„300 dolarów za baryłkę”

Rynek ropy nie ma ostatnio szczęścia. Na pierwsze strony gazet przebijają się raczej towary rolne (jak bawełna czy kukurydza) lub metale (jak miedź czy srebro). Tymczasem cena ropy brent (z Morza Północnego) przekroczyła pułap 100 dolarów. Zapewne część tego braku zainteresowania wynika z niższej wyceny ropy WTI – która po dotarciu do 93 dolarów zawróciła na południe.

Niemniej w środowisku trwa spór o to, który rynek lepiej oddaje dziś sytuację w globalnym popycie i który będzie musiał poddać swoje założenia. Nieliczni sięgają jednak dalej i patrzą nie na kilka kolejnych miesięcy, ale do roku 2020. Jednego z prognostów przesłuchał ostatnio tygodnik Barron’s. Człowiek, którego przedstawia się, jako obecnego na rynku ropy od 1957 roku sygnalizuje, iż w roku 2020 baryłka ropy będzie kosztowała 300 dolarów – po uwzględnieniu inflacji – daje to około 225 dolarów w dzisiejszych cenach. Ciekawostką tego wywiadu jest jednak coś zupełnie innego niż prognoza ropy po 300 USD, bo – prognoza, jak to prognoza – może być błędna.

Ważniejsze są sygnały, iż poważne napięcia pomiędzy popytem a podażą pojawią się dopiero w roku 2015, kiedy możliwości produkcyjne na świecie osiągną maksimum i przez kolejne lata rynek czeka raczej równowaga pomiędzy wzrostem zapotrzebowania na ropę a podażą ze strony producentów. Oczywiście w prosty sposób mamy tu nawiązanie do teorii szczytu wydobycia ropy na świecie (oil peak), ale akcenty rozłożone są nieco inaczej niż w alarmistycznych tekstach zwolenników tej teorii.

Pierwszą tezą jest to, iż nie załamie to światowej gospodarki. Wzrosną koszty produkcji, inflacje będą większe, ale fakt stopniowego wzrostu ceny ropy a nie skok ze 100 USD do 300 USD w rok, spowoduje, iż recesji nie będzie. Drożejąca po około 10 procent rocznie ropa wytworzy presję na szukanie alternatyw, z których na plan pierwszy wybije się gaz ziemny – inne będą miały marginalne znaczenie.

Nie byłbym sobą, gdybym kolejny raz nie podkreślił, iż szukanie swojej szansy na rynku ropy, która – zmierza lub nie – w rejon 300 dolarów za baryłkę, wymaga skierowania własnej uwagi nie tylko na surowiec, ale również na rynek spółek wydobywczych. Analityk przepytywany przez Barrons’a sugeruje kanadyjskich „wyciskaczy ropy” z piasków, ale nie można pominąć w tym wywiadzie najważniejszej tezy:  przyszłość mają te spółki, które będą potrafiły kontrolować swoje koszty lepiej od innych a szczególnie dobrze – należy dodać – będą radziły sobie te, z dostępem do źródeł.

Na marginesie tego wywiadu-prognozy powstaje pytanie, jaką odpowiedź na podwojenie ceny ropy w połowie bieżącej dekady przyniesie polityka. Już dziś widać, że wysokie ceny  zaczynają budować napięcia polityczne w krajach, gdzie żywność stanowi najważniejszą część konsumpcji w portfelach obywateli. Nikt nie ma wątpliwości, iż rewolta w Egipcie nie byłaby możliwa, gdyby nie 12-procentowa CPI –  podobne wskaźniki wzrostu cen mają np. Pakistan, Libia, Iran czy Rosja.

Nie przypadkowo władze tych krajów, coraz częściej, domagają się zakazu spekulacji towarami rolnymi z akcentem na pszenicę czy kukurydzę. Kto wie, czy nie doczekamy jeszcze za naszego życia nacjonalizacji spółek paliwowych i większego udziału państwa w sektorze wydobywczym i wytwórczym. Jeśli możliwy był masowy bail-out sektora bankowego i nacjonalizacja funduszy emerytalnych, to co powstrzyma polityków i większość społeczeństwa od przejęcia spółek paliwowych, gdy za litr benzyny przyjdzie płacić powiedzmy 10 zł?

[Głosów:0    Średnia:0/5]

1 Komentarz

  1. romi

    proste.spekula przesadza.banki kroja nas wszystich jak chca.korporacje dobijaja stary swiat.a jesli chodzi o rope.kupie elektryka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *