Na dniach miną trzy miesiące od momentu, w którym z platformy wiertniczej BP zaczęła sączyć się ropa do Zatoki Meksykańskiej. Emocje, jakie wywołuje sam wyciek i jego konsekwencje zdają się zataczać coraz szersze kręgi. W grę włączeni są już najważniejsi politycy po obu stronach Atlantyku. Nie brakuje też głosów, iż amerykański przemysł naftowy nie odpuści okazji, by pozbyć się z rynku brytyjskiego konkurenta, który jak się spekuluje może ogłosić bankructwo.
Z punktu widzenia rynku ropy całość tego zamieszania zdaje się nie wykraczać poza szum. Potencjał platformy Deepwater Horizon szacuje się na około 160.000 baryłek dziennie. Wedle wewnętrznych szacunków BP do Zatoki Meksykańskiej może wyciekać około 100.000 baryłek, ale naukowcy zdają się mówić raczej o połowie tej kwoty. Jeśli przyjąć, iż świat potrzebuje dziennie do 90 mln baryłek ropy, to straty związane z brakiem eksploatacji złoża nie mają najmniejszego znaczenia.
W istocie mimo szumu i stałej obecności Zatoki Meksykańskiej w mediach, cena ropy na przestrzeni trzech miesięcy w minimalnym stopniu poddała się informacjom, iż najważniejszy ośrodek wydobywczy w Stanach Zjednoczonych, jakim pozostaje Zatoka Meksykańska, może mieć kłopoty z eksploatacją złóż podmorskich. Batalia sądowa o moratorium na nowe odwierty podsyca informacje, iż konsekwencją będzie wzrost cen ropy w przyszłości. Jednak – jak ilustruje poniższy wykres – w ostatnich trzech miesiącach to relacja pomiędzy ropą a dolarem pozostała kluczowym czynnikiem kształtującym wycenę surowca, a nie spadek wydobycia, więc czytelnie rynek miał ważniejsze sprawy niż kłopoty branży w USA.

(skala pokazuje cenę baryłki ropy w dolarach)
Dlatego na całość warto spojrzeć z innej perspektywy. Jak zawsze w takim momentach sztaby od public relations wymyślają własne opowieści. Po stronie lewicującego prezydenta USA grają zwolennicy podkreślający katastrofę ekologiczną i gospodarczą oraz obecną w społeczeństwie niechęć do wielkich koncernów naftowych, które w USA mają przyklejoną maskę wywołujących wojny dla prywatnych zysków. W przypadku koncernów naftowych, którym grożą straty związane z brakiem eksploatacji źródeł, muszą dominować akcenty straszące większym uzależnieniem od ropy z Bliskiego Wschodu, spadkiem bezpieczeństwa energetycznego i wreszcie wyższymi cenami paliw na stacjach.
W tym całym szumie słabo przebijają się opinie, iż świat poradziłby sobie bez nowych odwiertów w regionie, ale nie przełknie strat gospodarczych, jakie poniosłyby amerykańskie stany leżące w sąsiedztwie Zatoki Meksykańskiej, gdzie przemysł naftowy jest podstawą lokalnych ekonomii. Dlatego trzeba między bajki włożyć obawy, iż katastrofa ekologiczna powstrzyma wydobycie ropy z podwodnych źródeł a na świecie zabraknie w przyszłości ropy z regionu. Wydobycie leży w interesie USA, lokalnych władz i obywateli zamieszkujących wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. To mieszanka gwarantująca eksploatację złóż do ostatniej opłacalnej kropelki.


Dodaj komentarz