Tym razem jest (jednak) inaczej

Hossa społecznościowa, związana z debiutami firm posiadającymi różnego rodzaju portale/usługi społecznościowe w Internecie trwa. LinkedIn, Groupon i oczywiście Facebook co prawda nie zarabiają ale są wyznacznikiem „nowej jakości w sieci”. Na razie mamy za sobą fantastyczny debiut LinkedIn, który sprzedawany był w ofercie publicznej po 45 dolarów, zadebiutował zaś – kilka tygodni temu – na giełdzie nowojorskiej po 83 dolary, by w dniu debiutu osiągnąć cenę nawet 122.70 dolarów. Wczoraj kurs zamknięcia wynosił 77.82 dolary, co oznaczało, że był w pobliżu swoich dotychczasowych minimów (2 czerwca kurs najniższy wyniósł 75.20).

Przed nami debiut Groupon i oczywiście Facebooka. Ale już teraz pojawiają się niemal „klasyczne” analizy czy opinie tłumaczące, dlaczego wyceny spółek „społecznościowych” są uzasadnione. Jeden z takich komentarzy pojawił się w felietonie Tomasza Manowca na stronach parkiet.com.

Pozwolę sobie zwrócić uwagę na kluczowe cytaty (podkreslenia moje):

„Pod koniec lat 90. wyceny spółek internetowych w stosunku do ich przychodów (o zyskach nawet nie było mowy) sięgały mnożników rzędu kilkuset czy nawet kilku tysięcy. Za duże sumy sprzedawano nawet spółki nieprzynoszące jeszcze przychodów, a najlepszym wskaźnikiem był stosunek ceny do liczby kliknięć. Natomiast obecnie większość spółek wyceniana jest na kilkakrotność ich rocznych przychodów. Nie twierdzę, że to mało, ale przede wszystkim nie są to poziomy sprzed dziesięciu lat, a poza tym oparte są na bardziej racjonalnych oczekiwaniach wzrostu. W dzisiejszych czasach rynek rozumie już, ile można zarobić w Internecie i jak to przeliczyć na wartość akcji.”

 

Czyżby rynek nagle stał się racjonalny? I już wszystko potrafi wycenić. Choć nie wiadomo w jaki sposób ma się to do możliwego zysku, przy na razie gigantycznych stratach?

„Poza tym od pierwszych ostrzeżeń o narastaniu bańki do jej pęknięcia mija zawsze długi okres, nawet kilka lat. W tym czasie wszyscy pozostający sceptykami określani są jako nierozumiejący tematu i niedostrzegający, że „tym razem jest inaczej”. A na razie raczej więcej jest opinii, że ceny są astronomicznie wysokie, niż że są uzasadnione.

Tego rodzaju zastrzeżenia są o tyle interesujące, że teoretycznie zakładają krytycyzm autora. Z jednej strony pisze, że jeszcze nie ma objawów bańki, bo za mało jest tych, którzy piszą o uzasadnionych wycenach, zwracając uwagę na zbyt wysokie poziomy, by za chwilę samemu udowadniać, że jednak są uzasadnione.

„W efekcie sytuacja jest taka, że tylko kilka głośnych spółek zostało bardzo wysoko wycenionych przez rynek lub prywatnych inwestorów (Facebook – 30x przychody, Groupon – 20x, Twitter – 30x). Wyceny te oparte są na bardzo optymistycznych oczekiwaniach, które mogą się nie spełnić, co spowoduje załamanie kursów w przyszłości i przyniesie olbrzymie straty. Realizacja zakładanego przez inwestorów scenariusza nie jest jednak wykluczona. Warto przypomnieć, że Google debiutował w 2004 r. z mnożnikiem cena do przychodów na poziomie około 10 w czasach znacznie gorszej koniunktury niż obecna. Jak się okazało, początkowo wygórowana wartość (jak w przypadku LinkedIn) była w pełni uzasadniona przyszłym wzrostem – obecna wartość spółki, po prawie 20-krotnym wzroście kapitalizacji od dnia debiutu, stanowi 20-krotność rocznego zysku netto.”

 

Autor w jednym akapicie wymieszał zyski z przychodami. Zyski, które w roku debiutu (2004) już notowało Google, a którego do dziś nie odnotował LinkedIn. Ale od czego są przychody lub dowolna inna wartość. I tak jak przy poprzedniej hossie internetowej mówiono, że zyski się nie liczą ( w końcu mamy zupełnie INNY rodzaj biznesu), tak teraz autorzy mówią – jesteśmy mądrzejsi, klikalność się nie liczy, liczą się przychody, wielkość społeczności, liczba interakcji między ludźmi w ramach tychże społeczności. A zyski…. Tym razem jest inaczej.

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

2 Komentarzy

  1. reptile

    To tak jakby wróżyć bańkę w mediach takich jak TV,Gazety gdzie 85% przychodu to zyski z reklam, a koszt abonentowy czy cena gazety to sprytny chwyt taniości i racjonalnosci egzystowania takiego produktu.
    Problem w tym, że produktem nie jest stacjatv, gazeta czy portal lecz użytkownicy, którzy są sprzedawani jako produkty. W kwestii racjonalności i krytyki proponuje porównać wartość ludzkiej jednostki = user / platforma. Preferencje dla internetowego świata bardziej się zmieniają w stosunku do np. konserwatywnej tv, ale być może i z TV stanie się to co z czytelnikami gazet.. co już “mądrzejsi” zapowiadali. Pytanie czy dynamika tych zmian vel baniek powinna nas dziwić..

  2. reptile

    Po za tym “architekci” społeczni.. potrafią lepiej docenić takie rzeczy jak FB,Twit.. etc… niedopełnienie formalności w analizach to przecież standard 🙂
    Choć te logiczne kwiatki w artykule sprowadzają wybitnie na manowce…

    Why?Oh why..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *