Ile trzeba stracić by zyskać? część 2

 

Mam nadzieję, że w poprzednim wpisie udało mi się przekonać choć kilku podchodzących na serio do giełdy inwestorów do zarzucenia myśli o mentalnym spisywaniu na straty jakichkolwiek kapitałów.

Dla wzmocnienia przemyśleń o „mentalnym księgowaniu” i wielkości puli kapitału przeznaczonego na zakup akcji jeszcze kilka ciekawostek z arsenału naszych psychologicznych niedoskonałości.

 

Behawioryści zidentyfikowali kolejny efekt, który zakrzywia nasze podejście do zysków i strat, po angielsku zwany „house money“. Jego rodowód sięga hazardu i tłumaczy się jako „pieniądze kasyna”, a w finansach „pieniądze rynku”. Aby go wyjaśnić sięgnę do przykładu z książki „Inside investor’s brain”, której wprawdzie nie dysponuję pod ręką na wakacjach, ale mam nadzieję wiernie zacytuję (a nawet jeśli nie to sens pozostanie bez zmian):

Świeżo poślubiona para spędza miesiąc miodowy w Las Vegas, stolicy hazardu. Przegrywają wszystkie pieniądze. Ostatniej nocy on znajduje zabłąkany w kieszeniach banknot 5 $ i zostawiwszy po cichu małżonkę w objęciach Morfeusza po raz ostatni idzie szukać szczęścia w kasynie. Okazuje się, że to wieczór przełomowy i wreszcie dopada go niesamowita passa. Po kilku godzinach gry jego stan posiadania sięga 6 milionów dolarów. Niestety hotelowe kasyno nie może przyjąć tak wysokich obstawień na jakie stać pana młodego więc zmienia on lokal, a tam postanawia zagrać va banque. Całość kładzie na jeden numer w ruletce i… przegrywa. Rano przyznaje się małżonce do porażki. Ona zapytuje jedynie dla formalności:

– A ile przegrałeś kochanie?

– Niewiele najdroższa, tylko… 5 dolarów…

To pokazuje jak zyski, które wyciągamy z gry czy giełdy są nierozważnie księgowane jako kapitał „na straty”. Jak mówi pewne powiedzenie: „easy come, easy go” czyli po naszemu „łatwo przyszło, łatwo poszło”. To kolejny błąd naszej niedoskonałej inteligencji – z łatwością godzimy się na stratę zdobytych zysków, dużo łatwiej niż gdy poświęcić musimy nasze własne środki. Tak objawia się kryzys racjonalnego myślenia,  nie traktujmy pieniędzy jako „moje” i “nie moje bo zdobyte”. To kolejne świadectwo braku szacunku dla naszej kompetencji, wysiłków, poświęconego czasu.

 

Na szczęście najnowsze prace akademickie dowodzą, że przy odrobinie świadomości i wysiłku wolnej woli potrafimy dostosować nasze umysły do tego rodzaju sytuacji. Jak? Recepta jest prosta ale trzeba ją sobie uświadomić i wytrenować: w miarę przyrostu zysków podnosimy w głowie poziom kapitałów uważanych za „własne” i bronimy go jak niepodległości bez zbyt łatwego odpuszczania pola zaborczemu rynkowi.

In minus trzeba natomiast skonstatować fakt działań umysłu po przeciwnej stronie, również wykazany przez naukowców – oddawanie pola rynkowi po pojawieniu się strat. Jeśli od momentu zakupu kurs naszych akcji spada to niestety zbyt łatwo godzimy się z obniżaniem progu tego „co nasze”. O ile w fazie początkowych spadków oczekujemy przynajmniej powrotu kapitału do punktu zero, o tyle w trakcie coraz to niżej pojawiających się minimów obniżamy swój poziom wyjścia z rynku, godząc się mentalnie zrealizować stratę.

 

Kolejny czynnik, który ma znaczenie przy określeniu wielkości kapitał jaki jesteśmy gotowi poświęcić podczas spadków na giełdzie to pochodzenie naszego majątku. Im łatwiej go uzyskujemy tym łatwiej tracimy do niego szacunek i godzimy się na stratę. Wystarczy poddać wartościowaniu nasz rachunek gdy jego zawartość pochodzi z wynagrodzeń za naszą ciężką pracę  i porównać do źródeł posiadania mających swe korzenie w spadku, wygranej czy innych owocach szczęśliwej fortuny. Mentalne księgowanie nadaje kapitałom z tych ostatnich miejsc mniej istotne znaczenie i w rezultacie powoduje nonszalanckie podejście. To błąd, potwierdzi to pewnie większość z listy najbogatszych. Nie umniejszajmy wagi żadnych kapitałów w naszej dyspozycji. Jeśli przyłapiemy się tego rodzaju księgowaniu to rozwiązaniem byłoby zaangażować w giełdę kapitał własnoręcznie zdobyty a wydawać na bieżąco pieniądze, które zdobyliśmy w łatwiejszy sposób. To bez znaczenia z punktu matematycznego ale chodzi o trik, który ma uspokoić przede wszystkim podświadomość.

 

I jeszcze jeden choć nie ostatni efekt „księgowości”: stopień ponoszonego ryzyka i oczekiwań zyskowności, które zakrzywiają nasze podejście do pieniędzy. Ktoś posiadający milion złotych dysponuje większą swobodą wyboru zaangażowania w grę z rynkiem niż osoba mająca na rachunku 10 000 PLN. Oto bowiem inwestycja przynosząca roczny zysk 10% (tak mniej więcej rosną indeksy giełdowe) zaowocuje profitem 100 000 PLN w przypadku bogatego i tylko 1000 PLN biedniejszego. Księgowość pcha więc tego drugiego w kierunku podejmowania dużo bardziej ryzykownych inwestycji a więc i wyższego ryzyka straty. To jedna z przyczyn dla których często uważa się , że „pieniądz lubi pieniądz” czyli bogaty się bogaci a biedniejszy niemal wyszarpuje swój zysk od życia.

 

No dobrze, ale jak w takim razie rozwiązać problem „kapitału na straty”?

O tym w kolejnym wpisie.

 

—Kat—

 

 

 

 

 

 

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

13 Komentarzy

  1. rekin

    Doktoryzujesz sie z teorii rynków….
    Metalne ksiegowanie jest ważne …. i mam odmienne zdanie. Sa ludzie ktorzy glupio sie zachowuja myslac o “wlasnych” a prawidlowo gdy pieniadze sa “cudze”. To zalezy od czlowieka. Znam wielu ktorzy graja tylko za “zyski” z innych lokat i pomnazaja pieniadze. Jednak gdy graja “za swoje” popelniaja glupie bledy zwiazane ze strachem. Zapewne znasz wielu ludzi ktorzy graja “za pieniadze na zycie” i przegrywajac proboja sie odegrac. Podczas gdy na codzien grajac cudzymi wygrywaja. Kazdy musi sobie to sam ulozyc. Jak np ksieguje codziennie stan portfela po cenie stop lossa.

  2. lesserwisser

    Ja wiedziałem, że jest coś takiego jak “mentalność księgowego” no a teraz widzę, że mamy też “księgowość mentalną”.

    No to ja się zapytowywuje rachmistrzów mentalnych, jak traktować następujący przypadek, to w nawiązaniu do tej kwestii o 5 dolarach straconych.

    Trzej koledzy, z jednej firmy (platformy wiertniczej) – Rychu, Zbychu i Grzechu byli na spotkaniu – sympozjum w pewnym hotelu, gdzie było też kasyno. W ramach programu rozrywkowego każdy kursant dostał specjalny żeton o wartości 100 zł, by sobie trochę pohazardowali na automatach albo ruletce. Żeton ten nie był wymienialny na pieniądze.

    Trzej przyjaciele, z boiska, postanowili zagrać w ruletkę i solidarnie każdy postawił na szczęśliwą 13. Okazało się, że im się POszcześciło, gdyż kilka razy pod rząd wypadła 13, tak że im się wyłożona stawka skumulowała się do 1 miliona złotych, u każdego.

    Grzechu mówi sobie mam dosyć, wystarczy, i odchodzi od stołu z milionem.

    Rychu postanawia grać dalej dopóki dobra passa się nie skończy i w końcu odchodzi od stołu z 500 tysiącami.

    Zbychu natomiast tak się POdjarał, tak go wciągło, że spłukał się do cna, bo szczęście się od niego niespodziewanie odwróciło.

    No a teraz wreszcie czas na pytania zasadnicze.

    Grzechu jest chyba do przodu dużą bańkę, bo wygrał 1 milion, nieprawdaż?

    Ale czy Zbychu stracił milion czy też nic nie stracił (bo przecież dostał żeton) czy może tylko nic nie zarobił?

    Ale co z Rychem, czy on zarobił 500 tysięcy czy też może stracił pół miliona?

    Oto jest pytanie!

  3. lesserwisser

    A może Rychu i zarobił i stracił pół bańki?

    He,he,he.

  4. lesserwisser

    A jak Rychu zarobił i stracił pół bańki, to bilans wyszedł mu na zero, czyli nie POwinien nie mieć nic.

    Tak przynajmniej POwinno wynikać z logiki, rachunków i rachunkowości (niementalnej). 🙂

    Tak więc bezpodstawne będzie obciążanie go POdatkiem od wygranej.

    PS

    Sorry ale tę manierę to POdłapałem od Zalewskiego. 🙁

  5. GZalewski

    człowiek to juz nawet literówek nie moze sobie robic, bo sie stały polityczne. Ale poniewaz jestes druga osoba, ktora mi na to zwraca uwage, bede pilnował (kurcze “Po” zbyt czesto wystepuje na początku zdania i za blisko są klawisze)

  6. lesserwisser

    “za blisko są klawisze”

    fat finger ?

    Co to się POrobiło!

    No znowu. Tfu trzeba się lepiej pilnować albo lepiej trzeba się pilnować. 🙂

  7. rekin

    lesserwisser: To prosta odpowiedz. Portfel i “posiadane aktywa” wyceniaj po maksymalnej stracie. Jesli wygrales milion i ten milion chcesz postawic to dalej masz 1 dolara. Jesli wygrales milion i planujesz postawic maks 100tys to masz 900tys. W wypadku gieldy jest jeszcze fajniej bo masz stoploss wiec stawiasz milion i ksiegujesz te 950tys

  8. tomekxl

    “Grzechu jest chyba do przodu dużą bańkę, bo wygrał 1 milion, nieprawdaż?Ale czy Zbychu stracił milion czy też nic nie stracił (bo przecież dostał żeton) czy może tylko nic nie zarobił?Ale co z Rychem, czy on zarobił 500 tysięcy czy też może stracił pół miliona?Oto jest pytanie!” Odpowiedź jest prosta Grzechu zarobił bańkę, Zbychu stracił bańkę, a Rychu stracił 500 tys. Typowy przykład księgowości mentalnej – różnicowanie wartości pieniędzy w zależności od sposobu ich zdobycia lub czasu posiadania. W pewnym momencie cała trójka miała po bańce. Gdybyśmy znali tą opowieść tylko od tego momentu to chyba odpowiedź byłaby łatwa.

  9. lesserwisser

    @ tomekxl

    “Odpowiedź jest prosta Grzechu zarobił bańkę, Zbychu stracił bańkę, a Rychu stracił 500 tys.”

    Odpowiedź może jest i prosta ale nie jestem pewien czy jest aż taka oczywista i czy wszyscy odpowiedzą tak samo, jeśli odpowiedź jest (ma być taka oczywista).

    To, że Grzechu zarobił bańkę jest chyba bezdyskusyjne.

    To, że Zbychu stracił bańkę już nie jest wcale takie oczywiste, o czym niżej.

    Kwestia wyników Rycha stanie się jaśniejsza po uzupełnieniu założeń wywodu o poniższe deliberacje. Celowo nie dawałem przykładu/wariantu pośredniego, nie chcąc od razu ukierunkowywać myślenia odnośnie Rycha a tylko zwrócić uwagę na pewien paradoks myślenia, różnymi kategoriami.

    No więc teraz rozpatrzy takie oto dwa warianty pośrednie.

    Załóżmy, że Zbychu odchodzi od stołu z wygraną 250 tysięcy, to idąc twoim tokiem rozumowania należałoby powiedzieć, że Zbychu stracił 750 tysięcy, choć przystępując do gry nie miał nic a skończył ją przecież z wygraną w wysokości 250 tysięcy.

    Powiem tak, chciałbym być zawsze taki przegrany. 🙂

    Podobnie, zgodnie z takim punktem widzenia, gdyby Rychu odszedł od strony z kwotą 600 tysięcy, to czy wtedy mówiąc, że stracił 400 tysięcy wypaczalibyśmy istotnie rzeczywisty obraz gry.

    Przeciez Rychu mógłby powiedzieć żonie, że hazardując stracił 400 tysięcy, więc musi się ona opanować z zakupami, podczas gdy mówiąc to zatają fakt, iż jest do przodu o dodatkowe 600 tysięcy więc ona mogłaby sobie poszaleć teraz z wydatkami.

    Trudno nie dostrzec śladów pewnego nonsensu w takim rozumowaniu i nie mieć uzasadnionych wątpliwości co do jego poprawności.

    “Typowy przykład księgowości mentalnej – różnicowanie wartości pieniędzy w zależności od sposobu ich zdobycia lub czasu posiadania.”

    Mimo, że mnie wcale nie przekonujesz to jednak słusznie zwracasz uwagę na, chyba istotny, fakt różnicowania wartości pieniędzy (rozumiem to wysokości rezultatu) od czasu ich posiadania, a ścislej mówiąc od momentu wyjścia analizy.

    To jest czy za stan odniesienia przyjmiemy punkt wyjściowy (to jest stan w portfelu przed rozpoczęciem gry), stan końcowy (kwota z jaką odchodzimy od stołu) czy jakiś stan pośredni (ze wszelkimi tego skutkami dla optyki finansowej).

    Myślę, że nadal nie mamy pełnej jasności, w temacie Mariola, i trzeba się chyba bardziej postarać.

  10. tomekxl

    do lesserwisser : musisz poczytać o ekonomii behawioralnej.

  11. lesserwisser

    @ tomekxl

    Najwidoczniej, choć nie widzę związku.

  12. tomekxl

    lesserwisser : Związek jest taki że ekonomia behawioralna wyjaśnia kwestie o których dyskutujemy.

  13. lesserwisser

    @ tomekxl

    Rozumiem, poleć więc jakieś pozycje warte przeczytanie, w tym względzie.

    W międzyczasie jednak bądź uprzejmy wyjaśnić mi gdzie i dlaczego popełniam błąd w swoim rozumowaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *