Kolejne posiedzenie FOMC za nami. Zaskoczeń właściwie nie było, więc tym razem warto spojrzeć nieco szerzej na emocje, jak wywołuje polityka monetarna Fed w samych Stanach Zjednoczonych.
Zanim Ben Bernanke i spółka ogłosili wczoraj swoją decyzję przez media mignęła słabo odnotowana w Polsce prośba a raczej nacisk – właściwie trudno nazwać to zdziczenie obyczajów – czterech amerykańskich parlamentarzystów związanych z Partią Republikańską, by Fed powstrzymał się od działań stymulujących gospodarkę. Mówiąc wprost, szykujący się do władzy Republikanie pozwolili sobie wejść z butami na pole polityki monetarnej, które w cywilizowanych krajach uznaje się za oddzielone od polityki fiskalnej.
Najwyraźniej panowie politycy, którzy jeszcze niedawno zgotowali gospodarce nerwowy lipiec, nie odebrali sygnału, jaki wysłały do nich wskaźniki gospodarcze i rekordowo niski odczyt nastroju konsumentów. Dalej z polityki gospodarczej – teraz już banku centralnego – robią sztandar, który ma wynieść ich do władzy. Pisałem wcześniej, że poziom zgłupienia politycznego w USA zaczyna być dysfunkcjonalny. Niemniej zdawało się, że lipcowy teatrzyk był finałem szaleństwa. Niestety – jak pisał Stanisław Jerzy Lec – po lipcowym sięgnięciu dna, znów słyszymy pukanie od spodu.
Dla wyrównania relacji należy odnotować, iż również przedstawiciele Partii Demokratycznej nie są bez grzechu. Jeszcze przed wakacjami zapowiadali, że zreformują Fed. Celem ma być taka konstrukcja prawa, by członkowie Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) nie byli wybierani przez zarządy regionalne Fed, ale zostali poddani władzy parlamentu lub prezydenta – dziś do FOMC trafia się bez akceptacji Kongresu czy Prezydenta. Nie trzeba mieć bogatej wyobraźni, by zrozumieć, że konsekwencją takiego kroku byłoby większe upolitycznienie Fed, gdzie trafialiby spolegliwi wobec władzy ekonomiści lub tacy, którzy nie koniecznie mają wiedzę o polityce monetarnej.
Wiele elementów współczesnej myśli ekonomicznej zostało zakwestionowanych przez kryzys, ale stale uznaje się, że najlepszym połączeniem w gospodarce jest oddzielenie polityki monetarnej od polityki fiskalnej oraz uniezależnienie działalności banku centralnego od politycznych nacisków. Powszechnie znane badania, które – mam nadzieję – nawet w Polsce zna każdy student po rocznym wprowadzeniu do ekonomii, stanowią, że niższa inflacja idzie w parze z niezależnością banku centralnego a wyższa z politycznie zależnymi władzami monetarnymi.
Generalnie rzecz ujmując taki model funkcjonuje w większości gospodarek, które uznajemy na rozwinięte i cywilizowane. Najwyraźniej proces polityczny w USA przesuwa kraj w stronę trzeciego świata. Paradoksem jest to, że politycy w Waszyngtonie chętnie atakują niezależność banku centralnego, gdy sami znaleźli się w impasie na polu im przypisanym. Od miesięcy wiadomo, że polityka fiskalna w USA musi zostać dostosowana no nowych wyzwań, ale przecież łatwiej jest rzucać granatem z okopu, niż wyjść i wynegocjować zgniły kompromis.
W 2008 roku ktoś w mediach nazwał posadę szefa Fed, jako najtrudniejszą na ziemi. W przyszłości rozciągało się pole minowe, na którym roiło się od wyzwań. Trzy lata później okazuje, że Ben Bernanke staje się obiektem ataków i właściwie każdy z kroków, jakie podejmie będzie stawiał Fed w konflikcie z klasą polityczną. Więcej działań zniechęci prawicę, mniej lewicę a coś pomiędzy tymi ekstremami, nie kupi spokoju. Trylemat wobec jakiego stanął Bernanke jest czytelny i nie ma wyboru, który nie postawiłby Fed na ścieżce kolizyjnej z polityką. W istocie polityka zamiast być częścią rozwiązania staje się częścią sytuacji kryzysowej.
Niestety rynki tego szaleństwa polityków nie zignorują i w roku wyborczym będziemy mieli w USA prawdziwy festiwal zarówno prawicowego, jak i lewicowego populizmu.


Dodaj komentarz