Dwa tygodnie wcześniej pozwoliłem sobie na notkę na temat pierwszego na GPW funduszu typu ETF. Użyłem wobec polskiego rynku określenia, iż w globalnym obiegu jesteśmy żebrakami, którzy nie mogą wybierać sobie ETF-u – dziś powiedziałbym niczym chińska księżniczka. Dostałem kilka maili – delikatnie sumując – wyzywających mnie od wrogów Polski. No cóż, człowiek pisze a Pan Bóg sensy nosi.
Czuję się jednak w obowiązku wytłumaczenia się z pewnych tez. Z pomocą przyjdzie mi najnowszy numer amerykańskiego magazynu Smart Money, który zamiast skupiać się na pozytywach ETF-ów akcentuje ryzyka. Oczywiście tekst odnosi się do doświadczeń z rynków rozwiniętych, na których ETF-y dawno przeszły z zakładki „nowinki” do zakładki „nowa moda”. Niemniej uważny czytelnik szukający swojego punktu widzenia w dyskusji na temat modelu polskiego ETF-u powinien odnotować kilka faktów.
Wedle SmartMoney od początku 2008 roku z rynku zniknęło 140 ETF-ów, na które zwyczajnie nie było popytu uzasadniającego biznesowe istnienie. Większość nie osiągnęła progu opłacalności, za którą uznaje się barierę 50 mln dolarów. Na dziś ciągle 40 procent tego typu funduszy jest pod progiem uzasadniającym ich istnienie. Smartmoney skupia się na ryzyku dla inwestora, ale pisząc swoją notkę starałem postawić się w pozycji wprowadzających ETF w Polsce i stąd przyklasnąłem zarówno GPW, jak i Lyxor’owi podjęcie ryzyka, które było czytelne dla każdego śledzącego rynek w nieco szerszej perspektywie.
Mówiąc obrazowo z punktu widzenia biznesowego ETF na WIG20 mógł okazać się kometą, która wzbudzi troszkę oklasków i nieco emocji, ale przyniesie realne straty nie tylko finansowe, ale również prestiżowe. Z drugiej strony brak ETF-u na WIG20 przy czytelnej popularności kontraktów na WIG20 stawiał GPW w gronie giełd, która powinna mieć swój ETF i należało zrobić wszystko, by taki ETF zaistniał. Widać zatem, że mimo gorzkiej prawdy o pozycji GPW w światowym obiegu – de facto – chwaliłem pojawienie się funduszu.
Przy okazji tekst w SmartMoney ucieszy krytyków mojej pochwały, bo pokazuje ryzyka, z którym borykają się inwestorzy na rynkach bogato pokrytych ofertą ETF-ów. Najkrócej mówiąc inwestor, który ma duży wybór zwyczajnie poczekałby na moment, w którym ETF przekroczyłby szacowany prób opłacalności minimalizując ryzyko jego zamknięcia zanim zacznie przynosić postawione przed nim zadania – zarówno po stronie wprowadzających, jak i inwestujących. Z tej perspektywy komentatorzy krytyczni do mojej pochwały mieli rację akcentując własne obawy.


Dodaj komentarz