Ile można zapłacić za 120 złotych

„Niezależnie od tego, jak trudny może stać się rynek, początkujący inwestor powinien znaleźć ukojenie w myśli, że człowiek osiąga sukces starając się usilnie postrzegać rzeczywistość taką, jaką ona jest, a nie jaką chciałby ją widzieć”.
Jay M.W.Tadion

Branża budowlana wreszcie przeżywa swój boom. Po latach oczekiwań, że się coś ruszy. Stawiania kolejnych prognoz, dlaczego powinny rosnąć akcje spółek budowlanych notowanych na GPW (np. ponad 10 lat temu zapowiadano, że w związku z końcem wojny w Jugosławii polskie spółki zaczną tam budować domy, co niewątpliwie przełoży się na ich zyski), nastąpił prawdziwy wystrzał.
W trakcie, gdy indeksy akcji warszawskiej giełdy notowały kolejne szczyty, w awangardzie wzrostów znalazły się firmy, które miały choć odrobinę wspólnego z budownictwem, działalnością deweloperską – nawet jeśli była to zaledwie zmieniona nazwa firmy i zapowiedzi zarządu o wejściu w nowy segment działalności. Tak jak zrobiła to pod koniec 2006 roku firma 7bulls, która – warto to przypomnieć – kilka lat wcześniej, w czasie bańki internetowej zmieniła branżę z dystrybutora samochodów na segment technologiczny (myślę, że firma powinna w profilu działania wpisać „zmiana branż na modne”).

Inwestorzy zakochali się w spółkach powiązanych z budownictwem. Atmosferę miłości podgrzewały kolejne doniesienia o wzroście cen nieruchomości, który według opinii przynajmniej części dziennikarzy nigdy już nie miały spaść. Na początku stycznia jeden z krakowskich agentów nieruchomości rekomendował do sprzedaży, za jedyne 89 tysięcy złotych „ciemną ale ustawną” kawalerkę. Atrakcyjności miało dodawać sąsiedztwo wymienionych w ogłoszeniu: „AGH, AP, apteki, dyskoteki, kina, kościół, ośrodek zdrowia, park, poczta, przedszkole, puby, sklepy, szkoła, tereny rekreacyjne, usługi, basen, fitness”.”
Ustawną kawalerką okazała się piwnica o wielkości 9 m2. Nie wiadomo, czy znalazł się chętny nabywca. Nie byłoby w tym jednak nic dziwnego, zważywszy na fakt, że niemal w tym samym okresie spora liczba osób płaciła bez większego problemu 150, 160, 170 a nawet niemal 200 złotych, za coś czego wartość wynosiła 121 zł. W tym wypadku chodziło o certyfikaty inwestycyjne funduszu nieruchomości Arka (BZ WBK), notowane na giełdzie warszawskiej.

Fundusz nieruchomości Arki jest funduszem typu zamkniętego. W uproszczeniu oznacza to, że Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych emituje ograniczoną liczbę udziałów (tzw. certyfikatów), którą można kupić bezpośrednio od towarzystwa zwykle niedługo po utworzeniu funduszu. W przypadku Arki Nieruchomości takiego zakupu można było dokonać w maju 2004 roku. Celem funduszu jest inwestowanie bezpośrednio w nieruchomości. Inwestorzy, którzy decydują się na zakup certyfikatów mają szansę uczestniczyć we wzrostach cen, jeśli kupione przez zarządzających funduszem biura, mieszkania, obiekty usługowe również będą zyskiwały na wartości.
Ci, którzy nie kupili certyfikatów bezpośrednio od towarzystwa mogą próbować kupić je na wtórnym rynku, czyli na GPW.

Wartość aktywów posiadanych przez fundusz wyceniana jest ostatniego dnia każdego kwartału. Od początku istnienia funduszu, czyli połowy 2004 roku do połowy 2006 roku, nabywcy certyfikatów mogli czuć się sfrustrowani. Po dwóch latach inwestycja wzrosła o 2,11 procent, czyli mniej niż wskaźnik inflacji. Jednak już w drugiej połowie 2006 roku „drgnęło” i na koniec grudnia 2006 oficjalna wycena wyniosła 20.94 proc. więcej, niż początkowa wartość certyfikatu.
Dotychczas nic nie zapowiadało nadchodzącego szaleństwa. Transakcje certyfikatami w obrocie wtórnym na GPW były zwykle po cenach zbliżonych do oficjalnych wycen i pojawiały się raczej rzadko. Kilka dni po ukazaniu się ogłoszenia o „ciemnej lecz ustawnej kawalerce” kurs certyfikatów na giełdzie zaczął systematycznie piąć się do góry: 130, 140, 145. W połowie stycznia było to już 160 zł. W krótkim czasie 170, 175. Pod koniec stycznia cena przekroczyła 190 zł. Inwestorzy, którzy skłonni byli kupować wówczas certyfikaty na wtórnym rynku uznali, że w ciągu zaledwie jednego miesiąca, wartość posiadanych przez fundusz nieruchomości wzrosła o blisko 60 procent. Naturalnie na każdym rynku prócz nabywców muszą być jeszcze sprzedający, by w ogóle doszło do transakcji. Tych zaś nie brakowało. Nie zdziwiło by mnie specjalnie, gdyby wśród sprzedających , znalazły się osoby związane z funduszem, które uznały, że o to „za darmo” zarobiły ponad 50 procent. Nawet jeśli traktowali tę inwestycję długoterminowo (fundusz ma działać do 2012 roku) z dużym prawdopodobieństwem odkupią certyfikaty taniej przy okazji kolejnej wyceny na koniec marca 2007.

Otrzeźwienie nastąpiło już w ostatnich dniach. Przez cały luty cena certyfikatów zniżkowała, osiągając poziom 150 zł.  Powiada się, że na giełdzie obowiązuje „zasada większego głupca” – ceny rosną dopóty, dopóki znajdzie się większy głupiec, który jest za nie zapłacić. Głupcy, którzy w ciągu jednego miesiąca stracili już ponad 15 procent już dziś mogą mówić o cenie jaką zapłacili za doświadczenie. Jako pocieszenie mogą sobie ozdobić ściany fotografiami inwestycji, które znajdują się w portfelu Arki, a które są znacznie bardziej imponujące niż krakowska kawalerka.

[tekst archiwalny, pierwotnie ukazał się na salon24]

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *