Seria notek Tomka o książce van Tharpa kolejny raz uświadomiła mi, że mój próg tolerancji dla psychologizowania o rynku przesuwa się coraz niżej. Jeśli w przeszłości byłem wstanie jakoś z zaciekawieniem czytać ludzi, który odwoływali się do – de facto – bełkotu o psychologii tłumu, tak dziś jedynym elementem, który znoszę są psychologiczne bariery na wykresie.
W sumie nie trudno zrozumieć popularność psychologizowania na temat rynku. Poppsychologowie i różnej maści gurus rozplenili się po rynku medialnym i wygłaszają tezy właściwie na każdy temat. Nie było sposobu, by nie zawitali na rynki, gdzie samo środowisko inwestorów czy spekulantów od zarania ma tendencję do sięgania po pojęcia quasi-psychologiczne. W efekcie poppsychologowie zapuszczają się na giełdę a ludzie giełdy na pole psychologii. Bilansem jest jakiś kuriozalny dyskurs rodem z pisemek, w których wyrazistość tez jest odwrotnie proporcjonalna do ilości treści. Myślę, że można mówić o jakiejś formie bastardyzacji pisania i mówienia o rynku, czego efektem jest zamieszanie pojęciowe i zwyczajne skundlenie języka.
Nie mam w sobie wiary w to, że popularność takich a nie innych opowieści o rynku wynika z potrzeby medialnej obecności części środowiska, czyli parcia na szkło. Dlatego z przykrością stwierdzam, że korzeniem popularności musi być jakaś potrzeba u odbiorców takich a nie innych treści. Jedni powiedzą, iż zapotrzebowanie bierze się z ponoszonych strat a inni z przekonania, iż specjalista rynkowy czy osoba prezentująca się, jako psycholog od rynku mają jakiś wgląd w rzeczywistości. Prywatnie uważam, iż korzeniem jest jednak nierealność oczekiwań, z jakim przychodzą ludzie na rynek i nieznajomość głębokości rzeki do jakiej wchodzą. Większości na starcie przygody z rynkiem nie znane są elementarne pojęcia, jak np. stopa wolna do ryzyka, czy oczekiwana stopa zwrotu.
Krótka rozmowa pokazuje, iż nieliczni są wstanie wymienić więcej niż kilka ryzyk, z jakimi mają do czynienia, gdy zakładają rachunki maklerskie. Szanowni czytelnicy mogą sami sięgnąć w czeluście własnej pamięci i spróbować poszukać punktu, w którym poznali pojęcia takie, jak ryzyko polityczne, ryzyko związane z żywiołami, ryzyko rynkowe, ryzyko stopy procentowej, ryzyko kursowe, ryzyko zmienności, ryzyko inflacyjne, ryzyko operacyjne, ryzyko związane z zadłużeniem czy ryzyko płynności. Jeśli do zbioru dołożyć jeszcze ryzyka po stronie inwestora, przed jakim stawia naszego X zwyczajne życie (zdrowie, sytuacja rodzinna, zawodowa), to okaże się, że większość do dziś nie bierze części ryzyk pod uwagę, ale bez trudu wydaje już przyszłe zarobki.
Owe nieuświadamiane lub w najlepszym przypadku pomijane ryzyka zlewają się z czymś, co nazwałbym skrajną nierealnością oczekiwań. Większość przychodzi na rynek skuszona nadziejami na zyski wynoszące dziesiątki, jeśli nie setki procent, co właściwie na starcie skutkuje frustracją i poszukiwaniem guru, który da wgląd w to, jak owe setki procent osiągnąć. Stąd już tylko krok do punktu, w którym na pomnik wynosi się różnej maści dżentelmenów reklamowanych przez świat inwestycyjny zdaniami w stylu „przeszedł na emeryturę w wieku 30 lat” – czytaj przed trzydziestką dorobił się na rynku milionów. W węższym gronie lubię żartować, że właściwie też mógłbym tak reklamować swoją osobę, gdybym zamienił miejsce w którym żyję na gospodarstwo wiejskie na Podlasiu.
Jakaś krowa, 5 kur i 3 hektary to całkiem tani sposób na bycie rynkowym emerytem i zajęcie się pisaniem książek oraz wykładami, jako rentier-eremita. Czy widzicie to zdjęcie na ostatniej stronie mojej potencjalnej książki, na którym w domu krytym strzechą traduję 24/7 na sześciu monitorach? No dobra, dla siły wyrazu dam się sfotografować w siodle pożyczonym od sąsiada na tle zachodu słońca. Wyobraźcie sobie bigos rynkowych stereotypów doprawiony cytatami z pustelników i japońskich poetów, który podlałbym jakimiś mniej lub bardziej fikcyjnymi przykładami z własnej przyszłości. Okiem wyobraźni widzę tu przepis na bestseller, którego główną tezą będzie idea pogodzenia rytmów przyrody życia z rytmem rynku. Niestety, nie mam zamiaru zamienić mojej mazowieckiej wsi na wieś podlaską – przynajmniej jeszcze dzisiaj – więc z bestsellera nici, ale na początek mogę odpowiedzieć, na pytanie o stan ducha rynkowej większości.


Dodaj komentarz