Składowe inwestycyjnej porażki część 1

Obserwacja i uczenie się na podstawie zidentyfikowanych błędów innych inwestorów to proces nie mniej ważny niż naśladownictwo luminarzy. Najdziwniejsze jest to, że w tym biznesie dokładnie te same błędy rodzą się i umierają z każdym kolejnym cyklem inwestycyjnym (np. hossa-bessa na akcjach) a każda nowa, kolejna fala kandydatów na milionerów wchodzi na rynek z zupełną ich nieświadomością. I to w dobie totalnej informatyzacji i medialnej hiperinwazji.

W kwestiach związanych z psychologią inwestowania moim nieustannie ulubionym przewodnikiem jest psycholog z wykształcenia i przy okazji inwestor – Brett Steenbarger. Onże sam prowadzi w chwili obecnej przynajmniej 3 znane mi blogi internetowe, od których często zaczynam internetowy surfing w wolnej chwili. Jeden z owych blogów jest całkiem udanym, profesjonalnym połączeniem jego psychologicznych obserwacji z praktycznymi aspektami inwestycyjnej działalności człowieka. Niejednokrotnie czułem się zaskoczony trafnością wielu refleksji, dużo świeższych według mnie niż te opisane w obu jego książkach ?Enhancing Trader Performance” i  ?The Psychology of Trading”. Nie żebym zniechęcał do ich przeczytania, po prostu blog pisany na żywo ma większy ładunek emocjonalny, szczególnie gdy jest na bieżąco konfrontowany z rzeczywistością i opiniami innych inwestorów.

Ponieważ cała blogosfera opiera się w dużej mierze na odniesieniach i cytatach z innych blogów dlatego i ja pozwolę sobie co jakiś czas zacytować najsmaczniejsze kąski z jego internetowych wypowiedzi, bo szkoda by miały się zmarnować nieodkryte przez polskich inwestorów. I nie przez brak skromności postaram się niektóre rzeczy skomentować – po prostu z perspektywy użytkownika mechanicznych systemów, statystyki i analizy technicznej pewne rzeczy widzę cokolwiek inaczej.  

Od kilkunastu tygodni pozostaję pod wpływem tego oto wpisu i rzeczowej diagnozy autora kilku na poły psychologicznych pułapek stojących za niepowodzeniami na rynku. W wolnym tłumaczeniu postaram się przede wszystkim dość wiernie odtworzyć ich sens choć niekoniecznie zgodzić z każdą uwagą. Właśnie dlatego, że różnimy się nieco perspektywą. Nie mam natomiast wątpliwości co do użytecznej wartości wszystkich jego konstatacji, zacytowanych w dalszej kolejności.

Jedno zastrzeżenie – dla dokładnego opisu niektórych wyrażeń użyję kilku słów, po prostu nie da się ich prosto przełożyć na polski bez szkody dla oryginalnego znaczenia. Drugie zastrzeżenie – Steenbarger nie używa tu słowa ?inwestor” a jedynie ?trader”. To drugie przyjęło się w polskim języku w takim samym znaczeniu jak oryginał czyli najprościej mówiąc – jako określenie rodzaju ?inwestora” o krótszym horyzoncie czasowym, używającego oprócz AF również wykresów, narzędzi z zakresu AT czy wręcz grającego według systemów transakcyjnych, po obu stronach rynku i z użyciem derywatów. Ja również staram się pisać w formie ?trader” choć tam gdzie uzasadnione posługuję się szerszym pojęciem czyli ?inwestor”.   

1/ Około 90% spośród doskonalących się inwestorów nie potrafi/ nie umie wytrwać w procesie prowadzenia merytorycznego dziennika transakcji. W grupie tych, którzy je prowadzą, nieco ponad 90% zapisków jest o samych prowadzących i ich stratach/zyskach. [Natomiast Brett twierdzi, że] w swoich badaniach niemal nigdy nie widział takich dzienników, poświęconych określeniu/ rozszyfrowaniu/ rozgryzieniu rynków.  

Zwróciłbym uwagę na dwie sprawy:

(A)

Grzegorz dopiero poruszał temat dzienników . Steenbarger prowadzi taki dziennik właśnie na swoim blogu (wcześniej były to dwa osobne blogi). W domyśle, jak mniemam, taki rodzaj zapisków to nie tylko forma archiwizacji ale też samokształcenia, samokontroli, wylęgarnia nowych pomysłów czy po prostu dokumentowanie powodów zawarcia transakcji dla lepszej orientacji. Każdy z tych powodów jest dobry dla podjęcia tego typu systematycznej pracy, ułatwiającej jak podejrzewam zapanowanie nad potokiem informacji i mnogością decyzji. Pytanie czy prowadzenie takiego dziennika zwiększa szanse na rynku i skuteczność inwestycyjną ? Pomijam fakt, że wśród tych wspomnianych 90-ciu procentach leniuchów część to choćby zwykli rewolwerowcy wszelkiej maści, typowi gracze, jak choćby bardzo krótkoterminowcy czy skalperzy, którym dziennik do tysięcy transakcji nie jest raczej potrzebny. Czy natomiast owe 10% systematycznie prowadzących zapiski rzeczywiście lepiej radzi sobie na rynku ? Osobiście nie spotkałem na to dowodów więc po prostu tylko zgaduję, że dziennik może być pomocą ale nie na tyle istotną by od niej zależało być albo nie być inwestora. Sam jestem w gronie tych 90% niefrasobliwie nie korzystających z dobrodziejstw dzienniczka. Ciekaw jestem powodów, jakimi kierują się inni, swoje znam dokładnie. Nie czuję takiej potrzeby, moim dziennikiem jest raport z symulacji systemu na nowo dopisywanych danych lub spis transakcji na internetowym rachunku. Pomysły zapisuję co najwyżej na kartce przyklejonej na ramie monitora i jak najszybciej staram się je zakodować czy przetestować w każdy możliwy sposób. Natomiast zaczynając lata temu nie widziałem powodu zapisywania nieudanych transakcji bo motywy tych nielicznych udanych szybko znalazły miejsce w pierwszym szeregu mojej pamięci. Wierzę jednak, że zapiski robione na przykład przez typowo intuicyjnych inwestorów, z czasem pomagają wyostrzyć intuicję i wypracować swoją metodę. Chylę czoła przed tymi, którzy potrafią robić to z pełnym poświęceniem i niezmącenie regularnie a przede wszystkim nie popadają w megalomanię, o której pisze Steenbarger czyli opisywanie samego siebie i nic nie znaczących dla procesu nauki (oprócz celów księgowych)  strat i zysków.   

(B)

Celowo pominąłem powód, dla którego sam autor cytowanego wpisu proponuje prowadzenie dziennika. W oryginale brzmi to: ?figuring out markets” czyli poznanie, rozpracowanie rynków. Są 2 możliwości interpretacji tego ostatniego. Dla mnie ma znaczenie rozłożenie rynku na czynnik pierwsze po to by zrozumieć jego MECHANIKĘ, procesy jakie zachodzą na jego powierzchni i pod nią, dynamikę, płynność, zmienność, wpływy różnych grup inwestorów, korelacja statystyczna z innymi rynkami itd. To wszystko musi znaleźć odzwierciedlenie w moim mechanicznym systemie czy po prostu strategii, z którą przychodzę rynek pokonać, bo ma ona za zadanie uzyskać mniejszą czy większą nad rynkiem przewagę. Ponieważ znam jednak Steenbargera i jego styl dlatego obawiam się, że w tym przypadku dogłębna znajomość rynku oznacza spod jego pióra co innego – identyfikacja wszelkich FUNDAMENTALNYCH podwalin, zależności między nim a gospodarką, polityką, ekonomią, przekopanie wszelkich makroekonomicznych wskaźników, raportów, danych, opinii i rekomendacji oraz ich wpływ na sytuację rynkową, a wreszcie jako pomocne narzędzie analiza wykresów, indykatorów oraz mierników nastrojów. Czy taka znajomość rynków jest rzeczywiście potrzebna i czy można nauczyć się jej z własnych, skrupulatnych zapisków? To ostatnie zapewne, do określonego stopnia, tak. Tylko czy oznacza to permanentny sukces? Mam obawy, że w wielu wypadkach niestety nie. Całe sztaby analityków i głównych ekonomistów banków, funduszy inwestycyjnych czy emerytalnych, robią taką właśnie mrówczą robotę. Efekt jest taki jaki jest- większość z nich nie jest w stanie w długim terminie pobić benchmarku jakim jest indeks danego rynku… Dużo większe szanse dawałbym na poznanie w ten sposób i specjalizację w określonym segmencie typu złoto czy ropa. Poznanie rynku od trzewi fundamentalnych być może zwiększa szansę jego pobicia ale nie daje nigdy gwarancji sukcesu. Czy może inwestorzy czują to intuicyjnie i nie kwapią się do prowadzenia tego rodzaju zapisków? 

Kontr i za argumenty mile widziane. To powyżej to tylko moja wariacja na temat, widziana z 15 letniej perspektywy doświadczeń. Proszę nie traktować tego jako wykładnię ale spojrzenie okiem system tradera. 

Oczywiście ciąg dalszy nastąpi o czym lojalnie uprzedzam znudzonych tematem 🙂

–* Kathay *–

[Głosów:0    Średnia:0/5]

6 Komentarzy

  1. someone

    Ja natomiast zaobserwowalem ze wielu traderow prowadzi te dzienniki, ale niewiele z nich korzysta, tzn nie wraca specjalnie do starszych wpisow celem ich analizy. Ot, takie odrabianie "zadania domowego" – napisalem dzis wpis w dzienniku, wiec wszystko jest ok.

  2. gzalewski

    “dziennik może być pomocą ale nie na tyle istotną by od niej zależało być albo nie być inwestora. ”
    Dokladnie tak.
    Ale dziennik moze uporzadkowac dzialanie tych wszystkich, ktorzy nie wiedzą na jakiej podstawie podejmują decyzje (zwąc to ogolnie intuicją)

    W przypadku “mechaników” dziennikem bedzie raczej dokladne opisanie i przetestowanie systemu. To czy bedzie to na kartce czy w zeszycie czy na HD nie ma znaczenia.
    Pewnie sam masz systemy zaprojektowane lata temu (i albo nie rozwijane, albo zostawione) do których zagladasz co jakis czas, zeby zobaczyc jak sobie by radziły w danym momencie. To wlasciwie nie jest wtedy dziennik transakcji (ten mechanikom jest tak sobie potrzebny dopoki są zdyscyplinowani) tylko “projekt badawczy”

  3. GiełduGiełdu

    Prowadzę dziennik od początku i będę tak robił.
    stosuję systemy mechaniczne, a dziennik wykorzystuje do sprawdzenia, na ile wyniki systemu są zgodne z osiągnięciami na danych historycznych.

    Polecam to innym. Jeżeli ktoś gra na akcjach i kontraktach a BM nie ma oddzielnych rachunków (Bossa ma ), to wtedy zaskoczeniem możę być ile się pojechało (w przód lub częściej w tył…).

    Pozdrowienia,
    GiełduGiełdu

  4. Pawelek

    Oby tylko nie zawierać transakcji, dla ładnego, uporządkowanego i sensownego wpisu w tym dzienniczku …

  5. maki

    Przepraszam, ze znowu psychologicznie, ale to przez ten licencjat:P.

    Zastanawiam sie czy zapisywanie nie jest tez dobre, jako tzw. regula zaangazowania w takiej formie jaka prezentuje Robert Cialdini (i nie chodzi mi o efekt zaangazowania,choc nota bene to chyba generalnie to samo tylko ujete z innej perspektywy). Zapisywanie jako utwierdzanie sie w prowadzonej strategii i potwierdzanie (emocjonalnie) slusznosci decyzji, aby redukowac tym swoja niepewnosc (np. wywolana dysonansem poznawczym).
    Przepraszam jesli cos blednie intepretuje, ale to przez mlodosc (i brak doswiadczenia) :).

  6. itsa

    Prowadzenie dzienniczka dla samego faktu nie tworzy jeszcze z jego posiadacza inwestora czy tez tradera jak kto woli nazywac sie 😉 sam zapis bez analizy jest suchym "faktem" tego co mialo miejsce w przeszlosci bez analizy na przyszlosc a wlasnie o to chodzi by na podstawie historii wyciagac wnioski na przyszlosc. Czyz nie tego oczekuje sie od nas w codziennosci, idac za przyslowiem "czlowiek uczy sie na bledach przez cale zycie"? Czy oby na pewno? Czy pierwsze sukcesy nie "rozmywaja" nam porazek, ktore to wlasnie powinny byc dla nas, inwestorow, traderow prawdziwa nauka przyszlosci? Ot takie moje wlasne przemyslenie po blisko 3 latach na rynku i roznych przejsciach…od stanu pelnej euforii,sukcesow (wrecz prowadzenia dzienniczka i wszelkich wlasnych analiz) po dzien dzisiejszy, pelen zagubienia w podejmowanych decyzjach, liczac troszke na lut szczescia (moze to przez ten chwilowy sukces przeszlosci dzis bladze)…na pewno jedno jest pewne "trend is your friend" i nie ma co walczyc przeciwko 😉 koszty walki sa znacznie wieksze…i bardziej bolesne niz chwilowy zysk, ktory na nowo "oslepia" nas w podejmowanych decyzjach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *