)”.

Taka obsesja jest z kolei destrukcyjna dla niego samego. Nie pisałbym tego gdybym w czasie tych już niemal 20 lat z giełdą nie widział podobnych postaw, niszczycielskich nie tylko dla psychiki ale i rachunku inwestycyjnego. Słuszność ma Czytelnik piszący, że jego własne systemy czy inne mechaniczne strategie muszą zostać odseparowane od przekonań. Te ostatnie sprawdzają się być może w metodach typowo intuicyjnych.

Ale Rastani wyraźnie zaznaczył, że działa na latami wypracowanych strategiach technicznych. Jeśli nawiązać do Arta Collinsa to przypomnę, że połączenie mechanicznych metod i intuicji przyciąga wszystko co najgorsze z obu (jak dowodziłem niedawno). Nie ma problemu jeśli przez ponad 2 lata hossy posłusznie i racjonalnie grał z zyskiem na długich pozycjach, gdyż technicznie musiało to tak wyglądać podczas wzrostów, nawet jeśli w duchu rozszarpywały go przeciwstawne emocje. W przeciwnym wypadku samoniszczące działanie wynika wówczas z behawioralnych efektów – jak choćby z błędu zakotwiczenia czy potwierdzenia, które powodują mocno selektywne traktowanie sygnałów strategii, zaprzeczanie, wypychanie, omijanie. Przez tak długi czas rośnie wewnętrzna złość, frustracja wynikająca z przekonania o własnej słuszności i pomyłce rynku. Niewykluczone, że hodował straty na krótkich pozycjach (efekt dyspozycji). Jeśli dodatkowo marzył o transakcji życia całkiem możliwe, że straty uśredniał albo budował jakieś przesadnie duże i stresujące krótkie pozycje. To nie jest niestety scenariusz z fantastyki, tak wygląda wiele rachunków tych, którzy na siłę przywiązali się do swojej racji i bronili jej do samego bankructwa.

Sprawa zabezpieczenia czyli „hedging”. Przypuszczam, że z wszystkimi Czytelnikami zgodzę się bez ceregieli na temat tego jak on powinien wyglądać i jak się go stosuje. Nie w tym jednak rzecz. Rastani zapytany o poradę mówi: grajcie na spadki albo zabezpieczajcie się. To przekaz do ludzi, z których, jak ktoś stwierdził w komentarzach, 90% nie wie nawet z czym to się je, nie mówiąc o tym, że nie potrafi używać derywatów, nie rozumie ich, a wręcz się boi. Lub też nawet nie posiada w swojej psychice odruchów, które pomogą ustawić się po krótkiej stronie rynku. Więc taka „porada” brzmi jak fantasmagoria, jak przemowa w chińskim narzeczu. Co w takiej chwili myślą posiadacze akcji, słyszący młodego człowieka, który opowiada im w nieznanym języku o swoich moralnie ambiwalentnych wizjach, które ma co noc, i to w czasie gdy politycy i ekonomiści (również z krajów, które odpowiedzialnie traktują finanse – jak Niemcy) próbują przywrócić ład w Europie ? To nazywam groteską. Choć sam mam przywilej rozumienia co chciał on wyrazić jako trader.

 

I sprawa ekspertów na koniec. Opowiem jak sam to widzę:

Jeśli do studia przychodzi ekspert to oczekuję, że wyłoży mi sprawę wszechstronnie czyli z kilku punktów widzenia, że powstrzyma się od radykalnych opinii na rzecz profesjonalnego opisu tematu, że wskaże i słabe i silne strony, że opowie o różnych scenariuszach na przyszłość. Jeśli dziennikarz nie jest ekspertem w jakiejś domenie to jest ryzyko, że zaprosi jakichś kosmitów, jeśli ma możliwości zaprosi kilku aby mogli pokazać sprawę z różnych stron. Tak właśnie działa BBC choć nawet im mogą zdarzać się wpadki jak widać.

 

—Kat—

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

8 Komentarzy

  1. GZalewski

    jak dziecko, jak dziecko 🙂
    “Jeśli do studia przychodzi ekspert to oczekuję, że wyłoży mi sprawę wszechstronnie czyli z kilku punktów widzenia, że powstrzyma się od radykalnych opinii na rzecz profesjonalnego opisu tematu, że wskaże i słabe i silne strony, że opowie o różnych scenariuszach na przyszłość.”

    Kat – nie oglądasz mediów finansowych zbyt wiele. Ale to o czym piszesz to marzenie nie do zrealizowania.
    Masz zwykle kilka minut na to, zeby cos powiedziec. NIe ma mozliwosci zeby cos zaprezentowac, mozna probowac “zaszokowac”, “wylasnowac sie”, “zaintrygowac” itp itd.
    KIlka wpisow temu polecałem pewną pozycję. Zrobie to jeszcze raz
    http://ksiegarnia.pwn.pl/produkt/10578/o-telewizji-panowanie-dziennikarstwa.html

  2. funkcjonariusz_z_boru

    Problem z ekspertami w TV jest taki, że budzą zainteresowanie bardzo małej grupy telewidzów a dużą grupę nudzą i zniechęcają do oglądania programu czego efektem jest zmiana oglądanej stacji.
    Szczególnie dla stacji komercyjnych (bez dofinansowania z budżetu) zarabiających na oglądalności reklam, wniosek jest taki: mniej ekspertów i poważnej dyskusji a więcej rozrywki i pseudoekspertów.

  3. blackswan

    ktos z was czytal “The Wisdom of Crowds” Surowieckiego? Jesli nie, to polecam.

  4. GZalewski

    @blackswan
    Mi sie nie podobala.
    Miedzy innymi dlatego nie recenzwoalem jej na blogach bossowych.
    Troche zjadal swoj wlasny ogon w pewnym momencie i raczej naciągał koncepcję

  5. blackswan

    ciekawe;
    Ja w kolei z wieloma tezami sie zgadzam, jednak zdaje sobie sprawe, ze w przypadku kiedy pojedynczy gracze wplywaja na siebie nazwajem w przypadku wlasnych prognoz etc. (np. analitycy w tym samym banku badz tez nawet w tych samych kregach) to usrednianie jest obarczone bardzo powaznym bledem i nie mozna porownywac jego efektu do sytuacji kiedy poszczegolne jednostki podejmuja decyzje niezaleznie od siebie. Domyslam sie, ze to mogl byc jeden z tych obszarow ksiazki ktory byl dla Ciebie naciagniety…

    Tak czy siak moim zdaniem ksiazka ta ma ten bardzo duzy walor, ze zwraca uwage na pewne kwestie, ktore sa niezaprzeczalne. Natomiast z racji faktu, ze wiele opisanych historyjek ma charakter anegdotalny, ciezko jest traktowac ta ksiazke jako dzielo skonczone.

  6. lesserwisser

    “Sprawa zabezpieczenia czyli „hedging”. Przypuszczam, że z wszystkimi Czytelnikami zgodzę się bez ceregieli na temat tego jak on powinien wyglądać i jak się go stosuje. Nie w tym jednak rzecz. Rastani zapytany o poradę mówi: grajcie na spadki albo zabezpieczajcie się.”

    A ja akurat nie bardzo wiem jak on wygląda *ten hedging) i jak się go stosuje w przypadku akcji, więc nie ma się co ze mną zgadzać, nawet z ceregielami.

    Jeśli Rastani mówi grajcie na spadki albo zabezpieczajcie się to jakie formy i sposoby zabezpieczenia przed spadkami może mieć na myśli?

  7. blackswan

    “Jeśli Rastani mówi grajcie na spadki albo zabezpieczajcie się to jakie formy i sposoby zabezpieczenia przed spadkami może mieć na myśli?”

    wszelakie; w jednym ze swoich wpisow odnosnie Rastaniego podalem link do wywiadu w BBC radio z jego udzialem oraz jednego pana z BNP Paribas. W tym wywiadzie z tego co pamietam podal przyklady hedgingu w jego rozumieniu tego slowa… ale niebezpiecznie blisko dotykamy bardzo rozleglego tematu, ktory jak slusznie zauwazyles, ma w sobie troche wiecej niz tylko ceregiele.

  8. kathay (Post autora)

    Grzegorz – padło wcześniej pytanie jak wyobrażam sobie eksperta. Wiec odpowiedziałem 🙂
    Jeśli ma klasę da sobie radę w kilka minut, a tym bardziej w dłuższej dyskusji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *